[ Pobierz całość w formacie PDF ]

na głowę i ramiona. Gdy znów natkną się na Doyala, nie roz
pozna jej. Spokojnie dotarli do domu, który jeszcze nigdy nie
wydawał się Laurze taki drogi. Policjant pomógł im wejść do
środka, a potem zadzwonił do matki Adama. Laura wylewnie
mu podziękowała i poszła do łazienki udawać, że znów wy
miotuje. Po jakimś czasie, który wydawał jej się wiecznością,
do drzwi zapukała Erica Fortune.
- Lauro, kochanie? Wyjdz stamtąd, niech ci się przyjrzę.
Laura nie wątpiła, że z poszarzałą twarzą rzeczywiście wy
glądała jak ciężko chora osoba. Trzymając się za brzuch,
chwiejnie oparła się o ścianę korytarza.
- Dzięki Bogu - powiedziała, nie zbliżając się do Eriki,
jakby się bała, że ją zarazi. - Czy sierżant Cooper tu jest?
- Nie, podziękowałam mu.
Z ulgą skinęła głową. Trochę żałowała, że wykorzystała
go tak bezwstydnie.
- Czy mogłabyś zabrać chłopców?
- Oczywiście, ale...
- I odebrać Wendy ze szkoły?
Erica jęknęła zniecierpliwiona.
- Kochanie, nie martw się o dzieci. Co będzie z tobą? Nie
możesz w takim stanie zostać tu sama.
- Och, Eriko, proszę - nalegała Laura. - Po prostu muszę
się położyć. Najgorsze już minęło i teraz potrzebuję tylko snu.
Poza tym, boję się, że zarażę kogoś tym paskudnym wirusem.
- Zadzwonię do Adama.
- Nie! On jest dzisiaj bardzo zajęty. Ma wiele ważnych
spraw. No i jak mógłby mi pomóc?
Erica chwilę się zastanawiała.
213
- Cóż, kucharka wkrótce tu będzie. Jeśli zajrzy do ciebie
od czasu do czasu...
- Jestem pewna, że Beverly się mną zajmie - zapewniła
Laura. - Pewnie ugotuje rosół, a właśnie tego mi najbardziej
potrzeba. Jedz już i zabierz chłopców. Bardzo proszę.
Erica skinęła głową i poprawiła futro z norek.
- Tak mi przykro, że jesteś chora.
- Dziękuję. Proszę tylko, zajmij się moimi... zajmij się
chłopcami. - Nagle przyszło jej do głowy, że może ich już
nigdy nie zobaczyć i łzy napłynęły jej do oczu.
- Idz prosto do łóżka - rozkazała Erica, a Laura tylko ski
nęła głową.
Dzieci wesoło pobiegły za babcią, uszczęśliwione niespo
dziewanym urozmaiceniem powszedniego dnia. Laura patrzyła
przez wizjer, jak sadowią się w luksusowym samochodzie Eri
ki. Kiedy odjechali, oparła głowę o drzwi i zapłakała.
W końcu opanowała się i zadzwoniła do Beverly. Poprosiła
ją, by pod żadnym pozorem nie przychodziła dziś do pracy,
ponieważ może się od niej zarazić groznym wirusem. Potem
zadzwoniła do małego motelu na obrzeżach Minneapolis
i zarezerwowała pokój. Zamówiła taksówkę i zaczęła się pa
kować. Nie zabrało jej to dużo czasu. Przybyła tu z małym
bagażem i nie zamierzała wyjeżdżać z większym. Kierowana
sentymentalnym impulsem rozłożyła na łóżku różową suknię,
obok postawiła buty, a na poduszce położyła kolczyki i bran
soletkę. Zatrzymała tylko bieliznę. Zniosła torbę do holu. Mu
siała zrobić coś jeszcze.
Pieniądze leżały dokładnie tam, gdzie Adam je zostawił.
Wyjęła ze skrytki zwitek banknotów i schowała do kieszeni.
Potem napisała krótki list i włożyła na miejsce pieniędzy. Ro-
214
zejrzała się po pokoju Adama. To na tym łóżku się kochali.
Płonący na tym kominku ogień oświetlał ich nagie ciała. Tutaj
zaznała prawdziwego szczęścia. Odwróciła się i zostawiła to
wszystko za sobą. To był jej ostatni podarunek dla ukochanych.
Bezpieczeństwo. Tylko tyle mogła im już dać.
Adam wszedł do domu przez garaż. Zastanawiał się, gdzie
o tej porze podziewa się drugi samochód. Dochodziła dziesiąta.
Dzieci na pewno już spały, a Laura nie zostawiłaby ich samych.
Może się zepsuł? No ale wtedy zadzwoniłaby do niego po
pomoc.
Schował płaszcz i teczkę do szafy w holu i poszedł do ga
binetu. Jeszcze zanim do niego dotarł, domyślił się, że nikogo
tam nie ma. W pokoju panowała ciemność, telewizor był wy
łączony. W kuchni paliło się słabe światło, brudne talerze po
śniadaniu nadal leżały w zlewie. Co się stało z Beverly? Nie
było lunchu ani kolacji? Włosy stanęły mu dęba.
Pobiegł do pokoju Wendy. Lata wojskowego szkolenia dały
o sobie znać. Zatrzymał się w korytarzu i nasłuchując, przy
warł do ściany. To niedorzeczne. Przecież w tak krótkim czasie
jego rodzinie nie mogło się przydarzyć nic złego. A jednak...
Cicho wszedł do pokoju córki i zapalił lampkę przy jej łóżku.
Nie było zaścielone, ale puste. Wszedł do pokoju chłopców.
Zastał tam podobny widok. Coś jest nie tak.
Pobiegł do sypialni Laury.
- Lauro! Jesteś tam! Opowiedz!
Od razu wyczuł, że jej nie ma. Zapalił górne światło i w po
koju zrobiło się jasno. Aóżko Laury było posłane, leżał na nim
jej strój z przyjęcia. Drzwi pustej szafy stały otworem.
- O Boże! Nie!
SAMO 215
Otworzył szuflady komody. Wszystkie były puste. Zamknął
je z hukiem. Jak ona mogła go zostawić? Przecież wiedziała,
jak bardzo ją kocha, jak jej potrzebuje. A dzieci? Pozwoliła,
żeby ją pokochały i uzależniły się od niej. Jak mogła opuścić
je tak bez ostrzeżenia? Nie potrafił w to uwierzyć. Przez chwilę
gniew stłumił wszelkie inne uczucia. Adam podbiegł do łóżka,
chwycił lampkę z nocnego stolika i cisnął nią o ścianę. Abażur
spadł na podłogę, ale szklana podstawa roztrzaskała się z hu
kiem. Chwycił za narzutę i mocno pociągnął, aż leżące na niej
przedmioty podskoczyły w górę. Sukienka poleciała prosto na
niego. Owionął go zapach Laury, dotarł do serca i do rozumu.
Adam usiadł na skraju łóżka. Musi pomyśleć, jakoś to sobie
wytłumaczyć. Przecież rano obiecała mu, że będzie na niego
czekała. Tak niedawno... No i czy zabrałaby dzieci? Nie ode-
szłaby, zabierając mu wszystko. Gdzie są dzieci? Wstał i po
szedł do swojego pokoju, ciągnąc za sobą sukienkę Laury.
Przez chwilę nie wiedział, po co tu przyszedł. Spojrzał na te [ Pobierz całość w formacie PDF ]