[ Pobierz całość w formacie PDF ]

- Zwykły rachunek prawdopodobieństwa. Większość pilotów używa określonego punktu
nawigacyjnego, a więc, większość z nich leży w pobliżu stacji Ligi. Prawie każda podróż wymaga
trzech do czterech sprawdzianów w normalnej przestrzeni. Któryś z nadajników powinien zostać
przechwycony.
- Lepsze to niż nic, ale samobójstwo jest nadal możliwe - mruknął Hanasu.
- Mówiłem ci już, że jesteś niepoprawnym optymistą? Hanasu wrócił do zasadniczego tematu:
- Jak przymocujesz go do statku?
- Młotkiem! Dobra, nie pora na żarty. Muszę znalezć sposób, aby zbliżyć się do któregoś. Samo
przymocowanie zabiera zaledwie parę minut. Czy kosmodrom jest pilnowany?
- Jest wokół niego siatka, o czym doskonale wiesz Strażnicy, z tego co wiem, stoją tylko przy
bramie.
- Więc nie powinno to być zbyt trudne. Potrzebuję twojej pomocy w dwóch kwestiach: w
zorientowaniu się, kiedy odlatuje jakiś statek i w kwestii transportu na kosmodrom.
- Informacja nie jest problemem. Biuletyn podał, że  Takai Cha" startuje dziś o szóstej
czterdzieści pięć.
- Która jest teraz?
- Trzecia jedenaście - odparł studiując cyferblat.
- Możesz mnie tam jakoś podrzucić na czas? Chwilę zastanowił się, po czym skinął głową.
- Normalnie nie mógłbym, bo nie mam powodu, by wyjeżdżać ze szkoły, ale dziś mogę.
Zamelduję, że chcę pomóc w poszukiwaniach. Powinni się zgodzić.
Zgodzili się i w ciągu dziesięciu minut podskakiwaliśmy po zlodowaciałym polu w
elektrycznym i zaopatrzonym w płozy urządzeniu, służącym do wytrząsania z człowieka flaków. W
tym czymś nie było foteli, ogrzewania i hermetyzacji kabiny. Ci ludzie naprawdę przesadzali w
samoumartwianiu się. Pod pachą dzierżyłem metalową rurę, między nogami miałem skrzynkę z
narzędziami, a obydwoma rękami trzymałem się metalowej rury obciągniętej brezentem, a udającej
siedzenie, aby nie rozbić sobie głowy o boki i dach skaczącego pojazdu.
- Jak blisko ogrodzenia możesz podjechać?
- Jak blisko zechcesz. Nie mamy dróg czy oznaczonych tras. Poruszamy się na radiolatarnie
kierunkowe, a trasa zależy od wyboru kierunku.
- Pierwsza dobra wiadomość. Słuchaj, wysadz mnie przy ogrodzeniu i pojedz dalej, tylko
zapamiętaj miejsce. Wróć po godzinie. Jeśli usłyszysz coś, ale dostrzeżesz zamieszanie, jedz do
szkoły.
- Dobrze, będę miał czas zażyć truciznę.
- Smacznego, tylko nie śpiesz się za bardzo. Zrób to jedynie wtedy, gdy faktycznie mnie złapią.
Może być zamieszanie, ale to wcale nie będzie jeszcze równoważne z tym, że mnie mają.
Po obu stronach drogi pojawiły się niewyrazne kształty, po czym z boku wyskoczyło ogrodzenie,
wzdłuż którego Hanasu jechał z zacięciem kierowcy rajdowego.
- Wysiadam! - wrzasnąłem, gdy w oddali zamajaczyła brama. - Zapamiętaj czas i do zobaczenia.
Wyturlałem się z całym ekwipunkiem, zanim dobrze zwolnił i znalazłem się w centrum
miniaturowej śnieżycy. Wyjąłem ze skrzynki detektor i zbliżyłem się do ogrodzenia.
Nic. %7ładnego alarmu. Przecięcie płotu było zadaniem dla średnio ruchliwego paralityka.
Zrobiłem to jedną ręką i z zamkniętymi oczami, i to dosłownie! Przepchnąłem przez otwór siebie i
rurę i załatałem dziurę. Zadowolony założyłem narty i ruszyłem w ciemność. Sypiący śnieg zacierał
moje ślady, tak że miałem wszelkie powody do zadowolenia.
Odnalezienie okrętu nie było żadnym problemem: wszystko wokoło spowijał mrok, kadłub zaś
był zalany światłem reflektorów.
Wokół kręciły się maszyny obsługiwane przez ubranych w kombinezony techników.
Trzymając się cienia, zastanawiałem się, jak, do cholery, mam tam podejść i przymocować mój
drobiazg nie wywołując alarmu.
16
Problem ten miał tylko jedno rozwiązanie: musiałem wyglądać tak jak ci, którzy się kręcili przy
statku. Mówiąc krótko, potrzebowałem kombinezonu technika. Tak więc musiałem któregoś z nich
rozebrać.
Znalezienie ciemnego kąta za jakimiś beczkami, żeby złożyć bagaże nie było problemem, ale
postaranie się o kombinezon to zupełnie inna sprawa. Krążyłem w ciemności w tę i z powrotem, bez
żadnych rezultatów. Aazili parami lub w większych grupach. Czas uciekał i godzina, jaką dałem
Hanasu, dawno minęła.
Moja cierpliwość topniała, rozważałem jeden samobójczy plan po drugim, gdy w końcu
któregoś ruszyło. Zlazł z dzwigu i ruszył ku budynkom. Oczywiście dokładnie po przeciwnej stronie,
niż byłem, ale to już drobiazg. Zobaczyłem, jak wchodzi w drzwi oznaczone  Benjo" i ruszyłem tam,
wykorzystując każdą możliwą osłonę.
Będąc zwolennikiem określonych praw osobistych, poczekałem przy wyjściu, aż załatwi interes
z muszlą klozetową, po czym go rąbnąłem. Było to o tyle łatwiejsze, że ręce nadal miał zajęte przy
rozporku i guzikach; najprawdopodobniej nawet nie wiedział, co się zdarzyło. Ja wiedziałem. Kant
prawej dłoni bolał mnie jeszcze przez pół godziny. Rozebrałem go starannie, związałem jakimś
drutem i zakneblowałem, zamykając w jednej z kabin. Nie powinien zostać znaleziony przed odlotem.
Jego kombinezon był lekko przyciasny, ale i tak nikt tu nie zwracał uwagi na elegancję, a
ochronny kask twarzowo zakrywał mi fizjonomię.
Zabrałem, co moje, i ruszyłem wolno ku statkowi. Właśnie ten wolny marsz był najtrudniejszy
ze wszystkiego. Nikt się za mną nie oglądał, nikt za mną nie krzyczał, wyglądało na to, że tutaj nic [ Pobierz całość w formacie PDF ]