[ Pobierz całość w formacie PDF ]

momencie St. Ives z przeszłości powinien się na powrót zmaterializować i
przystąpić do pracy nad maszyną, nie mając pojęcia, że sprawa z panią
Langley została już załatwiona. Dopiero teraz przyszło mu do głowy, że mógł
przecież napisać liścik i wyjaśnić w nim, że zdołał załagodzić konflikt. Ale do
diabła z tym. St. Ives z przeszłości był głupcem, może nawet większym, niż
ten z przyszłości. Niewykluczone, że wpadłby na jakiś szalony pomysł i znowu
pokpił sprawę, co groziło całkowitą klęską. Lepiej niech już pozostanie w
nieświadomości i robi to, co do niego należy.
St. Ives przeniósł się do wnętrza silosa. Dwie godziny temu uciekł przed
Parsonsem i konstablem. Przyszło mu do głowy, że przez te dwie godziny nie
istniał żaden Langdon St. Ives i świat jakoś się bez niego obszedł; działał
normalnie, zupełnie ignorując jego nieobecność. Było to doprawdy
przygnębiające, ale miało pewien związek z tym, co powtarzała mu pani
Langley. Teraz wolał jednak o tym nie myśleć.
Na razie miał ważniejsze problemy. Wolałby jeszcze nie pozostawiać
maszyny w silosie, bo to było dość niebezpieczne, ale nie mógł przecież
lądować batyskafem wprost na łące za każdym razem, kiedy się tu zjawia.
Parsons prosił go, jak naukowiec naukowca, aby oddał maszynę. Ona należy
do Akademii - powtarzał. Parsons jednak nie wiedział wtedy, aż do tamtego
popołudnia w Harrogate, że aparat działa, że St. Ives po długich staraniach
usunął ostatnie przeszkody. No cóż, teraz już wie. Nie będzie więcej próśb.
Następnym razem sekretarz nie poprzestanie na przyprowadzeniu miejscowego
konstabla.
St. Ives wygramolił się z trudem z batyskafu i popatrzył wokół na
bezładnie porozrzucane narzędzia i rozmaite części. Kusiło go, by zaraz zająć
się doprowadzeniem wnętrza silosa do porządku, by poukładać wszystko na
swoich miejscach. To tak jakby robił porządek z samym sobą. Nie miał jednak
na to czasu.
Ale oto znowu ujrzał napis na ścianie. Panie, miej nas w swojej opiece -
James P. Blaylock - Maszyna lorda Kelvina 161
pomyślał, ponownie zły na St. Ivesa z przyszłości. Tym razem jednak nie był
to żart, lecz ostrzeżenie:  Parsons na horyzoncie. Zetrzyj to i zabierz maszynę
do Bingera .
Powrót doktora Narbondo Binger pomalutku pykał fajkę i wpatrywał się
w radośnie uśmiechniętego profesora St. Ivesa, który wynurzył się do połowy z
włazu batyskafu. Maszyna właśnie przed chwilą wyłoniła się z nicości,
zaskakując tym niepomiernie stojącego na pastwisku Bingera.
- Dzień dobry, panie Binger - zawołał St. Ives.
Kudłaty skakał jak szalony, uradowany widokiem gościa. On
przynajmniej nie przejmował się tym, że St. Ives zjawił się znikąd. Binger
spoglądał na drogę, jakby spodziewał się zobaczyć na niej choćby najmniejszy
tuman kurzu. Nie wypatrzył tam jednak nic i ten fakt wydawał się wprawiać go
w niejakie zakłopotanie. Wreszcie wyjął z ust fajkę.
- Czy to nie ma w ogóle kół?
- To pojazd kosmiczny - wyjaśnił St. Ives wskazując ręką na niebo. -
Pamięta pan tę historię z przybyszem z obcej planety sprzed kilku lat?
- Pewnie, pewnie! - powiedział tylko Binger, kiwając skwapliwie
głową. To wyjaśniało sprawę. Tłumaczyło wszystko - nagłe przybycie
profesora, jego dziwaczny ubiór, gładko ogoloną twarz i krótkie włosy.
Niewiele ponad dwie godziny temu chodził po miasteczku rozczochrany i
zaszczuty - wyglądał jak dzikus z Borneo. Plótł wtedy coś o krowach i robił
wrażenie, że bardzo się śpieszy. Teraz już wszystko wiadomo. To znowu ci
obcy z kosmosu.
St. Ives zszedł z maszyny i poklepał Kudłatego po łbie.
- Czy może mi pan pomóc, panie Binger? - zapytał.
- Pewnie - odpowiedział tamten. - Powiadają, że to pan ocalił starego
Kudłatego dzisiaj w miasteczku.
- Tak mówią?
- Dokładnie tak. Gadają też, że o mało co się pan przez mojego psa nie
zabił, że ten wóz mógł pana stratować. To właśnie mówią.
- No cóż - St. Ives zastanawiał się, co powiedzieć - trochę to
wyolbrzymiają. Kudłaty to dobre psisko. Każdy by tak postąpił.
- Ale nikt inny tego nie zrobił, młody człowieku, tylko pan. Bardzo
panu za to dziękuję.
Nikt inny nie wiedział, że trzeba to zrobić - pomyślał St. Ives i poczuł
się jak oszust. To nawet nie jego własna decyzja; ocalenie psa było jego
przeznaczeniem. Chociaż nie, to nie całkiem tak. Ostatnie kilka godzin
uczyniło  przeznaczenie pojęciem bardzo względnym, chyba żeby przyjąć, iż
w teatrze świata funkcjonowały niezliczone  przeznaczenia , ukryte za
kulisami, każde obleczone w inny kostium. Ale tylko jedno przeznaczenie
pojawia się na raz - pomyślał St. Ives i przy pomocy Bingera i jego synów
James P. Blaylock - Maszyna lorda Kelvina 162
zaciągnął maszynę do obory, pomiędzy krowy, po czym Binger podwiózł go
spory kawałek w kierunku dworu. Profesor wolał pokonać piechotą ostatnie
pół kilometra; obawiał się, że Parsons może kręcić się koło jego domu, a nie
chciał, by wyszło na jaw, że Binger jest jego wspólnikiem.
Było już ciemno, kiedy wszedł do gabinetu i położył się na otomanie.
Powtarzał sobie, że nie powinien zwlekać, że to zbyt duże ryzyko, że powinien [ Pobierz całość w formacie PDF ]