[ Pobierz całość w formacie PDF ]

dziesiątkę. Meg bez słowa wzięła piłkę i umieściła ją na
jedenastce.
Gdzieś z głębi rozległ się głos Lowriego:
- Dziękuję.
- Nie ma za co. Jeszcze za wcześnie na podziękowania -
łaskawie odpowiedziała Meg, robiąc osiem wielkich kroków
do tyłu. - Ta piłka jest twarda jak kamień.
Murt zbliżył się do linii bocznej z krótkofalówką wciąż
dyndającą przy udzie.
- Jedna uwaga.
- Super - powiedziała Meg, co miało znaczyć:  Daj mi
święty spokój .
- %7łeby trafić w piłkę - zaczął tłumaczyć Murt
nieświadomy niechęci, jaką wzbudzał w dziewczynce -
wyobrażałem sobie, że to czyjaś głowa. Głowa kogoś, kogo
nie za bardzo lubię.
Meg znieruchomiała. Tak, to była dobra rada. Piłka stanie
się głową. W dodatku od razu wiedziała, czyją.
Przygotowała się do strzału. Leżący przed nią przedmiot
nie był już niewinną, skórzaną kulą. Zmienił się w głowę
Franka. W dodatku gadającą:  Teraz to jest mój dom, moja
158
panno. Koniec z rozpieszczoną królewną i jej kaprysami. Od
dziś będziesz robić to, co ja ci każę i kiedy ci każę...
- Jesteś pewien? - spytała Meg, biorąc rozbieg.
 Możesz zapomnieć o tym, co było. Nie jestem twoim
służącym. Nie będę sprzątał twoich brudów. Zaczyna się
nowe życie, moja droga, całkiem nowe życie. Mamusia już
cię nie uratuje, dlatego że twoja ukochana mamusia...
- Zamknij się! - wrzasnęła Meg i kopnęła piłkę tak
mocno jak nigdy jeszcze niczego nie kopnęła. Ani za życia,
ani pózniej.
Głowa Franka wzbiła się w górę i poszybowała wysoko
ponad słupki bramki, prosto na siatkę oddzielającą trybuny
od boiska. Dopiero wtedy przestała być głową i jako piłka
spadła na ziemię.
Murt zgłupiał.
- Wszystko odwołuję - wykrztusił. - Harcerki nie
miałyby pana czego uczyć. To był niewiarygodny strzał! Nie
widziałem czegoś podobnego, od kiedy... no nie, po prostu
nigdy. Piłka omal nie rozerwała siatki. Myślałem, że przeleci
na drugą stronę.
Lowrie zamknięty we własnej czaszce wykonał
triumfalny taniec.
- Wiedziałem, że ci się uda! Wiedziałem! Co za uczucie.
Zupełnie, jakbym znów był chłopcem!
Na twarzy Meg albo raczej na twarzy, za którą teraz się
chowała, też pojawił się uśmiech.
159
- Ma pan rację - powiedziała, odtwarzając w pamięci
zdziwioną minę Franka. - Fantastyczne uczucie.
Murt odprowadził gościa do wyjścia.
- Nie będzie pan miał kłopotów z mojego powodu?
- Niby dlaczego? Nim pana stąd wyrzuciłem,
pozwoliłem panu kopnąć piłkę. I tyle. Nie ma o czym mówić.
Zresztą, i tak ja tu jestem szefem.
Meg skinęła głową.
- Dziękuję panu, Murt. Ten strzał dużo znaczył dla
Lowriego... to znaczy dla mnie. Tak, właśnie dla mnie.
- Drobiazg. Walczące Teriery mogą zawsze na mnie
liczyć.
I nim Meg zdążyła zareagować, Murt pochwycił dłoń
Lowriego i zaczął nią niemiłosiernie potrząsać. Na skutek
tego Meg częściowo przeniknęła do ciała Murta. Z
największym trudem zdołała się wycofać na poprzednie
pozycje.
Murt cofnął rękę, przyglądając się ze zdziwieniem
własnym palcom.
- Hm - mruknął. - Dziwne...
- Co takiego?
- Nie, nic. Zdawało mi się... Zresztą nieważne.
- W takim razie żegnaj, Murt. I nie zapomnij pozdrowić
brata.
- Będę pamiętał. Mogę jeszcze o coś zapytać?
- Wal, chłopie.
- Ta dziewczyna, no - ta olimpijska wokalistka...
160
- Tak?
- Jest pan pewien, że nie jest pan z nią spokrewniony?
- Z całą pewnością nie.
Murt zmarszczył czoło.
- Bo mam takie wrażenie... jakbym w pana twarzy
widział jej rysy. - Zaśmiał się nerwowo. - Chyba coś mi
odbiło.
Meg i Lowrie roześmiali się, może o decybel za głośno.
- Oj, chyba tak, Murt. Chyba tak.
Ochroniarz zamknął za nimi bramkę i znów znalezli się
na ulicy. Gdy tylko Murt zniknął w ciemności, Meg
wyswobodziła się ze swojej kryjówki.
- Ajajaj! Moja noga! - narzekał Lowrie. - Rzeczywiście
przyłożyłaś się do tego strzału.
- Mhm - mruknęła Meg smętnie.
- Hej? - krzyknął Lowrie. - A tobie co dolega? Mamy
już za sobą dwie pozycje. Jesteśmy w połowie drogi.
Meg usiadła na murku, bardziej z przyzwyczajenia niż z
potrzeby odpoczynku.
- Chodzi o Murta. Wiem, dlaczego mnie widział.
- Dlaczego?
- Kiedy złapał mnie za rękę, zdążyłam się w nim trochę
rozejrzeć. Całkiem przypadkiem. Nie myśl, że jestem taka
wścibska.
- Czyżby?
- Chodzi o jego siłę życiową. Jego energię czy jak tam
to się nazywa.
161
- No i co z nią?
- Nie ma jej. Zużyła się.
- Umiera?
- Kiedy miałyśmy jeszcze samochód, mama mówiła
czasami, że silnik pracuje na oparach benzyny, bo wszystko
zostało zużyte do ostatniej kropli. Coś takiego dzieje się z
Murtem. Bardziej jest już duchem niż człowiekiem z krwi i
kości. Dlatego mnie widział. Jesteśmy tacy sami. Prawie.
- Można coś na to poradzić?
Meg pokręciła głową.
- Niestety. To wykracza poza moje możliwości. Na [ Pobierz całość w formacie PDF ]