[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Zaraz na wstępie porucznik daje  spocznij , wychodzi zza biurka i ściska mi rękę, jakby spotykało
się dwóch zwyczajnych ludzi, a nie strażnik i więzień.
- Szeregowy Duaime, jestem porucznik Andersen. Odpowiadam za pułkowy pluton zwiadu
i rozpoznania. Przestudiowałem dokumenty żołnierzy przydzielonych do tego pułku, szukając
kandydatów do mojego plutonu. Uznałem, że odznaczacie się zdolnościami i postawą
odpowiednimi do wykonywania zadań zwiadowczo - rozpoznawczych. - Urywa. Rozumiem każde
słowo, które do mnie mówi, ale gdzieś umyka mi sens.
- Wezmiemy was na miesięczny okres próbny. Jeżeli udowodnicie swoją przydatność,
zostaniecie przypisani do sztabu pułku i przeszkoleni w działaniach specjalnych, których będziemy
się po was spodziewać. Nadal sterczę tam jak bałwan, nie bardzo rozumiejąc, do czego zmierza.
Porucznik uśmiecha się i ciągnie dalej:
- Egzaminy na ASTPR zdaliście z najwyższą notą. Także wyniki ze szkolenia
podstawowego, zwłaszcza biegłość w strzelaniu, wyróżniają was spośród innych żołnierzy. Jeśli
zostaniecie przyjęci do naszego programu, zamieszkacie w osobnej, zdecydowanie lepszej
kwaterze i automatycznie awansujecie do stopnia odpowiedniego dla waszego nowego przydziału.
Przestaniecie służyć w kompanii liniowej. Jeżeli natomiast okażecie się niezdolni sprostać nowym
wymaganiom, wrócicie do starego oddziału liniowego. Ciągle stoję jak słup. Słuchając porucznika,
próbuję ocenić, jak jego słowa mają się do zasadniczego celu mojej służby w armii - PRZE%7łYCIA!
Czy dłużej zostanę wśród żywych, czy też prędzej stanę się ofiarą wojny? To dla mnie decyzja
dużej wagi. Widzę, że porucznik oczekuje bardziej pozytywnej reakcji. Nie chcę jednak robić mu
fałszywej nadziei, a z drugiej strony, jeśli oferuje mi jakąś korzyść, chciałbym ją przyjąć. Mam
świeżo w pamięci katastrofalne skutki ofert, które niedawno złożyło nam wojsko.
- Rozumiem, że trudno wam podjąć decyzję, szeregowy Duaime. Chcę wam jednak
wspomnieć o kilku korzyściach. Po pierwsze, jak już mówiłem, zostaniecie przydzieleni tutaj, do
sztabu pułku. Do czasu aż znajdziemy się na poligonie, skończą się dyżury w kuchni i regularna
służba wartownicza. Rozpoczniecie specjalne szkolenie wojskowe i ćwiczenia z użyciem różnych
rodzajów uzbrojenia, w tym także ciężkich armat kaliber 155 mm. Przejdziecie ćwiczenia w
warunkach maksymalnie zbliżonych do tych, jakie panują na polu bitwy, w tym specjalne szkolenie
z ruchomymi modelami samolotów, do których będziecie strzelać z karabinów maszynowych
kaliber .50 zainstalowanych na jeepach. Odbędziecie zajęcia z alfabetu Morse'a, aż nabędziecie
wprawy na miarę żołnierza korpusu wojsk łączności. Nauczycie się też prowadzić różne pojazdy,
od jeepa aż po czołg, oraz pobierzecie lekcje nawigacji lądowej, abyście wykazali się skutecznością
w działaniach bojowych. - Milknie. Myślę, że głównie po to, by wziąć oddech. - Wasze
przeszkolenie nie obejmie działań szpiegowskich. Ograniczy się tylko do operacji zwiadowczych,
sankcjonowanych przez konwencję genewską i inne protokoły. Porucznik informuje mnie o
szkoleniu spadochroniarskim z 82. dywizją powietrzno - desantową. Staram się nic po sobie nie
pokazać. Wszystko, co chcę powiedzieć, zachowuję dla siebie do chwili, gdy porozmawiam z
Mary. Prawdopodobnie jestem jedynym rekrutem zwiadu i rozpoznania, który radzi się własnej
babci, ale kto wie - może zdarza się to częściej, niż ludzie się przyznają. Wreszcie oddajemy sobie
honory i odmaszerowuję. Mam czas na zastanowienie. Wracam do koszar i piszę list do Mary,
używając szafki do butów jako stolika. Mógłbym się zamknąć w kancelarii, ale czuję, że muszę się
skupić, wyciszyć w tym ogromnym pomieszczeniu, w którym nie ma prawie nic oprócz koi.
Opisując minione wydarzenia, zaczynam rozumieć, co naprawdę czuję. Wiem, że nie marzy mi się
zostać komandosem ani nawet wzorowym żołnierzem. Obchodzi mnie jedynie to, jak ujść z
życiem. Kiedy o tym piszę, czuję przepełniający mnie wstyd. Zastanawiam się, jak zareaguje Mary.
Reaguje dokładnie tak, jak się spodziewałem. Zauważa pragmatycznie, że zapewne będę
bezpieczniejszy w pobliżu miejsca, gdzie stacjonują oficerowie, gdyż ci zadbali już o to, by mniej
nadstawiać karku niż zwykli żołnierze. Po rozważeniu sprawy uznaję, że Mary ma rację. W drodze
powrotnej do sztabu pułku wysyłam list. Ponownie odnajduję porucznika Andersena. Najwyrazniej
cieszy się na mój widok; każe mi przenieść rzeczy do siedziby sztabu i powiadomić dowódcę
plutonu o zaistniałych zmianach. Tej nocy śpię w kwaterze pułku. Po kilku dniach Stoję na
baczność w odchudzonej kompanii piechoty. Trzy drużyny skurczyły się do dwóch i został tylko
jeden pluton. Rozumiem teraz, dlaczego baraki świecą pustkami. Czemu wychodki są
poprzedzielane ściankami, a między zlewami i lustrami jest dosyć miejsca, aby się spokojnie
ogolić, nie martwiąc się, że odetnie się komuś ucho albo straci własne. Poza tym jest o wiele ciszej.
Rzadziej słychać tupot nóg na schodach. Apel trwa krótko. Porucznik Andersen zdaje dowództwo
porucznikowi Brensonowi po tym, jak daje nam rozkaz  spocznij . Powoli dociera do mnie drugi
sens tego słowa. Mam wrażenie, że czuję się tutaj bardziej wypoczęty niż kiedykolwiek, odkąd
opuściłem rodzinny dom. Porucznik Brenson przedstawia mnie i wita w plutonie. Zostaję
przydzielony do drugiej drużyny w charakterze pierwszego zwiadowcy. Zdążyłem się zorientować,
że w piechocie funkcja ta równa się mniej więcej pilotom kamikadze. Psuje mi to odrobinę apetyt
przed śniadaniem. Jednak posiłek przywraca mi spokój ducha. W kantynie panuje cisza, a jedzenie
jest dwa razy lepsze, bardziej urozmaicone i obfitsze niż w tych kompaniach liniowych, w których
dotychczas służyłem. Jem, ile dusza zapragnie, czując się jak skazaniec na moment przed
egzekucją. Po śniadaniu rozchodzimy się do własnych zajęć; rano wyjaśnią nam zasady działania
systemów komunikacyjnych. Trafiam pod rozkazy młodego sierżanta, dowódcy mojej drużyny.
Okazuje się, że zwiad i rozpoznanie przydziela te same zadania co zwykły pluton liniowy, tyle że [ Pobierz całość w formacie PDF ]