[ Pobierz całość w formacie PDF ]

tylko siedzieć na łajbie, bo raporciki mogą być w ka\dej chwili. Aha, koszta będą,
niestety... - spojrzał niepewnie na mnie i pana Tomasza. - Ale malutkie w sumie. Na
pepsi czy chipsy dla pracowników. Panowie nie mają pojęcia, jakie te małolaty pazerne!
Wybuchnęliśmy śmiechem słysząc taką uwagę z ust czternastolatka.
Ten obraził się, ale chyba tylko dlatego, by podreperować mu humor kolejną porcją
lodów. Te małolaty...
Zasiedliśmy na  Krasuli gotowi do podjęcia natychmiastowej akcji, o ile wezwą nas
do niej agenci Zenka. Ale raporty, które napływały, uspokoiły nas:
Pierwszy raport: tłuściutki dziewięciolatek - porcja chipsów:
- Państwo odwiedzili weterynarza.
- Kombinują paszport dla kucyka! - zaśmiał się Jacek.
Długo nic.
Drugi raport: młodzian tylko w slipki odzian - du\e lody:
- Pani bawi się z kucykiem na łące przy  Gołębiewskim . Zwierzak przybiega do niej
nawet z daleka, gdy go zawoła. A tak, to złośliwa bestia. O, tu kopnął.
Zlad kopnięcia nieprzekonujący. Potraktowano to jako próbę wyłudzenia jeszcze
jednych lodów; załatwiono odmownie.
Trzeci raport: sympatyczna młoda dama bez jednego zęba - cola i lizak:
118
- Gość szuka zakładu rymarskiego.
- Naprawia uprzą\ dla tej wariatki, to znaczy dla jej kuca - poprawiła się Zośka.
Oj, długo nic!
Raport czwarty: sam Zenek - cola i lody:
- Musiałem sam. Rowerem. Bo klient pojechał do warsztatu volkswagena i długo gadał
z szefem. Pokazywał mu jakąś kartkę. Dogadali się, bo zawrócił do miasta, kupił dwa
koła od malucha i zawiózł do warsztatu. Po kiego?
- Nie po, a do - Jacek nie omieszkał okazać swej wy\szości nad Zenkiem, która wielce
ucierpiała podczas pamiętnych regat. - Do przyczepki, którą zmontują w warsztacie, by
kucyk wygodnie sobie podró\ował.
Raport piąty: mój wzrok - koszta zero:
- Jerzy przechodzi nabrze\em i skręca ku rynkowi.
Znudziło mnie ju\ to siedzenie na jachcie. Ruszyłem za nim.
Wyglądał na równie znudzonego jak ja. Czasem przystawał przed wystawami
jubilerów, którzy zadziwiająco rozmno\yli się w miasteczku ubogim przez dziesięć
miesięcy w roku. Czy Jerzego zatrzymuje przed tymi sklepami zawodowy nawyk, czy
chęć sprawienia Annie jakiejś błyskotki?
 Bzdura! Po co mu jubilerzy, skoro ma skarb Hasan-beja w ręku?! - pomyślałem.
Nagle Jerzy odwrócił się i ostrym krokiem ruszył mi naprzeciw. Nie było sensu się
ukrywać!
- Depczesz mi po piętach!
Zdziwiła mnie złość w jego zwykle opanowanym głosie. I ten błysk oczu! To ja mam
powody do wściekłości, a on skarb. Czy\by zmęczył się walką z nami, którą tylekroć
wyśmiewał? A mo\e zbli\a się decydujący dla niego moment?
- No to zabieraj się z Mikołajek i będzie spokój! - odciąłem z równą złością.
Odwrócił się bez słowa.
Wzruszyłem ramionami i wróciłem na jacht.
Pan Tomasz przywitał mnie smętnie zadumany:
- Wiesz, Paweł, zastanawiam się, czy wykorzystaliśmy wszystkie mo\liwości...
Przemyślałem sobie wszystkie dni bojów o skarb Hasan-beja, wszystkie
niezrealizowane plany i odrzucone pomysły.
- Chyba ju\ próbowaliśmy wszystkiego - odpowiedziałem po dłu\szej chwili. - Mo\e
tylko Nowicki i  Trzeci ? Ale z Nowickiego sam dyrektor kazał zrezygnować, a
 Trzeciego odrzucił, \e niby tylko na ten jeden raz go zaanga\owano.
-  Trzeci , mówisz? - pokręcił głową szef. - Nic o nim nie wiemy... A mo\e właśnie?...
Masz jeszcze w notesie numery samochodów, które spisałeś na parkingu w Gi\ycku?
- Powinny być.
- To dawaj! - pan Tomasz o\ywił się. - Zadzwonimy do Marczaka. Niech je sprawdzi!
- Jest sens?
- Na bezrybiu i rak ryba! A tobie nie chce się lezć w ten upał do Rosynanta?
Oj, nie chciało mi się! Ale có\, wola szefa to rzecz święta!
Wróciłem ocierając pot z czoła
- Proszę, oto te numery. Mo\e pan dzwonić.
- Ja? - szczerze zdumiał się - pan Tomasz. - Ja jestem na urlopie! Dzwoń, kochany! Na
mój koszt! Aparat le\y gdzie zwykle...
- Halo! - głos Marczaka nakazywał daleko posuniętą ostro\ność.
119
- Dzień dobry, panie dyrektorze. Mówi Daniec...
- Aa, witam serdecznie! Nie za zimno wam w Mikołajkach, nie za mokro? Bo tu u nas
upał a\ miło! - wściekłe sapnięcie.
- U nas te\. Ale nie bardzo mam czas zwracać uwagę na pogodę, bo robota...
- Od kiedy to pływanie z panem Tomaszem jego jachtem w towarzystwie pięknych
panienek nazywa się robotą?!
- Pan Tomasz jest tu prywatnie. I w dodatku z rodziną - poło\yłem na ostatnim słowie
lekki nacisk.
- No tak... - zmitygował się Marczak. - To czego panu potrzeba? Bo nie dzwoni pan
chyba z samej \yczliwości dla mnie.
- Z \yczliwości tak\e bym zadzwonił... Ale mam prośbę: czy byłby pan łaskaw
sprawdzić, kto jest posiadaczem następujących samochodów: LDA 54-97, GAN 87-94,
WAZ 32-74 i WzK 43-67. To mo\e bardzo nam pomóc...
- Niech pan zadzwoni za godzinę.
- Jaki\ zbawienny wpływ masz na dyrektora! - zaśmiał się pan Tomasz i przeciągnął
radośnie. - Mnie udałoby się zmusić Marczaka do wysiłku w ten upał chyba za trzecim
razem!
Wolałem przyjąć od\ywkę przeło\onego jako zasłu\ony komplement ni\ jako kpinę.
Odczekałem mniej więcej godzinę i sięgnąłem po komórkowiec:
- Zgodnie z umową kłaniam się panu dyrektorowi po raz drugi!
- I ja się kłaniam. A teraz proszę notować: mercedes WZK 43-67, właściciel Jan
Kókulski, przez  o z kreską. Jubiler, członek tylu komisji i stowarzyszeń, \e panu
kartka się skończy, nim je wszystkie podam. Wymienię choćby bardzo ekskluzywne,
nawet jak na tę bran\ę,  Koło Miłośników Szmaragdu . Absolutnie poza podejrzeniami!
- Nie moimi! - mruknąłem.
- Coś pan mówił? - zapytał Marczak
- Nic takiego. Cieszę się, \e pan Kókulski przez  o z kreską jest godnym synem
naszej ojczyzny! Ale mo\e nie właściciele innych zapisanych przeze mnie
samochodów?... - zapytałem na odczepnego.
- Odpadają. Emerytowany tancerz. Prokurator i... szewc! Tym ostatnim mo\e pan się
zajmie, zanim wróci do prawdziwej pracy! śegnam! - trzask odkładanej słuchawki.
- Co, nie kazał wracać zaraz? - zainteresował się szef.
- Nie.
- O, to masz szczęście! Za miesiąc zlot poszukiwaczy skarbów w Górowie Iławeckim,
a to dla Marczaka jakby ju\ jutro. A co z listą podejrzanych?
- Jest jeden. Ale wygląda na to, \e mieliśmy rację, zakładając, \e zaproszono go tylko
na jeden występ. Jubiler, szycha wśród swoich, Kókulski przez  o z kreską - zaśmiałem
się.
Ale szef smutno pokręcił głową: [ Pobierz całość w formacie PDF ]