[ Pobierz całość w formacie PDF ]

przebudzeniu wzniosę dla ciebie świątynię i ka\ę zburzyć miejsca kultu innych bogów, ale
będę kimś więcej ni\ twoją kapłanką. Twe boskie ciało połączy się z moim, a ja od tej pory
Strona 28
Jordan Robert - Conan niszczyciel
będę \yła w czystości, zachowując swe wdzięki wyłącznie dla ciebie. Zasiądę po twej
prawicy i dzięki twej łasce otrzymam nieskończoną władzę nad \yciem i śmiercią. Znów
narody padną przed tobą na kolana, znów będą ci składać ofiary. Zlubuję ci to wszystko, o
wielki Dagothcie, i ręczę za spełnienie przysięgi własną duszą i ciałem.
Nagle oddech uwiązł jej w gardle. To, na czym le\ała, nadal posiadało twardość kamienia,
ale teraz było ciepłe jak \ywe ciało. Nie śmiejąc w to uwierzyć, bojąc się, \e mo\e alabaster
rozgrzało ciepło jej własnego ciała, niepewnie przesunęła dłońmi po szerokich, doskonałych
ramionach. Wszędzie czuła ciepło.
W tej samej chwili to odczucie zniknęło, a ostatnie wątpliwości Taramis rozwiała
nienaturalna szybkość tego zjawiska. Bóg dał jej znak. Jej propozycja została przyjęta 
otrzyma to, o co prosiła. Uśmiechnięta księ\niczka zasnęła na piersiach Zpiącego Boga.
IX
Barczysty młodzieniec zwę\onymi oczami wpatrywał się w rozpościerające się przed nim
cienie. Za plecami wędrowców słońce jeszcze nie wzniosło się na szerokość dwóch dłoni nad
horyzont. Pół mili przed nimi z cieni wyłoniła się wysoka skalna ściana, pełna wąskich
szczelin i \lebów, ale bez śladu przejścia na drugą stronę.
 Jehnno?!  zawołał Cymmerianin zerkając przez ramię.
Nie musiał niczego dodawać. Wszyscy zamilkli na widok tarasującej im drogę przeszkody
i nawet smukła dziewczyna miała niezadowoloną minę.
 Musimy tędy iść  powtórzyła uparcie.  Wiem, \e to właściwa droga. Prosto. Jestem
pewna.
Conan trącił boki wierzchowca i pokłusował. Płonął z niecierpliwości, by zobaczyć, co na
nich czeka, i na Croma, lepiej, \eby coś czekało!
Omiótł wzrokiem urwiska ciągnące się milę na północ i południe od miejsca, ku któremu
jechali. W najni\szym miejscu miały one co najmniej pięćdziesiąt kroków wysokości i
zwieńczone były nawisem. Najwy\sza część była dziesięć razy wy\sza. Gdzieniegdzie
jednolitą skałę cięły pionowe szczeliny i cieniste kominy, ale nic nie sugerowało istnienia
jakiegoś przejścia.
Wiedział, \e mógłby się wspiąć. Pokonywał ju\ wy\sze i bardziej strome urwiska w
omiatanych wichrami górach rodzimej Cymmerii. Prawdopodobnie Malak mógłby zrobić to
samo, mo\e nawet Bombatta, ale Akiro zdecydowanie nie nadawał się do wspinaczki. Co do
Jehnny, Cymmerianin doszedł do wniosku, \e aby pokonać stromą ścianę, dziewczyna
musiałaby mieć skrzydła. Skrzydła& zadumał się. Oczywiście prawdziwe skrzydła nie
wchodziły w rachubę, ale mo\e Akiro zdołałby rozwiązać ten problem. Mo\e skorzysta ze
swej mocy, by wynieść siebie i dziewczynę na szczyt skały, a pozostali pokonają ją w zwykły
sposób.
Nagle zrozumiał, co le\y wprost przed nimi.  Prosto  powiedziała Jehnna, a właśnie
tam widniała wąska szczelina. Nie była płytka jak inne, lecz wchodziła głęboko w skałę,
ginąc za ostrym zakrętem po kilkunastu krokach. Conan nie był uszczęśliwiony tym
widokiem. Skrzydła, pomyślał, byłyby du\o lepsze.
Popatrzył na innych. Ich twarze jasno dawały do zrozumienia, \e zobaczyli to co on.
Nawet Bombatta krzywił się z powątpiewaniem, a Malak modlił półgłosem. Tylko Jehnna
wyglądała na pewną siebie, lecz mimo to Cymmerianin nie zdołał powstrzymać się od
zadania pytania:
 Tamtędy?
Dziewczyna zdecydowanie pokiwała głową, a on westchnął.
 Ja pójdę pierwszy  oznajmił i sprawdził, czy miecz łatwo wychodzi z podniszczonej
skórzanej pochwy.  Malak za mną, potem Akiro i juczny koń, potem Jehnna. Bombatto, ty
będziesz zamykał tyły.  Wojownik o pokiereszowanej twarzy skinął, dobywając szabli.  I
uwa\ajcie, co się dzieje na górze  dodał Conan, chocia\ wiedział, \e niewiele mogliby
zrobić, gdyby ktoś zaczął spuszczać na nich głazy. [ Pobierz całość w formacie PDF ]