[ Pobierz całość w formacie PDF ]

ukrywali go przed nieproszonymi gośćmi i zachowywali spokój, gdy przelewał krew
niewinnych ofiar. Nawet Anne-Marie zachowała kamienną twarz, wiedząc, że jej dziecko
leży martwe kilka jardów dalej.
Dziecko! To był dowód, którego potrzebowała. Musieli jakoś wykraść ciało (ale co
podłożyli zamiast niego? martwego psa?) i przynieść tutaj - do kryjówki Cukiernika - jak
zabawkę. Mogła zabrać Kerry'ego na policję i opowiedzieć całą tę historię. W cokolwiek by
nie wierzyli, ciało dziecka byłoby wystarczającym dowodem. To jedyny sposób, by przerwać
to szaleństwo i samej nie oszaleć.
Nagle szeptanie ucichło i ktoś wszedł do sypialni. Na szczęście nie miał ze sobą
latarki. Helen skurczyła się i wcisnęła w kąt, w nadziei, że nie zauważy jej.
Szczupła postać pochyliła się i podniosła z podłogi dość duże zawiniątko. Po jasnych
włosach, opadających na ramiona, rozpoznała Anne-Marie, a w zawiniątku musiało być ciało
Kerry'ego. Kobieta, nie patrząc w kierunku Helen, odwróciła się i wyszła.
Wsłuchała się w odgłos kroków, a gdy ucichły, wstała i podążyła za nią. Na placu
było ciemno i kobieta zniknęła jej z oczu.
Była chłodna, bezwietrzna noc. W żadnym oknie nie paliło się światło. Plac Buttsa był
jak wymarły.
Helen wahała się, czy iść za dziewczyną, czy skorzystać z okazji i uciec do
samochodu. Ale jeśli ucieknie, to będą mieli czas, by ukryć ciało dziecka. Kiedy wróci tu z
policją, wyprą się i wmówią jej, że wymyśliła sobie Cukiernika i zwłoki chłopca. Wszystko,
co przeżyła, stanie się kolejną plotką, uwiecznioną na ścianie. A ona do końca życia nie
odważy się wejść do publicznej toalety.
Pobiegła za Anne-Marie, która wcale nie szła do domu, lecz na środek placu. Do
stosu! Tak, do stosu! Widziała wyraznie, jak wspięła się na jego szczyt i odrzucała szczątki
mebli, by ukryć pod nimi zwłoki. Oto jak planowali pozbyć się dowodu. Nie wystarczyło
pochować chłopca, trzeba było go spalić! Kto by pomyślał?
Minęło zaledwie kilka minut. Kobieta wykonała swoją część zadania, pospiesznie
zeszła ze stosu i zniknęła w ciemności.
Helen szybko pobiegła do miejsca, które opuściła Anne-Marie. Wydawało jej się, że
już widzi blade ciało chłopca, ale w żaden sposób nie mogła się do niego dostać. Dziękując
Bogu, że jest szczupła jak jej matka, wśliznęła się między graty. Gwozdzie sterczące z
roztrzaskanych mebli rozdzierały jej sukienkę. Uwalniała się od nich drżącymi palcami.
Wciąż napotykała przeszkody; jej dłonie dotykały desek i starych foteli zamiast
zimnej skóry dziecka. Nie mogła sobie wybaczyć, że zemdlała i straciła tyle czasu -już dawno
mogła zabrać Kerry'ego i wydostać się z tej przeklętej dzielnicy. Poranione ręce krwawiły.
Nagle w narożnikach piramidy błysnął płomień. Krew zastygła jej w żyłach. Ogień! A była
już tak blisko ciała - niecały jard. Nerwowo odrzucała szczapy drewna, ale ciągle nie mogła
go dosięgnąć. Miała coraz mniej czasu.
Wreszcie udało się. Dziecko leżało twarzą w dół. Już miała wziąć je w ramiona i
wycofać się, gdy coś uderzyło ją w ramię. Zamarła z przerażenia. Ledwie opanowała się, by
nie krzyknąć. Usłyszała brzęczenie pszczół i poczuła słodki zapach. Przeszył ją dreszcz.
- Wiedziałem, że przyjdziesz. - Usłyszała za plecami. Zanim zdążyła odpowiedzieć,
Cukiernik zakrył jej usta dłonią i przycisnął do siebie. - Musimy iść - szepnął jej do ucha -
naszą wspólną drogą. Tylko ty i ja.
Próbowała uwolnić się, krzyknąć, by nie podpalali stosu, ale trzymał ją mocno.
Ogniste języki były coraz bliżej. Robiło się gorąco. Widziała ludzi tłoczących się wokół
wielkiego ogniska. Stali tam przez cały czas i doskonale wiedzieli, co się dzieje, ale nie
reagowali. Zaplanowali to wszystko!
Krztusiła się dymem i patrzyła na uśmiechnięte twarze dzieci, rodziców
ostrzegających je, by nie podchodziły za blisko, na rozradowane staruszki, ogrzewające
splamione krwią dłonie i uśmiechające się niewinnie. Teraz Cukiernik pozwolił jej krzyczeć -
wiedział, że nikt jej nie usłyszy wśród trzasku płomieni, a nawet jeżeli - to i tak już jej nie
uratują. [ Pobierz całość w formacie PDF ]