[ Pobierz całość w formacie PDF ]

 Graf, nie baron  ryknąłem.  Graf Bent Diebstali z ubogiej, prowincjonalnej rodziny,
stulecia temu wyzutej z majątku i tytułu przez krwiożerczych hrabiów!
Wykrzywiłem się w stronę przewodnika, jakby to ostatnie dotyczyło właśnie jego.
 Nie znam wszystkich pańskich tytułów, grafie Bent  odezwała się królowa głosem
przypominającym mi, sam, nie wiem czemu, pastwisko wczesnym świtem. Wskazała na dwa rzędy
lśniących niczym słonko medali kołyszących się na mojej piersi. Też mi się podobały  mój ostatni
zakup u handlarza starzyzną.
 Ordery galaktyczne, Wasza Wysokość  wyjaśniłem.  Najmłodszy syn prowincjonalnej
rodziny nie mógł znalezć dla siebie żadnej szansy na Freibur. Dlatego też wstąpiłem do służby
pozaplanetarnej. Najlepsze lata młodości spędziłem w Stellar Guard. To odznaczenia za różne bitwy,
inwazje i kosmiczne abordaże. Ale ten jest wart najwięcej...  przerwałem wskazując na błyszczącą
blachę całą w kometach, supernowych i innych takich.  To Stellar Star, najwyższe odznaczenie w
gwardii.  Przy okazji przyjrzałem mu się uważniej. Wyglądało na rzeczywiste odznaczenie
gwardyjskie, chyba za pięcioletnią służbę.
 Jest piękne  oceniła królowa.
Niestety, sądząc po stroju, gust tej damy był raczej mierny. Ale czego mogłem się spodziewać
na takim zadupiu.
 Rzeczywiście  zgodziłem się.  Nie lubię się chwalić, ale jeśli to królewski rozkaz... 
to był królewski rozkaz i to wyrażony nader pospiesznie.
Tak zatem nałgałem o moich kosmicznych przygodach, i to tyle, że zdziwiłbym się, gdybym po
tygodniu nie stał się tematem plotek całego towarzystwa. A zatem będzie musiało dojść to i do uszu
Angeliny.
Pokrzepiony takim rozumowaniem wróciłem do baru. Resztę tego atrakcyjnego wieczoru
spędziłem krążąc między gośćmi i opowiadając, gdzie tylko się dało, moje niestworzone łgarstwa. Im
więcej jednak czasu mijało, tym mniej podobał mi się pierwotny plan. Owszem, stawałem się
postacią znaną, ale mogą minąć miesiące, zanim będzie tej sławy dość, by usłyszała o mnie Angelina.
No i pozostawało jeszcze pytanie, co usłyszy.
Ten proces musiał zostać przyspieszony i ukierunkowany. Istniało coś, co mogłem zrobić, tyle że
to był krok godny zaawansowanego szaleńca. Z drugiej strony, gdyby się udało, niewątpliwie
osiągnąłbym cel. Rzuciłem monetę zdając się los szczęścia, ale ponieważ miałem w tym ogromną
wprawę, wynik był z góry wiadomy.
Jeszcze przed balem umieściłem w kieszeniach parę użytecznych drobiazgów. Jednym z nich był
upominek, który gdyby wszystko zawiodło, mógł otworzyć mi drogę do króla. Wsunąłem go do
zewnętrznej kieszeni i złapawszy największą szklankę wina, jaką miałem w zasięgu wzroku, ruszyłem
na poszukiwanie ofiary.
Gdy przybyłem na przyjęcie, Wiluś był już pijany, teraz przeszedł do stadium paraliżu. W
swoim uniformie musiał mieć stalowy pręt podtrzymujący go w pionie. Nie było możliwości, by to
jego własny kręgosłup powodował taki efekt. Nadal jednak pochłaniał podsuwane mu napoje, a jego
chwiejąca się głowa przyjęła pozycję wskazującą, że król ma chętkę na sen. Otaczał go tłumek
oldboyów, którzy musieli dobrze bawić się we własnym gronie, gdyż moje zbliżenie się i pierwszą
próbę zwrócenia na siebie uwagi przywitali niechętnymi spojrzeniami. Ponowiłem wysiłki nie
zrażony ich reakcją, a ponieważ byłem wyższy i bardziej kolorowy, szybko wzbudziłem
zainteresowanie Wilusia. Z jednym z oldboyów zapoznałem się wcześniej tego wieczoru, zmuszony
był zatem mnie przedstawić.
 Ogromna to przyjemność poznać Waszą Wysokość  zapewniłem pijackim głosem, gdy
przeszły już oficjalne prezentacje.  Przypadkowo również jesteś entomologiem amatorem, który
ośmielił się iść w ślad Waszej Wysokości. Jestem z tego dumny i uważam, że wszechświat powinien
zwrócić większą uwagę na Freibul i na osiągnięcia Waszej Królewskiej Mości w dziedzinie
entomologii...
Bredziłem jeszcze przez chwilę w tym guście, aż król  który wyłapywał z pewnością nie
więcej niż jedno słowo na dziesięć  zaczął tracić zainteresowanie. Sięgnąłem więc do kieszeni i
wyciągnąłem mego asa.
 Z uwagi na zainteresowania Waszej Wysokości  oznajmiłem grzebiąc w kieszeni 
starannie przechowywałem ten okaz, wioząc go przez pustkę długich lat świetlnych, aby spoczął w
miejscu, które jest mu należne, czyli w kolekcji Waszej Wysokości.  Wydobyłem z kieszeni
przezroczyste pudełko i podetknąłem mu pod nos.
Z wyraznym wysiłkiem skoncentrował wzrok na zawartości. Całe otoczenie wyciągało szyje, by
zobaczyć, co to takiego.
Nie mogę zaprzeczyć  obiekt godzien był takiego podziwu. Był to przepiękny żuk długości
mojej dłoni, z trzema parami skrzydeł różnego koloru i tuzinem nóg najrozmaitszego kształtu, potężną
szczęką i trojgiem oczu. Tyle tylko, że nie podróżował ani minuty w przestrzeni. Sam go zrobiłem
dzisiejszego ranka. Większość składników pochodziła z innych owadów, a tu i ówdzie, w miejscach,
gdzie matce naturze zabrakło inwencji, dodałem kawałki tworzywa. Pudło było nieco przydymione,
by ukryć co wątpliwsze detale.
 Wasza Wysokość musi obejrzeć go z bliska  stwierdziłem otwierając pudełko i usiłując
pokazać mu zawartość. Było to o tyle trudne, że obaj kiwaliśmy się z różnymi częstotliwościami, a
kasetkę trzymałem razem ze szklanką. Zcisnąłem trochę moje trofeum i owad wskoczył do
królewskiej szklanki.
 Ratować! Wyciągnąć!  ryknął król wsadzając paluchy do środka. Przy okazji część
alkoholu wylała się na Wilusia. Z tyłu dobiegł mnie pełen wściekłości pomruk. W końcu złapał
owada, lecz znów wymknął mu się z rąk, lądując na piersi, skąd powoli, gubiąc po drodze nogi i
skrzydła i pozostawiając na materiale szeroką wstęgę wina, spłynął na podłogę. Gdy usiłowałem go
złapać, płyn z mojej szklanki chlusnął na monarszą pierś. Tłum zawył z wściekłości, ale król przyjął
to niezle. Stał jak drzewo wyginane huraganem i nawet nie zaprotestował. Mamrotał tylko:
 Powiedziałem, powiedziałem...
Nawet gdy próbowałem wytrzeć wino chusteczką, nadeptując mu przypadkowo na nogę,
zachowywał się spokojnie. W przeciwieństwie do otoczenia. Jeden gość trzasnął mnie w ramię.
Zatoczyłem się pod wpływem ciosu i uderzyłem Wilusia w pierś. Królewska korona poturlała się po
podłodze. Oldboye zawrzeli i ruszyli na mnie. Było to dość zabawne, lecz tylko do czasu. Na pomoc
przyszło im młodsze pokolenie arystokracji. Co prawda, pokazałem im parę sztuczek z różnych metod
walki, ale braki techniczne rekompensowała im siła i liczebność.
To był naprawdę dobry sparring. Kobiety krzyczały. Król został wyniesiony, szkło się tłukło, a
potem wszystko  włącznie ze mną  zakotłowało się.
Nie mogłem dać rady tylu ludziom, lecz miałem tę satysfakcję, że nie pozostałem im dłużny.
Moim ostatnim wspomnieniem było, że kilku facetów mnie trzymało, a jeden próbował rąbnąć. Udało [ Pobierz całość w formacie PDF ]