[ Pobierz całość w formacie PDF ]

nadgarstek przeszył dotkliwy ból. Nie zważając na to, zaczęła wspinać się z powrotem na
szczyt.
Szklana fiolka jarzyła się. Wypełniająca ją zielona ciecz nie była już mętna i
szlamowata. Przypominała teraz ciekłe zielone światło uwięzione w szkle. Amy ostrożnie jej
dotknęła. Nie poczuła wstrząsu ani nawet ciepła. Wyjęła fiolkę z obręczy i wsunęła z
powrotem do kieszeni.
Czasem trzeba dodać mocy, żeby zyskać moc.
Najtrudniejsza część zadania wciąż była przed nią. Musiała bezpiecznie zejść na dół i
dowiedzieć się, co właśnie stworzyła.
- Dan! Udało mi się! - Zeszła z powrotem na dzwonnicę, lecz uśmiech zamarł jej na
twarzy. Dan leżał na ziemi, związany i zakneblowany. Nad nim stał Ian Kabra, ubrany w
czarny wojskowy strój.
- Witaj, kuzynko - powiedział, pokazując jej plastikową strzykawkę. - Wymienimy
się?
- Mmmm! - Dan szarpał się, usiłując coś powiedzieć.
- Puść... Puść go! - zająknęła się Amy. Była pewna, że jej twarz zrobiła się czerwona
jak burak. Czuła wściekłość, bo znowu zaczęła się jąkać. Dlaczego w obecności lana jej język
stawał się ciężki jak z ołowiu?
Dzwon zatrząsł się. Holtowie w dalszym ciągu uderzali w niego od dołu, usiłując
otworzyć klapę.
- Zostało wam tylko kilka sekund, zanim tu wejdą - ostrzegł ją Ian. - Poza tym twój
brat potrzebuje antidotum.
Amy poczuła bolesny ucisk w żołądku.
- Cco mu zrobiłeś?
- Nic nieodwracalnego, jeśli podasz mu to w ciągu najbliższej minuty - powiedział,
machając strzykawką przed nosem dziewczyny. - Oddaj mi fiolkę Franklina. To uczciwa
propozycja.
- Mmm! - Dan gwałtownie potrząsnął głową, lecz Amy nie mogła ryzykować, że go
straci. Nic nie było tego warte: ani wskazówka, ani skarb. Nic.
Wyciągnęła przed siebie rozjarzoną fiolkę, łan sięgnął po nią, a Amy wyrwała mu z
ręki antidotum i doskoczyła do Dana, klękając przy nim.
Ian zachichotał.
- Miło się z tobą robi interesy, kuzynko.
- Nie... nie uda ci się wydostać z wieży. Jesteś tu uwięziony podobnie jak...
I wtedy pojawiła się w jej głowie pewna wątpliwość. W jaki sposób właściwie łan się
tu dostał? Zauważyła paski biegnące wzdłuż jego piersi, przypominające uprząż do
wspinaczki. U stóp lana leżała plątanina metalowych kijków i czarnego jedwabiu.
- Kolejna rzecz, którą uwielbiał Franklin. - Iłan podniósł z ziemi tobołek i zaczął
przymocowywać czarny jedwab do metalowej ramy. - Latawiec. Na jednym z nich przedostał
się nawet na drugą stronę Charles River. Wiedziałaś o tym?
- Nie mogłeś chyba...
- Owszem, mogłem. - Wskazał na połyskującą kopułę większego kościoła stojącego
na szczycie wzgórza. - Sfrunąłem tu prosto z SacreCoeur, a teraz zamierzam w ten sam
sposób dostać się na dół.
- Jesteś złodziejem - powiedziała Amy.
Ian przyczepił swoją uprząż do wielkiego czarnego latawca.
- Nie złodziejem, Amy, tylko Lucianem, tak samo jak Benjamin Franklin. Niezależnie
od tego, co znajduje się w tej fiolce, należyto do Lucianów. Myślę, że stary Ben doceniłby
ironię tej sytuacji!
To mówiąc, łan zeskoczył z dzwonnicy, unosząc się na wietrze. Latawiec musiał
zostać specjalnie zaprojektowany, żeby unieść ciężar człowieka, ponieważ Kabra gładko
poszybował w dół, w kierunku cmentarza oraz ogrodzenia, i po chwili miękko wylądował na
chodniku.
Gdzieś pośród odgłosów burzy rozległo się wycie policyjnych syren. Dzwon nadal
trząsł się pod naporem uderzeń Holtów w klapę.
- Dan! - Amy z wrażenia kompletnie zapomniała o bracie, który ciągle szarpał się na
podłodze. Jednym ruchem zerwała taśmę, którą miał zaklejone usta.
- Au! - zawył.
- Nie ruszaj się. Mam antidotum.
- Ian blefował! - jęknął Dan. - Próbowałem ci to powiedzieć. Niczego mi nie
wstrzyknął! Nie zostałem otruty.
- Jesteś pewien?
- Całkowicie! To, co ci dał, jest bezużyteczne. O ile właśnie to nie jest trucizną. [ Pobierz całość w formacie PDF ]