[ Pobierz całość w formacie PDF ]

za parę tygodni i tak odejdzie stamtąd do odpowiedniejszej pracy.
W piątek wieczorem był bardzo zmęczony, ale miał już pieniądze. W
hotelu płacono co piątek, a jego trzydniowy zarobek załatwiał sprawę
czynszu. Wręczyli go Ivy w kopercie.
- Myślę, że czujesz się już na tyle dobrze, aby wyjść na miasto i uczcić
dzień wypłaty - oświadczyła. - Ja stawiam.
134
Wypijmy kilka piw. Zabiorę was do baru, w którym pracuje mój znajomy.
Pojechali czerwonym autobusem. Lena miała jeszcze miękkie nogi, ale
krzepiło ją samo wyjście z domu. Louis
i Ivy zwracali jej uwagę na mijane po drodze miejsca. Czuła się, jak
dziecko w dniu urodzin.
Ivy pokazała jej biurowiec, w którym pracowała podczas wojny, oraz
ulice, które wówczas zbombardowano. Wskazała
również sklep z doskonałymi węgorzami i godny zaufania lombard,
przydatny w czarnej godzinie. Musieli
tylko powiedzieć właścicielowi, że to Ivy ich do niego przysłała.
Natomiast Louis pokazywał jej restauracje, hotele i bary.
Znał wszystkie nazwy, lecz nie o każdym z tych miejsc przytaczał
historyjkę, jak robiła to Ivy.
Wskazywane przez niego lokale były częścią jego przeszłości i Lena nie
rządała szczegółów. Wystarczało, że w ogóle je ogląda.
Wstąpili do głośnego pubu, gdzie jak się okazało, Ivy znała wielu
klientów.
Daleko od domu, jak na pobliski pub - zauważył Louis.
Och, kochanku, dawniej tu pracowałam, ale teraz nie trzeba się nad tym
rozwodzić.
Naturalnie - zgodził się natychmiast i ścisnął dłoń Leny. Dobry początek.
Ruszali na spotkanie kolejnej przygody, a pewnych spraw się po prostu nie
porusza. Tak, właśnie to lubili. Usiedli we troje przy stole. Podchodziło do
nich wielu ludzi. Poznali jakąś Doris, Henry'ego, Nobby'ego, Steve'a i
samego właściciela pubu, Ernesta, drobnego mężczyznę z wytatuowanymi
ramionami. Co jakiś czas ktoś specjalnie podchodził do ich stolika. Lena i
Louis zwrócili na to uwagę, gdyż w odróżnieniu od barów irlandzkich nie
było tu kelnera. Jeśli chciało się wypić następny kufel piwa, trzeba było
samemu podejść do kontuaru.
Robili tak wszyscy, tylko nie Ivy. Do szklanek obu pań i do kufla Louisa
osobiście dolewał piwa mistrz Ernest, jak go tu nazywano. Lena nie
zauważyła przy tym żadnego obrotu gotówki. Ona i Louis mieli dość
135
pieniędzy, żeby zapłacić za piwo, co zresztą zaproponowali, lecz ich oferta
została skwitowana lekceważącym machnięciem ręki.
- Ernest o nas zadba - oznajmiła stanowczo Ivy. - On to bardzo lubi.
Lena zauważyła, że Ivy kilkakrotnie spoglądała w stronę drobnego,
zasuszonego Ernesta, który uwijał się przy barze i witał klientów. Od czasu
do czasu on też odszukiwał ją wzrokiem i uśmiechał się do niej.
Niektórzy stali bywalcy pytali o Charlotte, a Ernest niezmiennie
odpowiadał:  Pojechała do matki, jak w każdy piątek".
Lena wiedziała już, dlaczego Ivy przychodzi tu wyłącznie w piątki.
Zastanawiała się, od jak dawna to trwa. Może pewnego dnia Ivy jej powie.
A może nie. W końcu Londyn to nie Lough Glass, gdzie życie każdego
mieszkańca znano na wylot i przenicowywano tak długo, dopóki nie
odarto go ze wszelkiego znaczenia.
Dziś u Paddlesa rozprawiają pewnie o...
Nagle, zaskoczona, zdała sobie sprawę, że wcale nie wie, o czym mogą
rozprawiać. Może Martin powiedział im, że wyjechała w odwiedziny? A
może, że jest chora? Nie, na pewno nie. W takiej sytuacji musiałby
wciągnąć do spisku Petera Kelly'ego.
Ale co powiedział dzieciom? Zapłonęła gniewem, iż nie poinformował jej,
jaką historią zwiedzie dzieci. Namawiała go, by powiedział im prawdę,
jeśli tylko będzie umiał się na to zdobyć, i żeby pozwolił dzieciom do niej
pisać. Ale, jak widać, tego nie zrobił.
Ivy rozmawiała z Ernestem. Siedzieli obok siebie, Ivy zeskubywała mu
paprochy z rękawa marynarki - wyglądali jak stare małżeństwo.
Lena poczuła na sobie wzrok Louisa. Uśmiechnęła się, odpędzając od
siebie wspomnienia z Lough Glass.
- O czym myślisz? - zapytał.
- O tym, że czuję się już na tyle dobrze, by pójść do pracy. I o tym, że w
przyszłym tygodniu to ja was gdzieś zaproszę.
- Nie chcę, żebyś musiała pracować.
136
Ja też nie chcę, żebyś musiał robić to, co robisz, ale tylko na jakiś czas.
Pózniej będziemy mieć poważne dochody i dom jak normalni ludzie -
uśmiechnęła się promiennie. Było to jedno z wielu kłamstw, jakimi go
karmiła.
W sobotę Lena ubrała się elegancko i poszła do Agencji pośrednictwa
Pracy Millara. Stanęła przed wejściem i trzy razy głęboko odetchnęła.
Wciągała zimne londyńskie powietrze głęboko, haust za haustem. Mogła
to być pierwsza
z bezowocnych rozmów. Bo cóż mieliby jej zaoferować? [ Pobierz całość w formacie PDF ]