[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Bo widziałam, że do mnie!
W Agnieszce zalęgły się wątpliwości Czy taka dynamiczna osoba naprawdę
potrzebuje opieki?
Trudno. Przyszła tu celem dokonania dobrego uczynku dla ludzkości i nie powinna się
zniechęcać na pierwszej przeszkodzie. Nawet jeśli przeszkodą jest, jakby to powiedzieć,
przedmiot tego dobrego uczynku. Przedmiot, czy podmiot, na Boga?
Przeszkoda wciąż wlepiała w nią przenikliwe oczka, tak wypłowiałe, że prawie bez
koloru. Sapała przy tym niemiłosiernie, z a jej zapadniętej piersi wydobywały się świsty o
wysokiej częstotliwości.
Te świsty dodały Agnieszce motywacji.
- Nazywam się Agnieszka Borowska, mieszkam dwie bramy dalej. Kupujemy w tym
samym sklepie, u pani Kaliskiej...
- Gdybym miała tyle siły, żeby dojść do Lidla albo Biedronki, to bym u niej nie
kupowała - sarknęła pani Róża. - Drogo u niej, a ja muszę żyć z renty. - Obrzuciła elegancką
Agnieszkę potępiającym spojrzeniem. - Pani i tak nie wie, o czym mówię. Pani nie wygląda
na taką, co by musiała kupować w Biedronce. No i co z tą Kaliską?
- Rozmawiałyśmy z panią Kaliską na różne tematy i zgadało się, że pani potrzebuje
pomocy - powiedziała mężnie Agnieszka. - Przyszłam, żeby pani tę pomoc zaproponować.
Wybujała pani Chrzanowska pokonała ostatni stopień i zaświszczała straszliwie. Jej
pomarszczone, chude oblicze pokryło się plackowatym rumieńcem. Agnieszka prawidłowo
zdiagnozowała go jako rumieniec wściekłości.
- Pomoc? Jaką pomoc? Mnie pomoc? A kto panią prosił? Kto prosił tę wścibską
sklepikarę?
- Ale... sama pani mówiła, że czeka pani na opiekę... zrozumiałam, że na pomoc z
opieki społecznej...
- Społecznej! Nikt pani nie prosił, żeby tu przychodziła i pakowała nos w nieswoje
sprawy! Nikt pani do tego nie upoważnił! Niech się pani jak najszybciej wynosi stąd i żeby
moje oko już nigdy pani tutaj nie widziało! Coś podobnego! Czy ja jestem taka kompletnie
niedołężna starucha, żeby na mnie nasyłać jakieś charytatywne paniusie?! Niech ja spotkam tę
Kaliską, dam jej do wiwatu! Będzie ona musiała odpowiedzieć na kilka pytań! No już, czego
pani tu jeszcze sterczy? Do widzenia! %7łegnam! Już jej tu nie ma!
Tu panią Różę Chrzanowską zatchnęło ostatecznie, poprzestała więc na wykonywaniu
dramatycznych gestów i wydawaniu wściekłych świstów z samej głębi trzewi. Mniej więcej
od połowy obelżywej tyrady, stosunek Agnieszki do awanturniczej damy zaczął się zmieniać,
a pod koniec monologu był już zgoła życzliwy. Starucha imponowała. Miała temperament,
honor mołojecki i nawet pewien rodzaj wdzięku. Dobrze by jednak było, żeby nie dostała
jakiegoś ataku, podobno jej serce szwankuje...
- Ależ znikam - powiedziała Agnieszka najuprzejmiej jak potrafiła. - Skoro pani sobie
nie życzy... Tylko... może pani pozwoli, zostawię wizytówkę, gdyby pani zmieniła zdanie,
chętnie przyjdę, porozmawiamy...
- Nie mamy o czym rozmawiać - wychrypiała pani Róża i trzęsącymi się nieco rękami
otworzyła trzy zamki broniące dostępu do mieszkania. - Niedoczekanie - dodała, znikając za
drzwiami i trzaskając nimi potężnie. Prawdopodobnie zużyła na to resztę sił i w zaciszu
mieszkania, nie obserwowana przez intruza, padła jak ścięta lilia.
Agnieszka, nie wiadomo czemu do końca rozbrojona, wyjęła z torebki wizytówkę i
zatknęła ją za mosiężną tabliczkę na drzwiach. Może babcia się zreformuje i zadzwoni.
Babcia?
Babcia to ktoś ciepły, miły, słodki. Samo słowo  babcia przytula człowieka do serca.
Pani Róża Chrzanowska budziła w Agnieszce - historyczce skojarzenia z carycą Katarzyną
Drugą. Względnie z wiedzmą, w chwilach wolnych dosiadającą szczególnie potężnej miotły.
Podśmiewając się pod nosem, Agnieszka wykonała w tył zwrot. Miała dosyć zajęcia
na wieczór, żeby się nie przejmować porażką w pojedynku z carycą Katarzyną. Powinna
jeszcze dopieścić kota Rambusia, dopracować sylwetkę doktora Jędrzeja Pawełki i
doprecyzować stanowisko dyrekcji liceum wobec kolejnych dziwnych sugestii kuratorium,
dostarczonych dziś rano faksem dyrektorom liceów, a dotyczących zbliżających się matur.
Dopieścić, dopracować, doprecyzować, dostarczonych i dotyczących!
%7łycie jest do... skonałe.
Doprawdy.
*
Alina wiedziała wprawdzie mniej więcej, czego chce, nie miała jednak pojęcia, od
czego zacząć. Pójść tak po prostu do szpitala, na jakiś oddział dziecięcy, zgłosić się do
ordynatora... i co mu powiedzieć?
Od ostatniego spotkania Klubu w piwnicy jazzmanów minął tydzień, a ona wciąż była
na mało twórczym etapie zastanawiania się. Rozwiązanie problemu przyszło samo - jedna z
bankowych koleżanek, niejaka Małgosia Piernik, urodziła trojaczki (w ciąży była okropnie
gruba, ale spodziewała się góra blizniąt!) i odeszła na bliżej nieokreślony czas, potrzebny do
odchowania licznego potomstwa. Kilku jej klientów przejęła Alina. I oto jeden z nich okazał
się lekarzem, ordynatorem oddziału onkologii dziecięcej w klinice.
Nie wyglądał na to wcale. Wyglądał na gwiazdora, importowanego do naszego kraju
prościuteńko z Hollywood. Miał blond czuprynę, najbielsze i najrówniejsze zęby na świecie, i
góra trzydzieści pięć lat. Na widok. Jego pesel mówił co innego, facet zbliżał się do
pięćdziesiątki. Alina miała szaloną ochotę zadać mu bezczelne pytanie, co go tak rewelacyjnie
konserwuje, powstrzymała się jednak jako urzędniczka doskonała. Klient to klient. Ważne,
żeby miał konto - najlepiej tłuste i stabilne.
Doktor Orzechowski miał takowe. Zjawił się w banku, żeby się zorientować w swoich
możliwościach kredytowych. Wyjaśnił Alinie, że poważnie myśli o założeniu małej prywatnej
kliniki... razem z kilkoma kolegami.
Mina obejrzała sobie uważnie to jego konto i poinformowała go, że po pierwsze,
prawie dałby radę bez kredytu, po drugie, dostanie kredyt dowolnie potężny, więc jeśli ci jego
koledzy mają podobne, to mogą już szukać architektów i budowlańców do zbudowania tej
kliniczki oraz dekoratorów wnętrz do jej przyozdobienia wazami z epoki Ming.
Przy okazji przez moment zastanowiła się, jak to jest, że lekarze masowo uciekają z
kraju za chlebem, a wygląda na to, że i u nas można zarobić...
Imponujący pan doktor już zaczynał błyskać pożegnalne swoim reklamowym
uzębieniem, kiedy Mina zdecydowała się poprosić go o radę.
- Chwileczkę, panie doktorze, czy mogę pana jeszcze zatrzymać na moment? Ale to
już prywatnie...
Doktor Orzechowski nie widział przeciwwskazań, ale uśmiech mu nieco zwiądł. [ Pobierz całość w formacie PDF ]