[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Aresztowany milczał. Wolał przezornie czekać na dalsze słowa majora.
- Są takie zaśniedziałe, bo przez czternaście lat leżały w pewnym grobie. Daleko stąd,
w Bytomiu. Pan mieszkał w tym mieście w 1945 roku?
Po twarzy aresztowanego przemknął cień. Doskonale zrozumiał słowa Krzyżewskiego.
- Więc nawet i do tego doszliście... - powiedział z mimowolnym uznaniem.
- Tak. Wiemy, że w dniu 18 lipca 1945 roku, w parku miejskim w Bytomiu, czterema
strzałami ze swojego pistoletu pozbawił pan życia Marię S. Następnie obrabował pan zwłoki,
zabierając torebkę z pieniędzmi i dokumentami.
- W czasie wojny i okupacji hitlerowskiej zastrzeliłem we Lwowie niejednego agenta
gestapo - odpowiedział cynicznie Baczyński. - Po wojnie tylko tę agentkę. Wydawała w ręce
hitlerowców zarówno Ukraińców, jak i Polaków oraz ukrywających się jeńców radzieckich,
więc wymierzyłem jej sprawiedliwość w imieniu narodu polskiego. Za to prokurator nie ma
prawa mnie oskarżać, za to powinienem być nagrodzony!
- W imieniu narodu polskiego - sucho odpowiedział Krzyżewski - wyrokują tylko sądy.
Jeżeli Maria S. była, jak pan mówi, agentką gestapo, do pana obowiązków należało
zawiadomić władze bezpieczeństwa, a nie mordować i rabować.
- Nic wierzę w waszą sprawiedliwość. Zbyt wiele drani chodzi na wolności. Chciałem
mieć pewność, że dosięgnie ją usłużona kara. Nie zrabowałem niczego. Torebkę wziąłem, by
sprawdzić, czy nie nosi w niej jakichś papierów, które pozwoliłyby odnalezć wspólników
Marii S., innych szpicli gestapowskich. Wobec tego, że nic nie znalazłem, torbę wraz z
pieniędzmi i wszystkim, co się w niej znajdowało, wrzuciłem do kanału. Tak się u nas zawsze
robiło po wykonaniu wyroku.
Nie umiał jednak Władysław Baczyński wytłumaczyć dziwnej sprzeczności pomiędzy
swymi zeznaniami a zachowaniem się ofiary. Jeżeli Maria S. była rzeczywiście
współpracownikiem lwowskiego gestapo, to po wojnie powinna się gdzieś ukryć, a nie szukać
człowieka, którego wydała w ręce hitlerowców i który wiedział o jej zbrodniach. Tymczasem
Maria S. zachowywała się całkowicie odmiennie. Nie ukrywała się przed władzami i nie
zmieniła nazwiska, o co w bałaganie repatriacyjnym było niezbyt trudno. Co więcej, po
uzyskaniu wiadomości, że Baczyński mieszka w Bytomiu, specjalnie tam pojechała i
rozpoczęła starania, by odnalezć dawnego współtowarzysza broni. Tak nie postępuje agent
gestapo, tak postępuje człowiek, który właśnie szuka zdrajcy.
Wszyscy informatorzy, którzy mieli coś do powiedzenia o Władysławie Baczyńskim z
okresu jego pobytu we Lwowie, wspominali, że za człowiekiem tym snuły się podejrzenia o
zdradę. Nikt natomiast nic wysunął najmniejszego oskarżenia pod adresem Marii S.
Przeciwnie, podkreślano jej oddanie sprawie i odwagę; właśnie w jej domu znajdował się
magazyn broni. Skład ten nie został nigdy wykryty. Ale być może dlatego, że Baczyński nic o
nim nic wiedział?
Ponieważ jednak poza gołosłownymi oskarżeniami nie istniały żadne konkretne
dowody współpracy Baczyńskiego z lwowskim gestapo, prokurator sporządzając pózniej akt
oskarżenia zdecydował się nic obciążać tym zarzutem podsądnego.
Teraz, po przyznaniu się oskarżonego do następnej zbrodni, majorowi Krzyżewskiemu
pozostało udowodnienie mu zamordowania kierownika transportu Wrocławskiej Wytwórni
Filmów Fabularnych, Inżyniera Władysława W. Zadanie było bardzo trudne. Ekspertyza
kryminalistyczna przecież twierdziła, że kula, która trafiła inżyniera w samo serce, nie
pochodzi z pistoletu Baczyńskiego. Były kierowca, orientując się, że tym razem oficer milicji
może wysunąć przeciwko niemu tylko poszlaki, nie zaś przekonywające dowody, energicznie
zaprzeczał swojemu udziałowi w tym morderstwie.
Rozdział X
JAK ZGINA?
Obok Władysława Baczyńskiego ustawiono sześciu ludzi, których tak dobrano, aby
byli mniej więcej tego samego wzrostu co on. Wszyscy nosili cywilne ubrania: garnitury,
letnie wdzianka lub jedynie koszule. Całą siódemkę ustawiono w dużym pokoju KW MO,
naprzeciwko drzwi wejściowych. Na ten sam dzień i na tę samą godzinę zaproszono do
komendy owego aktora teatru wrocławskiego, który pamiętnej nocy 18 kwietnia 1957 roku
widział na Sępolnie mężczyznę biegnącego pustą ulicą Kosynierów. Przypuszczalnie spotkał
wówczas zabójcę inżyniera Władysława W.
Aktor, wprowadzony do pokoju przez majora Krzyżewskiego, uważnym spojrzeniem
obrzucił całą siódemkę. Zbliżywszy się do trzeciego z lewej strony, a był nim właśnie
Baczyński, powiedział zdecydowanym głosem:
- To on! To na pewno on. Poznałbym go i za dziesięć lat.
- Czy pan się nie myli? Uprzedzam, że pana zeznanie jest bardzo ważne, ma ogromne
znaczenie. Może w zasadniczy sposób wpłynąć na wysokość wyroku - ostrzegał oficer milicji.
- Proszę uważnie się przyjrzeć i dobrze zastanowić.
- Nie mylę się. Nie mam najmniejszych wątpliwości. - Aktor potwierdził swoje
zeznanie.
Na dany przez majora znak sześciu ludzi wyszło z pokoju. Pozostali w nim Baczyński,
aktor i major.
- Więc pana zdaniem - powiedział major - ten człowiek uciekał wówczas stamtąd,
gdzie mieszkał Władysław W.? Było to póznym wieczorem w dniu śmierci inżyniera?
- Tak. Widziałem go. Uciekał pędem. Zwróciłem też uwagę, że jak gdyby coś chował
pod płaszczem.
- Co wy na to? - zapytał major aresztowanego.
- To wszystko lipa. Po prostu chcecie mnie wrobić w tamtą sprawę. Tego człowieka
widzę pierwszy raz w życiu. Pokazaliście mu moje zdjęcie i nauczyliście, co ma mówić.
- Nieprawda! - żachnął się aktor, dotknięty do żywego.
- Tak jest - Baczyński był pewny siebie. - Sam pan major stwierdza, że to było w nocy.
A ten facet powiada, że ja biegłem. Jak on mógł w ciemności tak dokładnie mi się przyjrzeć,
żeby teraz, po prawie półtora roku, rozpoznać mnie pomiędzy innymi? Albo go nauczyliście,
co ma mówić, albo znał tamtych pozostałych. Co ja, głupi? Przecież wszyscy tamci byli z
milicji, tyle, że się przebrali na cywila. Znał dobrze te twarze, bo musiał ich nieraz widywać na [ Pobierz całość w formacie PDF ]