[ Pobierz całość w formacie PDF ]

* To musi być gdzieś tutaj * mruknął.
* Z pewnością.
Jeden z punktów o współrzędnych geograficznych, które rozszyfrowali, znajdował się tam, gdzie
Javier Orizaga spędził ostatnie lata życia. Byli pewni, że to nie zbieg okoliczności, ale nadal nie mieli
odpowiedzi na wiele pytań.
Czy spędziwszy wiele lat na poszukiwaniach zródła pochodzenia  wielkiego zielonego wysadzanego
klejnotami ptaka" i poznawszy po drodze prawdziwą historię Azteków, Blaylock usłyszał o kodeksie
Orizagi i przybył tu w nadziei znalezienia kopii, czy też natknął się na kodeks gdzie indziej? I co
sprowadziło tutaj Orizagę: skarb czy historia ludu, którego eksterminacji był świadkiem?
Godzinę po zakończeniu wideokonferencji profesor Dydell zadzwonił do nich i podał nazwę miasta, w
którym Orizaga mieszkał przez dwadzieścia ostatnich lat życia: Palembang na Sumatrze.
Liczący półtora miliona mieszkańców Palembang, zwany  Wenecją Wschodu", jest nie tylko
najstarszym miastem Indonezji, założonym w VII wieku, ale również największą aglomeracją w
południowej części Sumatry.
Fargowie nie mieli pojęcia, co * jeśli w ogóle cokolwiek * znajdą w przybranej ojczyznie Orizagi. Ale
wszystkie tropy * poszukiwania Blaylocka, jego dziennik, mapy, kodeks, sam Orizaga i wyniki badań
laboratoryjnych * prowadziły do tego miejsca w Indonezji.
* Orizaga ułatwiłby nam życie, gdyby zostawił adres * powiedział Sam. * To doprawdy nietaktowne, że
tego nie zrobił.
* Jestem pewna, że by zrobił, gdyby wiedział, że się do niego wybieramy * odrzekła Remi. * Tamta
kobieta mówiła, że dom jest czerwony czy zielony?
* Zielony.
Poprzedniego dnia odwiedzili sześć lokalnych muzeów i kilku historyków specjalizujących się w
dziejach miasta sprzed holenderskiej kolonizacji. %7ładen z kustoszy nie słyszał o Orizadze i wszyscy
radzili Fargom pójść do miejskiego archiwum i poszukać jakiejś wzmianki o jezuicie na mikrofiszkach z
artykułami prasowymi.
Sam wodził palcem po planie miasta i od czasu do czasu schylał głowę, żeby spojrzeć przez przednią
szybę na nazwy ulic. Wreszcie złożył plan i oddał go Remi.
* Wiem, gdzie się pomyliłem * oznajmił z pewnym siebie uśmiechem.
* Ogólnie czy tutaj?
* Bardzo zabawne.
Wrzucił bieg, zaczekał na lukę w sznurze pojazdów, włączył się do ruchu i dał gazu.
Po dwudziestu minutach jazdy bocznymi ulicami znalezli się w strefie przemysłowej pełnej
magazynów. Za nimi zobaczyli cichy, obsadzony drzewami zaułek mieszkalny. Budynki były małe i
stare, ale dobrze utrzymane. Sam zatrzymał się przed domem, który w Stanach określono by jako
utrzymany w stylu ranczerskim: seledynowe ściany, brązowe okiennice i biały sztachetowy płot na
wpół ukryty za pnączami z czerwonymi kwiatami.
Doszli ścieżką do ganku, wspięli się po schodkach i zapukali do frontowych drzwi. Usłyszeli kroki na
drewnianej podłodze, a po chwili w progu ukazał się mniej więcej pięćdziesięcioletni biały mężczyzna
w starannie odprasowanych spodniach khaki i białej koszuli z przypinanymi rogami kołnierzyka.
* Dzień dobry * odezwał się z oksfordzkim akcentem.
* Szukamy Domu Sukasari * wyjaśniła Remi.
* To tutaj. W czym mogę pomóc?
* Chodzi nam o mnicha, który mógł mieszkać w tej okolicy w szesnastym wieku.
* Tylko tyle? Myślałem, że spróbują mi państwo sprzedać jakiś odkurzacz albo garnki * odrzekł
mężczyzna z cierpkim uśmiechem. * Proszę wejść. * Cofnął się, żeby ich wpuścić. * Nazywam się
Robert Marcott.
* Sam i Remi Fargo.
* Proszę za mną. Zrobię herbatę i opowiem państwu wszystko, co wiem o piętnastowiecznej
Indonezji.
* Proszę mi wybaczyć tę uwagę * powiedziała Remi * ale nie wydaje się pan zaskoczony naszym
pytaniem.
* Nie jestem. Zapraszam tutaj, proszę usiąść. Wytłumaczę to.
Wprowadził ich do gabinetu z regałami na książki od podłogi do sufitu. Na perskim dywanie stał stolik
do kawy w otoczeniu kilku ratanowych krzeseł. Sam i Remi usiedli.
* Zaraz wrócę * rzekł Marcott i zniknął w bocznych drzwiach.
Usłyszeli brzęk porcelany, potem gwizd czajnika. Gospodarz zjawił się z powrotem z serwisem do
herbaty, napełnił filiżanki Fargów i usiadł naprzeciwko nich.
* Kto państwa tu skierował? * zapytał.
* Pani Ratsami...
* Urocza kobieta. Nie wie nic o historii Sumatry przed dwudziestym wiekiem.
* Miała wrażenie, że to jakieś muzeum.
* Drobna nieścisłość językowa: historyk kontra muzeum. Wprawdzie językiem urzędowym jest tu
indonezyjski, ale nie brak też dialektów. Zrezygnowałem z prób poprawiania ludzi. Dziesięć lat temu
napisałem książkę o chrześcijaństwie w Indonezji. Najwyrazniej przekształciła mnie w muzeum. *
Marcott wstał, podszedł do jednej z półek, zdjął z niej jakąś książkę i podał Remi.
* Bóg na Jawie * przeczytała tytuł.
* Mogło być gorzej. Mój wydawca chciał ją zatytułować Jezus na Jawie.
Sam zachichotał.
* Tak, to byłby koszmar * powiedział Marcott. * W każdym razie przyjechałem tutaj zbierać materiały do
książki, zakochałem się w tym kraju i zostałem. To było piętnaście lat temu. Szukają państwo jakiegoś
mnicha? [ Pobierz całość w formacie PDF ]