[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Czasami mam wrażenie, że sam szuka śmierci.
- Nie, generale, to nie tak. W gruncie rzeczy on nie dba już oto, czy przeżyje, czy
zginie.
- W takim razie niech Bóg ma go w swojej opiece.
Dillon z najwyższego stopnia schodów obserwował, jak odjeżdżają. Po drugiej
stronie ulicy stała furgonetka zakładu telekomunikacji. Widząc ją, zbiegł na dół, wsiadł
do swojego minicoopera i szybko odjechał.
Furgonetkę prowadził Cook. Siedzący obok niego Newton wyciągnął spod fotela
dubeltówkę ze skróconą lufą, złamał ją i gdy sprawdził naboje, z powrotem zamknął.
- Kiedy go załatwimy? - zapytał Cook.
- Wcześniej czy pózniej musi wrócić do domu. Wyciąg niemy go wtedy z
Generated by Foxit PDF Creator Foxit Software
http://www.foxitsoftware.com For evaluation only.
samochodu. - Newton poklepał obrzyna. - Może być twardzielem, ale inaczej będzie
śpiewał, kiedy po czuje lufę między oczyma. Tym właśnie różnią się mężczyzni od
chłopaczków.
Niedaleko Stable Mews, po drugiej stronie placu, mieścił się pub Black Horse.
Dillon często do niego zaglądał. Wieczorem stało tu zawsze dużo samochodów.
Irlandczyk zaparkował na samym końcu i wszedł do baru. Nie zamówił nic do picia,
lecz stanąwszy przy oknie, patrzył, jak furgonetka wjeżdża tyłem na miejsce
parkingowe.
Po chwili przeszedł z baru do wypełnionej ludzmi sali restauracyjnej i wymknął
się na dwór bocznymi drzwiami. Następnie nisko pochylony ruszył wzdłuż rzędu
zaparkowanych samochodów i dotarł do furgonetki. Newton palił papierosa i szyba od
jego strony była otwarta.
- Może jeden z nas powinien pójść do baru i sprawdzić, co on tam robi? -
zaproponował Cook.
- Nie bądz głupi. Rozpozna nas, a poza tym, co może robić? Pije po prostu
drinka.
- Otóż nie. - Dillon wyjął swojego walthera i przystawił lufę do skroni Newtona. -
Wcale nie pije drinka, lecz zastanawia się, czy nie rozwalić ci łba. To broń z tłumikiem.
Będziecie tu obaj siedzieli bardzo długo, zanim ktoś się zorientuje, że opuściliście
ten padół płaczu. Swoją drogą, to poezja, ale jestem w końcu Irlandczykiem.
- Czego chcesz? - zapytał ochrypłym głosem Newton.
- Na początek tego. - Dillon sięgnął do środka, zabrał mu obrzyna i położył go na
dachu furgonetki. - Teraz twoja broń - zwrócił się do Cooka. - Musisz coś mieć. - Cook
zawahał się, po czym wyjął z wewnętrznej kieszeni smitha and wessona kaliber.38 i
podał mu go kolbą do przodu. - To dziwne, ale ludzie zawsze oddają mi broń -
powiedział Dillon.
- Możemy już jechać? - zapytał Newton.
- Nie. Najpierw powiecie mi, co takiego knuje Dauncey.
Co miało mi się przytrafić? Kulka w głowę i do Tamizy?
- Nie, to nie tak.
Dillon otworzył drzwi i przystawił lufę walthera do kolana Newtona.
- Jak już powiedziałem, ta broń zaopatrzona jest w tłumik, więc nikt nie usłyszy,
kiedy rozwalę ci rzepkę. Jak być może wiesz, byłem bojownikiem IRA i okaleczenie cię
nie będzie dla mnie problemem.
- Nie, tylko nie to. Wszystko powiem. Księżniczka chciała, żebyśmy cię porwali i
zawiezli prosto do Dauncey Place.
Dauncey wyraznie zaznaczył, że mamy cię dostarczyć całego i zdrowego.
- No widzicie, to wcale nie było takie trudne. - Dillon zamknął drzwi i się cofnął. -
Jeśli wy dwaj należeliście do SAS, w takim razie niech Bóg ma w opiece ten kraj. Moim
zdaniem powinniście sobie poszukać innego zajęcia. - Mówiąc to, strzelił w lewą
Generated by Foxit PDF Creator Foxit Software
http://www.foxitsoftware.com For evaluation only.
przednią oponę, z której natychmiast uszło powietrze. - Wystarczy jedno koło. Zmiana
opony zajmie wam trochę czasu. Przekażcie Daunceyowi moje uszanowanie.
Powiedzcie, że wkrótce się zobaczymy.
Dillon zabrał z dachu dubeltówkę i rewolwer, po czym wsiadł do minicoopera i
odjechał.
- No dobra, zmieńmy to cholerne koło - powiedział Newton, wysiadając z
furgonetki.
- A co z Daunceyem?
- Mam go w dupie. Ale zadzwonię do niego. Na pewno załatwi tego sukinsyna w
Dauncey Place.
- A my co robimy?
- Słyszałeś, co powiedział. Powinniśmy sobie znalezć inne zajęcie.
Dillon zaparkował minicoopera przed swoim domem, wszedł do środka i wbiegł
na górę po schodach. Nie był zły, lecz zaskakująco spokojny. Ferguson i inni, nawet
Billy, chcieli, żeby zrezygnował. Teraz nie mogło być już o tym mowy. Jedna rzecz nie
ulegała kwestii: Kate Rashid nigdy nie da za wygraną, przynajmniej jeśli chodziło o
niego.
Na razie jednak był bardzo zmęczony. Trudy ostatnich dni odcisnęły na nim
swoje piętno. Wiedział, że powinien odpocząć i szybko odzyskać formę. Wcisnął alarm
bezpieczeństwa przy frontowych drzwiach i wszedł do sypialni. Rozebrał się, położył
walthera na małym stoliku przy łóżku i nie gasząc światła, rzucił się na posłanie. Po
kilku chwilach spał już kamiennym snem.
Jakiś czas pózniej obudził się i zerknął na zegarek. Było wpół do czwartej rano.
Czuł się świetnie, umysł miał jasny i bystry. Włożył czarne sztruksowe spodnie i
tytanową kamizelkę, a na nią koszulę i skórzaną kurtkę. Na koniec, żeby zadać szyku,
zawiązał na szyi ulubioną starą apaszkę. Potem zszedł na dół i otworzył skrytkę z
bronią. Wyjął z niej kolta kaliber.25 i dokładnie go obejrzał. Choć była to trochę damska
broń, w magazynku znajdowały się naboje kumulacyjne.
Dillon podwinął lewą nogawkę, włożył kolta do kabury i umocował ją tuż nad
cholewką buta. W kaburze pod lewą pachą miał już walthera z tłumikiem. Drugiego
walthera wsunął z tyłu za pasek.
Następnie napełnił swoją srebrną papierośnicę i włożył ją do wewnętrznej prawej
kieszeni kurtki razem ze starą zapalniczką marki Zippo. Wszystkie te czynności
wykonywał z chłodną skrupulatnością, tak jakby szykował się do wojny.
W przedpokoju przy drzwiach wisiało lustro. Dillon wyjął papierosa, zapalił go i
uśmiechnął się do swojego odbicia.
- Znowu ruszamy w bój, staruszku - powiedział i wyszedł.
Kate Rashid siedziała przy wielkim kominku w rezydencji w Dauncey Place,
mając u stóp czarnego dobermana o imieniu Carl. W kominku płonął ogień, a na jej
jednoczęściowym czarnym kostiumie skrzyły się brylanty. Tego wieczoru ani ona, ani
Generated by Foxit PDF Creator Foxit Software
http://www.foxitsoftware.com For evaluation only.
Rupert nie poszli spać. Siedzieli w bibliotece i czekali. Rupert przyniósł kawę na
srebrnej tacy i postawił ją na stoliku obok księżniczki.
- Nie sądzę, żeby się zjawił, skarbie.
- Ale ten twój facet, Newton, powiedział, że się zjawi - odparła, nalewając kawę
do filiżanek.
- Niezupełnie. Powiedział tylko, że Dillon kazał powtórzyć, iż wkrótce się
zobaczymy. Dlaczego  wkrótce miałoby zna czyć  dziś wieczór ?
- Wiem, że się dzisiaj pojawi. Znam Dillona lepiej niż ktokolwiek inny - odparła
łagodnie. - Przyjdzie tu.
- Po co? Na śniadanie?
Rupert podszedł do kredensu i wziął do ręki butelkę remy martina.
- Chcesz się napić?
- Nie potrzebuję pić. Ale może ty musisz.
- Nieładnie, skarbie, nieładnie. - Rupert napełnił kieliszek, podszedł do stolika i
wlał koniak do kawy. - Twoje brylanty są dziś takie piękne. Dlaczego je założyłaś?
- Nie chciałabym go rozczarować - odparła, uśmiechając się nieszczerze, i
Dauncey zobaczył złe błyski w jej oczach.
Mój Boże, ona jest naprawdę szalona, pomyślał. Wypił zaprawioną koniakiem
kawę i zerknął na zegarek.
- Jest już prawie szósta. Z całą pewnością Dillonowi się nie śpieszy.
Podszedł do drzwi wychodzących na taras, otworzył je i spojrzał na drzewa
rosnące za balustradą. Nadal było ciemno, ale zaczynało świtać i padał rzęsisty deszcz.
- Cholernie wredna pogoda - powiedział, po czym zapalił papierosa i podszedł
do kominka.
Po dwóch i pół godzinie Dillon dojechał na skraj wioski. Minął potężną bramę [ Pobierz całość w formacie PDF ]