[ Pobierz całość w formacie PDF ]

A Sawka wszystko widział i milczał.
Aż raz powiedział słówko żonie... Naścia się zachmurzyła.
- Patrzajcie, jeszczem mu zła! - zawołała. Nie warteś dobrej żony, Sawka, kiedy
mnie posądzasz; drudzy mają gorsze milczą. Czego ty chcesz ode mnie? Albo to ja
z dobrej woli idę do dworu? albo ja za nimi gonię, jak ta, jak tamta? albo to
kto na mnie co powiada?
I Sawka milczał, wziął kosę ze ściany, chleb do sakwy, poszedł na łąkę. A Naścia
pobiegła do dworu.
- Ojciec przydał gościńca...
- Od ojca - odpowiedziała, a mówiąc zarumieniła się jak mak i odwróciła.
Sawka domyślił się wszystkiego i o więcej nie pytał. Zawrzało mu jednak w sercu,
zakipiało i chciał przynajmniej wiedzieć, komu wstyd był winien. Aamał głowę na
próżno, bo tylu się kręciło koło czarnobrewy, że ani się domyśleć, ani odgadnąć.
A ona dla wszystkich jednaka; jeden uśmiech, wejrzenie hardość, jedna na pozór
pogarda.
Sawka stał się smutny, zamyślony i powoli dom mu zbrzydł, odpadła ochota do
pracy; sąsiedzi coraz częściej wodzić zaczęli na wódkę. Co się miał pójść utopić
raz na zawsze, to się topił co dnia w karczmie. I na pozór stał się obojętny,
ukrywał swą zazdrość, utaił gniew, znowu całował żonę, nazywał ją swoją gołąbką,
udawał, że jej wierzy.
Naścia myślała, że on nic nie wie i nie widzi jak inni; albo że o nią nie dba
jak wielu o żony. I już myślą gnała swobodnie po szerokim świecie występku, już
roiła sobie spokój, wesele, dostatek w chacie. Biedna! Ona nic nie wiedziała,
tak jej migał świat piękniejszy przed oczyma.
Stary ojciec leżał na tym samym łożu, na którym skonała matka, leżał już dawno i
wyglądał śmierci... Sawkę popędzili z pszenicą do Buga, O południu ledwie
nasypane były worki i szereg furmanek wyruszył. Sawka obejrzał się na chatę, w
której samą jedną zostawił żonę, i ciężko westchnął. Stary ojciec leżał
bezwładny; kto wie, czy ona go dopilnuje, a on jej pewnie nie. Zdrowszy, stary
byłby spojrzał na Naścię i nie dozwolił jej bałamucić się, korzystając z
niebytności męża; chory wyjrzeć nawet za nią nie mógł. Nigdy nie było Sawce tak
ciężko rzucać domu, ojca i żony. Zaledwie ujechali do lasku, namyślił się i
powiedział sobie: "Dobrze by nie jechać". U lasku spotkał młodego Dmytra, który
wracał z furą drew do wsi.
- Słuchaj Dmytro - rzekł - jedz z moją chudobą do Buga, a ja tobie za to będę
przez ten czas młócić.
- I kwartę wódki postawisz? - spytał Dmytr.
- Zgoda, postawię - rzekł Sawka.
- Zgoda.
Dmytro stanął przy pszenicy, a Sawka powoli powrócił do wsi. Ale nie pokazał się
w swojej chacie, odwiózłszy drwa i złożywszy je na podwórku Dmytrowej chaty,
która stała w końcu sioła; poszedł do jego stodoły młócić i młócił do wieczora
póznego... Już dobrze pociemniało, kiedy z bijącym sercem (i im serce bić umie)
powlókł się ku swojej chacie.
Spojrzał... nie było światła w okienku i coś tylko bielało przed chatą... Szedł
nie postrzeżony dalej. Zbliżywszy się poznał Naścię, która oparta o słup wrót
podwórzowych rozmawiala z kimś wesoło.
Milcząc, tajemnie, podkradł się do nich Sawka, aż cichą usłyszał rozmowę
- Twego męża nie ma w domu...
- Nie ma - odpowiedziała Naścia - pojechał z Bogiem.
- Można dziś przyjść do ciebie?...
Naścia nic nie odpowiedziała.
- Zostaw drzwi otwarte...
Naścia milczała i kręciła koniec fartucha w ręku...
- Jak pierwsze kury zapieją, przyjdę do ciebie.
- Stary ojciec - szepnęła Naścia - śpi w komorze i nic słyszeć nie będzie...
- Przyjdzcie, przyjdzcie - cicho szepnęła kobieta - pamiętajcie...
Mężczyzna się oddalił... Sawka poznał w nim syna rządcy, który już środkiem
ulicy szybko biegł ku dworowi.
- Poczekaj paniczu - rzekł w duchu - będą tu tobie gody i tobie, poczciwa żono,
coś tylko wyglądała, żeby mnie w domu nie było! - To mówiąc przysiadł się pod
węgłem, wyłamał kija i bezprzytomny, z okiem wlepionym w miejsce, w którym
stracił z oczu uchodzącego gacha, siedział czekając piania kura.
Parę tych godzin wydały mu się rokiem, potniał... marzł, zgrzytał zębami, zrywał
się kilka razy i przysiadał znowu. Sto razy chciał lecieć i zbić Naścię, sto
razy wstrzymywał się, aby swą zemstę uczynić pełniejszą.
- Pozabijam! - rnówił w duchu - ,pozabijam ich oboje, a sam ucieknę!
Tak doczekał piania kura. Noc na wsi była głucha, milczenie uroczyste, wszystko
spało; po jednemu pogasły światła w okienkach, ustały śpiewy prządek na
wieczornicach - i dzwonek cerkiewny oznajmił przyjście warty. Czasami tylko
spokojność i milczenie przerywał szczek psów i dalekie wołanie stróżów przy
dworze.
Na ulicy posłyszał Sawka stąpanie ostrożne, ktoś się skradał ku chacie, drzwi
skrzypnęły... i cicho...
- Mam was w ręku - zawołał i pobiegł za wchodzącym... Już był w sieniach, a po
ciemku łatwo mu wkraść się do chaty. Przez pół otwarte drzwi się wcisnął i gdy
Naścia podbiegła pytając: Kto tu? - kładąc palec na ustach, gdy młody chłopiec
rzucił się ku niej i z nią razem w głąb izby - Sawka już dłużej wytrzymać nie
mogąc, zatrzasnął drzwi silnie i podparł je kołkiem.
- Ojcze, ojcze! - zawołał glośno - choćcie no, chodzcie! Zobaczycie, jakiego
ptaszka ułowiła synowa!
Krzyk dał się słyszeć w izbie... i młody poskoczył do okna...
- Nie wymkniecie się mi, nie bójcie! - zawołał Sawka nie wyleziecie oknem,
paniczu!
To mówiąc rzucił się na niego z kijem i pochwyciwszy za barki powalił na ziemię.
Naścia skoczyła ku drzwiom, ale drugą ręką stojący na przesmyku Sawka porwał ją
za włosy i powalił. Nogą przytłoczył chłopca, a ramieniem otoczył żonę i wołał
na ojca.
- Ojcze! chodzcie! ojcze... zobaczcie! - A głos mu trząsł i wrzał w piersiach.
Drzwi komory otwarły się, stary ojciec ukazał się na progu, on nie pojmował co
się stało.
- Kto tu? co to - wołał.
- To ja! - krzyczał Sawka - to ja.., a to Naścia i jeszcze ktoś trzeci, com go
tu złapał przy niej! Pomóżcie mi go związać, pomóżcie ostatkiem sił związać
złodzieja i tego szatana!
Stary ojciec zrozumiał wszystko i zwlókł się do syna...
- Trzymajcie Naścię - rzekł Sawka - ja młodemu dam rady! I ściągnąwszy z siebie
pas jął go nim krępowali. Chłopiec omdlały z przestrachu ani się bronił, ani
wyrywał, kobieta zachodziła się z płaczu.
- Rób, co chcesz, ze mną! - wołała do męża - bij, zabij, ja twoja... nie męcz [ Pobierz całość w formacie PDF ]