[ Pobierz całość w formacie PDF ]

wcześniej. Zupełnie jakby ktoś wbijał w jej mózg drut do robótek.
Przez kilka przerażających chwil Susanne leżała kompletnie bez ruchu z
nadzieją, że cokolwiek to było, wróciło już do normy. Zamiast tego jednak
pojawiły się kolejne objawy: poczuła przejmujący ból w mięśniach nóg. Po
chwili zaczęła się wiercić na posłaniu, uporczywie szukając pozycji, która
przyniosłaby jej ulgę.
Tuż po pojawieniu się bólu w nogach poczuła na całym ciele coś, co dusiło ją
jak ciasno owinięty pled. Pozbawiało ją siły do tego stopnia, iż ledwo zdołała
unieść rękę, aby przycisnąć guzik dzwonka wzywającego siostrę. Wcisnęła go i
natychmiast bezwolna ręka opadła na łóżko.
Zanim pielęgniarka zjawiła się w pokoju, Susanne dostała ataku kaszlu, który
dodatkowo podrażniał i tak bolące już gardło.
- Jestem chora - zacharczała Susanne.
- Co pani dolega? - zapytała pielęgniarka.
Susanne pokręciła głową. Trudno jej było nawet mówić. Czuła się tak paskudnie,
że nie wiedziała, od czego zacząć.
- Głowa mnie boli - zdołała wreszcie wykrztusić.
- To zapewne pora na kolejną porcję leków przeciwbólowych - wyjaśniła siostra.
- Zaraz je pani podam.
- Chcę lekarza - wyszeptała Susanne.
- Myślę, że zanim wezwiemy lekarza, powinnyśmy spróbować z lekami
przeciwbólowymi - upierała się siostra.
- Zimno mi - powiedziała Susanne. - Okropnie zimno.
Pielęgniarka przyłożyła rękę do czoła chorej i natychmiast przestraszona
cofnęła. Susanne aż płonęła. Pielęgniarka wzięła termometr z pojemnika
stojącego na stoliku przy łóżku i włożyła do ust chorej. Czekając na wynik,
wokół ramienia pacjentki zacisnęła opaskę aparatu do mierzenia ciśnienia krwi.
Było bardzo niskie.
Wyjęła termometr z ust Susanne. Kiedy odczytała temperaturę, z ust wyrwało jej
się pełne zaskoczenia, ciche "Och!" Na termometrze było czterdzieści jeden
stopni.
- Mam gorączkę? - zapytała Susanne.
- Niewielką - odpowiedziała pielęgniarka. - Ale wszystko będzie dobrze. Teraz
pójdę i poproszę pani lekarza.
Susanne skinęła. W kąciku oka pojawiła się łza. Nie pragnęła tego rodzaju
komplikacji. Chciała do domu.
Rozdział 7
Zroda, godzina 16.15, 20 marca 1996 roku
- Naprawdę sądzisz, że Robert Barker specjalnie sabotuje naszą kampanię
reklamową? - Colleen zapytała Teresę, gdy schodziły po schodach. Zmierzały do
studia, w którym Colleen miała zaprezentować, co zespół wymyślił do tej pory
na kolejną kampanię reklamową National Health.
- Nie mam najmniejszych wątpliwości - odparła Teresa. - Oczywiście nie robi
tego osobiście. Do przekonania National Health, aby nie kupowali odpowiedniej
ilości czasu antenowego przeznaczonego na reklamy, użył Helen.
- Ale w ten sposób podcina gałąz, na której sam siedzi. Jeżeli stracimy
National Health i nie zdołamy się restrukturyzować, wtedy jego udziały
pracownicze w firmie będą warte tyle, ile nasze, czyli zero.
- Pieprzyć udziały. On chce dla siebie fotela prezesa i zrobi wszystko, żeby
dopiąć swego.
- Boże, walka urzędników o władzę jest obrzydliwa. Jesteś pewna, że chcesz
zająć to stanowisko?
Teresa zatrzymała się nagle na schodach i spojrzała na Colleen, jakby
usłyszała od niej bluznierstwo.
- Nie mogę uwierzyć, że powiedziałaś coś podobnego.
- Ale przecież sama powtarzasz, że im więcej masz administracyjnych
obowiązków, tym mniej ci zostaje czasu na tworzenie.
- Jeżeli Barker zostanie prezesem, rozpieprzy całą firmę -z oburzeniem
stwierdziła Teresa. - Będziemy musieli płaszczyć się przed klientami i w
konsekwencji jednym ciosem zmiecie się twórczość i jakość. Poza tym chcę tego
stanowiska. Od pięciu lat jest moim celem. To moja szansa i jeżeli nie
wykorzystam jej teraz, to już nigdy mi się nie uda.
- Nie rozumiem, dlaczego nie jesteś zadowolona ze swoich dotychczasowych
dokonań - powiedziała Colleen. - Masz dopiero trzydzieści jeden lat i już
jesteś dyrektorem działu reklamy. Powinnaś był szczęśliwa i robić to, co
doskonale potrafisz, dobre reklamówki.
- Och, daj spokój - Teresa zlekceważyła uwagę koleżanki. - Przecież wiesz, że
my, ludzie reklamy, nigdy nie jesteśmy zadowoleni. Nawet jeśli zostanę
prezesem, prawdopodobnie zacznę zerkać wyżej.
- Chyba powinnaś nieco ochłonąć. Spalisz się, zanim skończysz trzydzieści pięć
lat.
- Ochłonę, kiedy zostanę prezesem.
- Tak, akurat.
Po wejściu do studia Colleen skierowała przyjaciółkę do małego, oddzielnego
pomieszczenia, które nazywano "areną". To miejsce, w którym przeglądano gotowe
produkcje. Pomieszczenie nazwano tak na pamiątkę rzymskich aren, na których
chrześcijan rzucano na pożarcie lwom. U Heatha i Willowa chrześcijanie
należeli do istot niższego rzędu.
- Masz film? - zapytała Teresa. W pokoju obok tablicy stał przygotowany do
użycia ekran. W najlepszym razie, jak sądziła, obejrzy zarys sekwencji
proponowanych do reklamówki.
- Zmontowaliśmy sklejkę - wyjaśniła Colleen. "Sklejką" nazywano film
zmontowany w całość z kawałków pochodzących z innych filmów po to, aby dać
pewne wyobrażenie o planowanej realizacji.
Teresa poczuła się podbudowana. Nie spodziewała się filmu.
- Ostrzegam cię jednak, że to tylko wstępny zarys - dodała Colleen.
- Przestań się już zarzekać i dawaj, co tam masz - poleciła. [ Pobierz całość w formacie PDF ]