[ Pobierz całość w formacie PDF ]

świecie.
— Aragh. . . — zaczął Gorbash, ale wilk odwrócił się. — Poczekaj, Aragh! Ja
oczywiście nie miałem na myśli. . . Oczywiście jestem szczęśliwy mogąc zapro-
sić wszystkich na. . . no, tego. . . na uroczystą ucztę dla uczczenia pamięci mojego
stryjecznego dziadka, który uśmiercił olbrzyma z Baszty Gormely, a dziś w po-
deszłym wieku. . . No, co jeszcze powinienem powiedzieć? Karczmarzu, daj, co
masz najlepszego, a nim odejdziemy, zapłacę ci złotem.
Oszołomiony Jim wprowadzony został do karczmy tuż za Danielle i Dafyd-
dem, którego ostrożnie przeniesiono do najlepszego łoża, otulono pościelą i pozo-
stawiono pod opieką Danielle. W innym pokoju Jim zmagał się ze odzieży przy-
niesionej z komory znajdującej się w po niczeniu karczmy i w końcu, dostatnio
odziany, wyszedł u boku Angie na zewnątrz, gdzie zastał przygotowane do uczty
ławy i stoły, zastawione najróżniejszym dobrem.
Kiedy byli w środku, zachód słońca zgasł zupełnie i zapadła noc. Wielkie
pochodnie umieszczone na wysokich stojakach buchały płomieniami i tworzyły
przytulną, jasna grotę w ciemnościach nocy. Ogień trzaskał i sypał iskrami na dłu-
gi stół, wzdłuż którego stały ławy. Stół uginał się od pieczonych udźców, owoców,
serów i wszelkich innych potraw, w końcu stołu zaś stała potężna beczka wina —
już odszpuntowana — a przed nią szereg naczyń dla ludzi i smoków.
— Dobra robota! — zawołał z zachwytem Brian zza ich pleców; Jim i Angie
odwrócili się i zobaczyli wychodzącego z karczmy rycerza, którego oczy utkwio-
ne były w stole. — Dick Karczmarz posłał wiadomość Geronde, że jesteśmy tutaj.
Wkrótce dołączy do nas. Dick naprawdę dobrze to urządził, prawda, Jamesie?
Brian również przebrał się. Był bez zbroi i miał na sobie szkarłatną szatę,
której Jim nigdy przedtem nie widział. Podejrzewał, że rycerz również skorzy-
stał z dobrodziejstw komory Dicka. W szacie tej, przewiązanej w pasie szeroką,
złotem przetykaną szarfą, ze sztyletem w złotej, inkrustowanej kością słoniową
pochwie sir Brian NevilleSmythe wyglądał imponująco. Widok ten przypomniał
Jimowi jego własne niedoskonałości.
— Brianie. . . — zaczął niezręcznie. — Muszę ci coś powiedzieć. Widzisz,
185
ja nie mam wielkiego pojęcia o władaniu mieczem, tarczą, włócznią czy innym
takim orężem. Nie jestem pewien, jak spiszę się w roli przyjaciela teraz, kiedy tu
zostaję. Nie uczyłem się nawet takich spraw, które dla ciebie są oczywiste. Nie
dysponuję już smoczym ciałem i Jego potężnymi mięśniami. . .
Brian roześmiał się.
— A zatem, Jamesie — rzekł — będzie to dla mnie naprawdę wielka przyjem-
ność uczyć cię szlachetnej sztuki władania bronią i innych rzeczy, które przystoją
tak dostojnemu szlachcicowi. A co do mięśni, dziwne byłoby, gdyby ktoś tak rosły
i krzepki nie zdołał stać się człowiekiem czynu.
— Rosły. . . ? — Kiedy Jim powtórzył to słowo, uświadomił sobie, że Brian
napomykał o tym od jakiegoś czasu, a dokładniej od chwili, kiedy Jim wrócił do
swego ciała.
Nie zwracał jednak na to uwagi aż do tego momentu. Zauważył, jak bardzo
Angie urosła w tym świecie. Ale gdy porównał się teraz z Brianem, ujrzał, że
rycerz wygląda przy nim jak cherlawy młodzieniaszek.
Zrozumiał wszystko.
Całkiem zapomniał o kilku sprawach; średniowieczne zbroje, które oglądał
w muzeach, plany średniowiecznych łodzi, budowle, meble. . . W Europie wie-
ków średnich przeciętny wzrost kobiety i mężczyzny był znacznie mniejszy niż
w jego rodzinnym dwudziestym stuleciu. W swojej epoce Jim zaledwie należał
do przeciętnie wysokich. Tutaj był olbrzymem.
Otworzył usta, żeby to wyjaśnić, ale zanim zdołał coś powiedzieć, poczuł, że
Angie ścisnęła go za rękę. Za Brianem ukazały się następne osoby wychodzące
z karczmy: Danielle, Giles z Wrzosowisk, a tuż za nim Carolinus. Dwaj synowie
Dicka Karczmarza nieśli drewniane tace i puchary. Zwaliste kształty Gorbasha
i Secoha również wynurzyły się z ciemności panujących poza kręgiem światła,
a za chwilę wśliznął się Aragh. Na złamanej łapie miał założony świeży opatru-
nek.
— Karczmarz mówi, że wszystko gotowe — zawarczał.
— Bogu niech będą dzięki! — stwierdził Giles. Ogorzała twarz wodza bani-
tów pofałdowała się w rzadko goszczącym na niej uśmiechu. — Przysięgam, że
wszyscy już prawie umieraliśmy z głodu i pragnienia.
— Amen! — rzekł Brian i odrobinę kulejąc powiódł wszystkich ku ławom
i stołom. — Zajmujcie miejsca, przyjaciele, i radujmy się wszyscy, albowiem
w życiu spotyka nas tyle cierpień, że nie powinno brakować ochoty do godziwej
uciechy, na którą sobie rzetelnie zasłużyliśmy. [ Pobierz całość w formacie PDF ]