[ Pobierz całość w formacie PDF ]

wieżyczek, Jocelin widział, jak ożywa długa szopa nad rzeką. Dymiło się stamtąd. I przez cały
dzień i pół nocy młoty waliły jak chór nie zestrojonych dzwonów. A gdy zapadła ciemność,
mógł dojrzeć blask ogni na rzece. Wnętrze wieży, prócz środkowego otworu, wypełniały dwa
wzniesione piętra. W miarę jak wyrastały pinakle, robotnicy usuwali stopniowo niepotrzebne
rusztowania. Wyjmowali elementy konstrukcji ze ścian i zamurowywali większość otworów.
Tym, które pozostały, przyglądały się z uwagą i zainteresowaniem gołębie i kruki. Wkrótce nie
pozostało prawie nic prócz zwisających z góry lin i stromych drewnianych schodów
biegnących zygzakiem w górę wokół ściany. Jedyną prowizoryczną konstrukcją pozostawioną
w wieży było ,,jaskółcze gniazdo", gdzie robotnicy trzymali swoje narzędzia, a majster
przyrządy pomiarowe. A ponieważ u podstawy wieży miało powstać niebawem obszerne
pomieszczenie, nawet  jaskółcze gniazdo" skazane było na usunięcie. Resztę rusztowań
zgrupowano teraz wokół wierzchołka, przypominającego rozczochraną głowę lub bocianie
gniazdo nad fantastycznym, wysokim na osiemdziesiąt stóp wodospadem okien.
Pewnego dnia Jocelin wyszedł z burzliwego zebrania kapituły, gdzie wiadomość o
dodatkowych wydatkach przyjęta została z niedowierzaniem i oburzeniem. Zrozumiał w
końcu, że będzie musiał położyć pod tymi dokumentami własną pieczęć, co uczynił w siedzibie
dziekańskiej ucinając dalsze dyskusje. Ale napięcie, w jakim siedział w kapitularzu, sprawiło,
że powrócił znów jego histeryczny śmiech. Anioł, choć pozostał darem nieba, stał się nagle
wielkim udręczeniem. Wola jego osłabła tak, że nie mógł panować nad myślami i obrazami,
które przepływały mu przez głowę, obrazami wieży, rudych włosów i wilczego wycia, aż
zatęsknił za cudownym spokojem panującym na wieży. Wyszedł na dziedziniec i nagle
stwierdził, że nie słyszy żadnych odgłosów, że świat wstrzymał niejako oddech, bo w szopie
panowała cisza. Wszedł do nawy i wśród odprawiających się nabożeństw usłyszał cichy głos;
to wysokie filary jęczały:. iiiiiiiiiiii..., jakby uciskający je ciężar stał się nie do zniesienia.
Dziekan wdrapywał się wolno, spokojnie po kręconych schodach ku ciszy i szczęściu, tam
gdzie zgrupowały się wieżyczki. Szedł cicho jak duch. I dlatego znalazłszy się w połowie
drewnianych schodów usłyszał jęk. Zatrzymał się, pochylony pod ciężarem anioła, z nogami na
dwóch różnych stopniach, uchwyciwszy się poręczy, Był to głos zwierzęcia schwytanego w
pułapkę, które jakiś czas szamotało się w sidłach, a teraz stało się już tylko bezradną nędzą.
Dziekan spojrzał w bok, w kierunku ,,jaskółczego gniazda". Miało ono u góry otwór
przepuszczający światło. Stał w nim pion ze świeżego nie odartego z kory pręta. I było tam
jeszcze coś innego: ręka ściskająca pion. Jocelin, który wielokrotnie widział tę rękę -
dotykającą kamienia czy drewna, manipulującą jakimś pomiarowym przyrządem, zaciśniętą w
gniewie lub uniesioną w rozpaczy - znał jej ogorzałą czerwień, jak znał bladość własnych dłoni.
Lecz w momencie, gdy ją zobaczył i rozpoznał brudnobiałe knykcie - zanim zdążył pomyśleć,
do kogo ta ręka należy, inna ręka, mniejsza, bielsza, delikatniejsza, zsunęła się na tamtą i
uchwyciła ją kurczowo. Z otwartymi ustami, bez ruchu, nie drgnąwszy powieką, stał na
schodach. I usłyszał jej głos, głos pełen jęku i błagania, głos szczery i słodki:
- Ale ja się nie śmiałam, prawda?
Twarde palce zsunęły się z pionu, dwie dłonie w uścisku zginęły jedna w drugiej. A
potem bardziej znany głos wydobył się z gardła z trudem, jak z najgłębszego otworu pod
posadzką:
- O Boże!
Jocelin cofnął się na drabinie, ciągle z otwartymi ustami. Stał na belkach nad
sklepieniem, z pochyloną głową, zakrywszy rękami uszy. Chwiał się i rozglądał po ka-
miennych ścianach. Trafił po omacku do kręconych schodów i potykając się zszedł na dół. A
tam, w ciemności, przed jego szeroko otwarte oczy napłynęły falą wspomnienia... Dziewczyna
w zielonej sukni wbiegająca na dziedziniec i zwalniająca przykładnie kroku przed księdzem
dziekanem, wielebnym ojcem... Nieśmiały uśmiech, dziecinna piosenka. A wszystko to
zauważane, pochwalane i w końcu wyczekiwane, tak, wyczekiwane, spodziewane, pieszczone
w marzeniach... Ciepło wokół serca, nieziemska radość... A potem żona kulawego
kościelnego... Włosy ukryte pod chustą... Namiot...
- O, nie! Boże drogi, nie!
Oto cena budowy. Wszedł w końcu do katedry wśród rozśpiewanych filarów, gdzie
krążyła Rachela, która puściła się ku niemu biegiem; na ten widok roześmiał się swoim
histerycznym śmiechem. Rogera nie ma w odlewni ani przy stosach drewna, jest na wieży lub
na schodach, głodny, wyczerpany... - szła za nim gadając i paplając przez całą nawę aż na
osnuty zmierzchem dziedziniec. Odwrócił się przy drzwiach, by ją pobłogosławić w swoim i jej
strapieniu. I ujrzał ją w mrocznym cieniu posągów świętych i męczenników, w jaskrawo
czerwonej sukni, nie układającej się w fałdy na krępym ciele, z rękami przyciśniętymi do ust,
milczącą już teraz, trwającą w napięciu, z bolesnym wejrzeniem wyłupiastych już nieco oczu, z
uróżowana twarzą.
Następnego dnia wieczorem zniknęło  jaskółcze gniazdo"
ROZDZIAA SIDMY
Zaczął się teraz modlić; ale i modlitwa jego się zmieniła. Klęczał pochylony w małym
szarym pokoiku, w napięciu i lęku, a gdy podniósł wzrok tam, skąd zawsze przychodziła
pomoc, płonęła w tym miejscu kaskada ogniście rudych, upiętych w węzeł włosów, aż się skulił
ze strachu. ,,Muszę poświęcić to wszystko" - powtarzał sobie. A potem już bez słów, bezwolnie
stwierdzał, że w jego mózgu kołacze się tylko jedno pytanie:  Dokąd?" Jeśli celowo oderwał
się od myśli o włosach, następowało parę chwil względnego wyzwolenia; potem jednak, jakby
ktoś czy coś przyniosło je z powrotem, włosy znów się pojawiały przed nim, spływały w dół,
lśniące, żywe. I ona pojawiała się także; jej zielone wstążki, rozdarta suknia, ciemne plamy
oczu utkwionych przed siebie. Wstawał wtedy i szedł gdziekolwiek. Czasami powtarzał
energicznie:  Do roboty! Do roboty! Do roboty!" i popędzał ludzi zatrudnionych przy budowie,
uprzytomniając sobie po chwili, że oni o niczym nie wiedzą. Pewnego razu, gdy stał w rogu
pustej katedry, zagubiony w szalejącej w nim burzy, ujrzał, że przeszła przez nawę ciężkim,
niezgrabnym krokiem ciężarnej kobiety. Poczuł rozczulenie i pożądanie, i gorączkową lu-
bieżną ciekawość, by się dowiedzieć, jak to było i gdzie, i kiedy. Bo słowa, które usłyszał w
 jaskółczym gniezdzie", wyrwały go niejako ze spokoju w chaos, gdzie tamtych czworo grało
swe role w jakimś bezbożnym związku. Kiedy na chwilę oprzytomniał, z wiru myśli i skojarzeń
wyłonił własny krzyk, bo długa kamienna nawa rozbrzmiewała jeszcze jego echem; "nie
wiedział jednak, co krzyknął.
 Muszę pójść do niej - myślał. - Muszę ocalić, co się da ocalić". Ale nawet ta myśl
budziła w nim lubieżne chęci i wiedział, że gdyby znalazł się sam na sam z Goody, nie robiłby
nic innego, tylko pytał, podpatrywał i domagał się wyjaśnień, nie wiedząc sam dobrze, czego
właściwie chce. Nagle uświadomił sobie, że on, wysoki, chudy mężczyzna, przyodziany w
sutannę, stoi z zaciśniętymi pięściami w rogu katedry, wpatrując się w drewniane
przepierzenie. Wszedł ponownie na' pustą wieżę, mijając miejsce, gdzie kiedyś znajdowało się
 jaskółcze gniazdo", na widok którego zbrakło mu na chwilę tchu i poczuł ukłucie w sercu.
Zmusił się do spojrzenia z wieży na świat, gdzie inni ludzie zajmowali się swoimi nie znanymi [ Pobierz całość w formacie PDF ]