[ Pobierz całość w formacie PDF ]

- A jak go przekonałeś, że mój rewolwer nie jest prawdziwy?
- Nic prostszego. Od momentu, kiedy cię postrzelono, boisz się broni. Nawet nie
możesz jej dotknąć. To naprawdę go wkurzyło. Miałeś być jednym z tych, którzy chcą
odebrać mu jego karabiny i rewolwery, a jaki z ciebie mężczyzna? Nosisz tylko atrapę, na
wypadek, gdybyś musiał zablefować.
Zdusiłem śmiech.
- Wystawiłeś go. Nie miał szansy
- Chyba nie - przyznał. - Wszystko odbyło się tak, jak zaplanowałem. To znaczy
dokładnie tak, jak zaplanowała pani Fulton. W samoobronie. Jesteś wolny. Nie ma żadnych
punktów zaczepienia.
- A ty miałeś go na oku. Pewnie pojechałeś prosto do jego domu, podrzuciłeś maszynę
do pisania, wycinki prasowe i podrobiony dziennik, w którym przedstawiłeś całą historię, jak
mnie tropił i stawał się Rose'em. A potem pojechałeś za nim do mojej chaty. I kiedy było już
po wszystkim, pojawiłeś się. Z pistoletem. A gdyby coś poszło nie tak, musiałbyś go użyć.
Mam rację?
Odwrócił wzrok, a potem znowu spojrzał na mnie.
- Pani Fulton powiedziała mi, że jeżeli sprawy nie potoczą się po jej myśli, będę
musiał kogoś zabić. Jeśli przypadkiem on zabije ciebie, będę musiał zabić jego. A jeżeli obaj
zostaniecie przy życiu, będę musiał zabić jego i pewnie ciebie, w zależności od rozwoju
sytuacji. Próbowałem wymyślić sposób, jak go zabić, Alex. Wiesz, podjechać i zastrzelić go,
tak jakbym uznał, że coś ci grozi. Nie chciałem cię zabić. Nie mógłbym tego zrobić. Musisz
mi uwierzyć.
Siedziałem i przetrawiałem jego słowa. Przez długą chwilę panowała cisza. Jego
pistolet wciąż mierzył w moją pierś. W kominku nagle trzasnęło polano.
Wreszcie Uttley odchrząknął.
- Jak się zorientowałeś?
- Dziennik. Wszystko było nie tak. Ten facet niby miał obsesję na moim punkcie.
Można by pomyśleć, że każdego dnia powinien pisać o mnie całe strony. A gdyby
rzeczywiście skontaktował się z Rose'em, że podałby mnóstwo związanych z tym
szczegółów. Prześlizgnąłeś się po tym. Ale to ma sens. Wiedziałeś, że można by to sprawdzić.
I przekonać się, że z nim nie rozmawiał. I co z tego? Zledczy uznaliby, że po prostu to sobie
wymyślił. Zresztą ja też to podejrzewałem. Mimo że w tych notatkach było wiele rzeczy, o
których wiedzieliśmy tylko Rose lub ja. Albo tak przynajmniej mi się wydawało. Kiedy się
dziś z nim spotkałem, zaczął mówić o tym, jak powiedział coś, czego powiedzieć nie
powinien. Pomyślałem, że chodziło mu o mnie i Franklina. Teraz jednak uważam, że musiał
powiedzieć jakieś cholernie paskudne rzeczy swojemu obrońcy. Nie wątpię, że bez
problemów dowiedziałeś się, kto to był. Aatwo udać kogoś innego i wymyślić jakieś
wytłumaczenie, dlaczego chcesz wiedzieć, co powiedział. Co to było? Podałeś się za
dziennikarza? Adwokata pracującego nad podobną sprawą?
- Ciepło, ciepło. Byłem wydawcą czasopisma prawniczego. Musiałem tylko
sprowokować go do mówienia. Wiesz, jacy są prawnicy.
- I to, że tamtej nocy nie powiedziałeś nic przez telefon. Wiedziałeś, że rozmowy są
nagrywane. I ten fragment w liście... napisałeś, że jest u mnie policjant. Kiedy teraz patrzę na
to z perspektywy, wszystko nabiera sensu.
- Chyba tak.
- A kiedy szukałem Edwina, uparłeś się, żeby mi pomóc, pamiętasz? Byłem gotów
zrezygnować, ty jednak nalegałeś, żebym jechał dalej. Nie zdawałem sobie wówczas z tego
sprawy, ale prowadziłeś mnie prosto do tej łodzi. Wiedziałeś, że ktoś musi ją znalezć, zanim
deszcz zmyje krew. A przy okazji, skąd ją wziąłeś? Skaleczyłeś Edwina?
- Nie. Miałem w torbie całe pół litra. Bogaci ludzie lubią przechowywać swoją krew,
no wiesz, na wypadek, gdyby potrzebna była transfuzja. Nie chcą, by przetaczano im czyjąś
krew.
- A jaka z tego korzyść dla ciebie, Uttley? Dlaczego to zrobiłeś? Niech zgadnę.
Będziesz pracował teraz w Grosse Point, prawda? Dostaniesz jakąś ciepłą posadkę w Fundacji
Fultona?
- Coś w tym rodzaju. Nie będę już uganiał się za karetkami pogotowia po tym
uroczym, lodowatym pustkowiu.
- A ja będę sobie żył z tymi cudownymi wspomnieniami, prawda? Dwa tygodnie
koszmaru, i znów kogoś zabijam?
- Dostaniesz coś więcej. Bądz co bądz, zasłużyłeś na jakąś rekompensatę.
- Co, zamierzasz mi zapłacić?
- Nie - odparł. - Masz Sylvię.
- O czym ty gadasz?
- Daj spokój, Alex. Wszyscy wiemy, co się dzieje. Tylko pomyśl: już nie jest mężatką.
Edwin nie żyje. Ona należy do ciebie.
- Chyba masz rację. No dobrze. Pozwolę ci się spakować. - Wstałem. Lufa pistoletu
przesunęła się w ślad za mną. - Wolałbym, żebyś odłożył broń. Zaczyna mi działać na nerwy.
- Zamierzasz tak po prostu odejść?
- A co innego mogę zrobić? Jak już powiedziałem, świetnie to rozegrałeś. Wiem, co
się zdarzyło, ale niczego nie potrafię dowieść. A więc co mi pozostaje? Tylko pójść sobie.
Chyba go zatkało. Pewnie po raz pierwszy w życiu.
- Okej - powiedział po chwili. - To takie nasze  żegnaj .
- Nie, niezupełnie. Jeszcze się spotkamy.
- To nie jest dobry pomysł. Jak się przekonałeś, pani Fulton umie postawić na swoim.
Jeżeli zorientuje się, że coś wyniuchałeś, może zacząć myśleć o tobie jako o pozostawionym
śladzie. A dobrze wiesz, jak nie cierpi pozostawiać śladów.
- Tak. I właśnie dlatego nigdy jej nie powiesz o tej naszej krótkiej pogawędce.
Ponieważ także i ty staniesz się śladem. Prawdę mówiąc, nie wiadomo, czy już nim nie jesteś.
- Przerwałem, niech się zastanowi. - A tymczasem mam zamiar się wycofać, przeczekać.
Przekonać się, jak się czuję po tym, co przeżyłem. Może po prostu machnę na to ręką. A
może będzie mnie to coraz bardziej denerwowało. I tak się wkurzę, że pewnego dnia
postanowię cię znalezć, bez względu na cenę, bez względu na to, co pani Fulton może mi
zrobić. Może pewnego dnia otworzysz drzwi i zobaczysz mnie.
Wycelował we mnie pistolet.
- Wiesz, co się czuje, kiedy ktoś cię postrzeli, Lane? Kiedy kawałek metalu przeszyje
twoje ciało? Nawet nie potrafisz sobie tego wyobrazić. Najpierw nie boli. Gdybym chciał cię
postrzelić tak, jak Rose postrzelił mnie, leżałbyś tu na podłodze i zastanawiał się, co się stało.
Trzymał berettę w obu dłoniach. Aż zobaczyłbyś własną krew. Wtedy byś już wiedział.
Ręce mu się trzęsły.
Wyszedłem z pokoju.
- Do widzenia, Lane - rzuciłem przez ramię. - Miłych wakacji.
Wróciłem do domu. Znalazłem flakonik pod tylną ścianką apteczki. Wysypałem
wszystkie pastylki do sedesu i spuściłem wodę.
Strach zniknął. Wreszcie się go pozbyłem. Nie niszcząc go, ale przekazując komu
innemu.
Ochlapałem twarz zimną wodą i spojrzałem w lustro. Co teraz?
Powinienem pojechać do Sylvii. Jeszcze dzisiaj. Natychmiast. Przekonać się, czy
mimo wszystko możemy zacząć od nowa. Ale nie powiem jej, co się stało. Niech myśli, że
Edwin nie żyje.
Albo, do diabła, może powiem jej wszystko. Edwin przecież żyje. Zrobili z nas obojga
durniów. Jak ona na to zareaguje? A gdybyśmy tak oboje postarali się go odnalezć? Sylvia
Fulton na tropie. Rozmowa o strachu.
Nie wiedziałem, co robić. Popatrzyłem na zegarek: dopiero tuż po północy. Ciągle
jeszcze mógłbym wpaść do Glasgow Inn. Sprawdzić, czy jest tam stara paczka, sprawdzić czy
wciąż umieją grać w pokera. Wypić parę zimnych piw, pomyśleć o tym wszystkim.
Spokojnie. Bez pośpiechu. W końcu to będzie długa zima.
Jeżeli naprawdę jesteś prywatnym detektywem, powiedziałem do swojego odbicia w
lustrze, potrafisz ich odnalezć. Pozwól Edwinowi myśleć, że gdziekolwiek jest, naprawdę
rozpoczął nowe życie. Pozwól też pani Fulton myśleć, że i ona wygrała swoją partię. Niech [ Pobierz całość w formacie PDF ]