[ Pobierz całość w formacie PDF ]

zaczarowany gapił się na kamień.
Przesunąłem ścigacz nad otwór i pozwoliłem mu opadać w pionie, gratulując
sobie w duchu, że wybrałem pojazd przystosowany do prowadzenia tego rodzaju
poszukiwań. Kiedy sunęliśmy w dół  najwolniej jak się tylko dało  uważnie
obserwowałem ściany.
Nie wiedziałem, do czego używano tego szybu. Być może z początku spełniał
rolę windy grawitacyjnej. Potem jednak również nie wyszedł z użycia, o czym
świadczyły klamry osadzone w ścianach, służące za oparcie dla rąk i nóg i tworzące
jakby prowizoryczną drabinę. Niektóre uchwyty bez wątpienia zostały zrobione z części
jakichś skomplikowanych urządzeń. Wszystko to było wykonane bardzo prymitywnie
i z pewnością nie dorównywało jakością konstrukcjom, jakie oglądaliśmy w mieście;
zupełnie jakby było dziełem jakiejś innej rasy, stojącej na niższym szczeblu rozwoju.
163
Opuszczając się piętro po piętrze w dół, mijaliśmy otwory korytarzy czerniejące
w ścianach szybu. W sumie naliczyłem ich sześć. Na szczęście dla nas studnia nie
zwężała się u dołu. Drabina prowadziła do kilku poprzecznych korytarzy i biegła dalej
w dół i w dół, jakby miała za zadanie obsługiwać ogromną ilość znajdujących się tam
czeluści.
Obserwowałem te wejścia do korytarzy, do których prowadziła drabina, ale
nigdzie nie zauważyłem znaku życia, a nasz reflektor miał zbyt ograniczony zasięg,
by spenetrować wnętrza czeluści. Cały czas lecieliśmy w dół. Sześć pięter, dziesięć,
dwanaście, dwadzieścia... studnia nadal była dostatecznie szeroka, ale miałem kłopoty
ze ścigaczem, którego silnik przy wolnym opadaniu niemal zamierał na najniższych
obrotach. Ciągle widzieliśmy klamry wbite w ścianę. Pięćdziesiąt pięter...
 Za chwilę będziemy na miejscu!  Eet nie potrafił ukryć podniecenia. Jego
telepatyczny przekaz był bardziej naładowany emocjami niż kiedykolwiek przedtem.
Spojrzałem na wskazniki przyrządów. Znajdowaliśmy się kilka kilometrów pod
powierzchnią. Jeszcze bardziej zredukowałem prędkość i czekałem. Po chwili poczułem
uderzenie i wylądowaliśmy na dnie szybu. Po prawej stronie czerniał pojedynczy wylot
korytarza, zbyt wąski, aby zmieścił się w nim nasz pojazd. Gdybyśmy chcieli zapuścić
się dalej, musielibyśmy iść pieszo, a ja wcale nie miałem ochoty rezygnować z poczucia
bezpieczeństwa, jakie dawał nam ścigacz.
Wkrótce okazało się, że moja przezorność była uzasadniona. W wylocie tunelu
zobaczyliśmy jakieś poruszenie, chociaż doskonale pamiętałem, że klamry skończyły
się cztery piętra nad miejscem, w którym staliśmy. Po chwili w kręgu światła reflektora
pojawiła się maszyna, jakiej jeszcze nigdy w życiu nie widziałem. Przypominała jednak
trochę znane mi urządzenia i nie miałem wątpliwości, że rura, wymierzona w naszym
kierunku nie wróży nam nic dobrego.
Położyłem już palec na klawiszu  start , ale Eet i Zakathanin jednocześnie
zaprotestowali. Kosmita użył języka międzygalaktycznego, a mutant telepatii.
 Nie!
Jak to nie? Chyba obaj oszaleli. Powinniśmy czym prędzej uciec z pola rażenia
tej maszyny!
 Popatrz...  powiedział Zilwrich.
Eet wciąż gapił się na kamień schowany w naczyniu.
Posłusznie wypełniłem polecenie Zakathanina, w każdej chwili oczekując ataku
ze strony złowrogiego robota. Jednak kiedy ponownie spojrzałem w jego stronę, nie
zobaczyłem nic!
 Gdzie...?
 Impresja pozazmysłowa  wyjaśnił Zilwrich.  Obrazy niektórych
przedmiotów, drzew, zbiorników wodnych, kamieni i zapewne jeszcze innych obiektów
mogą przetrwać znacznie dłużej, niż ich odzwierciedlenie w rzeczywistości. Niekiedy
164
też ukazują się osobom o pewnych predyspozycjach psychicznych. Budowniczowie
tego szybu mogli o tym wiedzieć i wykorzystać to zjawisko. Niewykluczone, że to,
co widzieliśmy, było odbiciem jakichś wydarzeń, które miały tu miejsce dawno temu.
Wydarzenia te wywołały silne emocje u ich uczestników, a powstała w ten sposób iluzja
uaktywniła się w naszej obecności.
 Chodzmy... tutaj...  Eet nie zamierzał nam niczego tłumaczyć. Zamiast tego
popchnął do przodu misę, najwyrazniej usiłując ją wykorzystać jako drogowskaz.
W końcu znalazł to, czego szukał. Jeśli chodzi o mnie, to duma nie pozwalała mi
się cofnąć. Zresztą nawet gdybym to zrobił, Eet i Zakathanin poszliby sami. Ponieważ
z konieczności byliśmy teraz sojusznikami i groziły nam te same, nie znane jeszcze
niebezpieczeństwa, wręczyłem Ryzkowi jedną z kusz. Tak uzbrojeni poszliśmy naprzód.
Eet przycupnął na moim ramieniu, a jego ciężar trochę mi już doskwierał. Pilot
i Zilwrich następowali mi na pięty.
Zabrałem ze sobą drugi, mniejszy reflektor, ale po chwili przestał nam być
potrzebny. Klejnot ukryty w naczyniu dawał wystarczająco dużo światła. Dzięki niemu
zobaczyliśmy, że idziemy korytarzem o gładkich, wolnych od zadrapań ścianach,
przypominającym wielką rurę.
Nie potrafiłbym powiedzieć, jak głęboko zapuściliśmy się w te korytarze.
W pewnym momencie zacząłem obawiać się, że zabraknie nam powietrza. Jednak
najwidoczniej urządzenia zaopatrujące te niezgłębione czeluści w tlen działały do tej
pory. [ Pobierz całość w formacie PDF ]