[ Pobierz całość w formacie PDF ]

handlowych i sprawozdań do domowych przepisów; od urzędowych dokumen-
tów po prywatną korespondencję. Jedynie przeglądając stronę po stronie można
było mieć nadzieję, że się coś znajdzie.
W tej sytuacji Kim zaczęła pojmować, jakie miała niezwykłe szczęście w ten
poniedziałek, kiedy znalazła list Jamesa Flanagana do Ronalda Stewarta. Nabra-
ła przez to fałszywego wyobrażenia, że jej śledztwo w sprawie Elizabeth będzie
przyjemnym, wręcz łatwym przedsięwzięciem.
W końcu głód, zmęczenie i rozczarowanie wzięły górę nad pragnieniem
poznania prawdy o  rozstrzygającym dowodzie użytym przeciwko Elizabeth.
Gwałtownie zachciało jej się wykąpać. Opuściła zamek i wyszła w letni popo-
łudniowy skwar. Wsiadła do samochodu i ruszyła w drogę powrotną do Bostonu.
ROZDZIAA 6
PONIEDZIAAEK, 25 LIPCA 1994
Edward zamrugał powiekami i otworzył oczy po zaledwie czterech godzinach
snu. Była piąta rano. Ilekroć pochłaniał go jakiś problem, miał dużo mniejsze
zapotrzebowanie na sen niż normalnie. A od dawna nie pamiętał, żeby był tak
podniecony jak teraz. Intuicja naukowca, która jeszcze nigdy go nie zawiodła,
mówiła mu, że trafił na coś naprawdę wielkiego.
Wyskoczył z łóżka, na co Bufor zareagował spazmatycznym szczekaniem.
Biedny pies pomyślał, że wydarzyła się jakaś katastrofa. Dopiero lekki klaps przy-
wołał go do porządku.
Błyskawicznie odprawiwszy poranne obrządki, w tym krótki spacer z Bufo-
rem, Edward pojechał do pracowni. Dochodziła właśnie siódma, gdy wszedł. Ele-
anor już była.
 Nie mogłam spać  przyznała. Jej długie jasne włosy, zwykle starannie
uczesane, były w lekkim nieładzie.
 Ja też  odparł Edward.
W sobotę pracowali do pierwszej w nocy, a potem przez całą niedzielę. Wo-
bec perspektywy bliskiego sukcesu Edward uprosił Kim o przełożenie spotkania
zaplanowanego na wieczór. Gdy wytłumaczył jej, że cel jest w zasięgu ręki, Kim
okazała zrozumienie.
Wreszcie tuż po północy z niedzieli na poniedziałek Edward i Eleanor do-
szlifowali metodę rozdziału. Trudności wynikały głównie z faktu, że dwa z tych
alkaloidów miały wiele identycznych własności fizycznych. Teraz, w poniedzia-
łek rano, potrzebowali już tylko więcej materiału i jakby w odpowiedzi na ich
modły zadzwonił Kevin Scranton z wiadomością, że wysyła im kolejną partię
przetrwalników.
 Kiedy materiał przyjdzie, wszystko ma być przygotowane  polecił
Edward.  To będzie gdzieś około dziewiątej.
 Tak jest!  Eleanor trzasnęła obcasami i zasalutowała.
Edward usiłował trzepnąć ją po głowie, ale była od niego zwinniejsza.
110
Pracowali gorączkowo przez następną godzinę, po czym w pewnej chwili Ele-
anor trąciła Edwarda w ramię.
 Czy świadomie ignorujesz swoje owieczki?  spytała cicho, dając mu
znak, żeby się obejrzał.
Edward wyprostował się i zobaczył, że za jego plecami studenci szwendają się
bez celu, czekając, aż zwróci na nich uwagę. Zupełnie o nich zapomniał. Tymcza-
sem do pracowni ściągało coraz więcej ludzi i tłumek rósł. Jak zwykle mieli do
niego mnóstwo pytań i potrzebowali rad.
 Słuchajcie!  krzyknął Edward.  Dzisiaj musicie radzić sobie sami. Je-
stem zarżnięty. Mam niezwykle pilną pracę.
Wśród pomruków niezadowolenia tłumek niechętnie się rozproszył. Edward
nawet nie zauważył ich reakcji. Natychmiast wrócił do pracy, a jego koncentracja
była legendarna.
Po kilku minutach Eleanor znów trąciła go w ramię.
 Strasznie mi przykro, że ci się naprzykrzam, ale co z wykładem o dziewią-
tej?
 Cholera! Udało mi się o nim zapomnieć. Poszukaj Ralpha Cartera i po-
wiedz mu, żeby tu przyszedł.  Ralph Carter był jednym z jego starszych asy-
stentów.
Ralph zjawił się wkrótce. Był to chudy brodaty gość o dziwnie szerokiej, ru-
mianej twarzy.
 Chciałbym, żebyś przejął moje wykłady z podstaw biochemii na letnim
kursie  powiedział Edward.
 Na jak długo?  Ralph najwyrazniej nie pałał entuzjazmem.
 Dam ci znać.
Gdy Ralph wyszedł, Edward zwrócił się do Eleanor:
 Nie cierpię tego niby biernego oporu podszytego agresją. Pierwszy raz się
zdarzyło, że proszę kogoś o zastępstwo w wykładach z biochemii.
 Po prostu nikt poza tobą nie czuje powołania, żeby uczyć na młodszych
latach  tłumaczyła Eleanor.
Zgodnie z obietnicą tuż po dziewiątej przybył mały słoiczek przetrwalników.
Edward odkręcił pokrywkę i ostrożnie, jakby to były grudki złota, wysypał ciem-
ne, podobne do ryżu ziarenka na bibułę filtracyjną.
 Małe paskudztwa  stwierdziła Eleanor.  Całkiem jak mysie bobki.
 Według mnie wyglądają jak nasiona w żytnim chlebie. Z historycznego
punktu widzenia to słuszniejsze porównanie.
 Jesteś gotów?
 Bierzmy się za to.
Tuż przed południem udało im się otrzymać po odrobinie z każdego alkaloidu.
Produkty ich wytężonej pracy mieściły się na samym dnie małych, stożkowato
111
zakończonych probówek oznaczonych literami A, B i C. Z zewnątrz wyglądały
identycznie, po prostu szczypta białego proszku.
 Co teraz?  Eleanor podniosła jedną z probówek do światła.
 Musimy sprawdzić, które z nich działają na ośrodkowy układ nerwowy.
Wtedy skupimy się już tylko na tych.
 Na czym będziemy je testować? Myślę, że moglibyśmy wziąć preparaty
zwojów nerwowych Aplasia fasciata. To na pewno pozwoli nam sprawdzić powi- [ Pobierz całość w formacie PDF ]