[ Pobierz całość w formacie PDF ]

- Twój tata i ja...
- To mój własny dziennik rocznicowy! Naprawdę, mamo? Zawsze tak mi się podobało, że pi-
szecie do siebie na rocznice ślubu.
Staram się nie płakać. Okazuje się, że ona wszystko dostrzegała, dobre rzeczy też. Przez te
wszystkie lata dokładnie obserwowaliśmy Ettę, a ona przez cały czas obserwowała nas. Może jest go-
towa napisać własną historię. - Kupiłam grubszy, bo wychodzisz za mąż tak młodo - żartuję. - Nam
wystarczy cieńszy, bo pobraliśmy się w pózniejszym etapie życia. - Zmiejemy się razem.
- I jeszcze coś. Nie bój się mieć dzieci. Straciliśmy Joego, ale to było niezależne od nas. Wciąż
nie rozumiem dlaczego, ale nawet gdybym wiedziała, nie oddałabym ani jednego dnia z tego czasu
spędzonego z nim.
- Ja też - mówi Etta cicho.
- Postaraj się nie podejmować żadnej decyzji ze strachu. Rób to, co podpowiada uczucie, a nig-
dy nie zbłądzisz.
Etta i ja długo siedzimy przytulone. Rodzicielstwo, najmniej stałe zajęcie na świecie, właśnie
się dla nas skończyło, a dzisiaj wieczorem zaczęliśmy nową historię. Następny rozdział powinien być
majstersztykiem.
Dzień ślubu Etty i Stefana, 3 września 1998 roku, to najpiękniejszy dzień, jaki przeżyłam. Ka-
mienie brukowe na Via Scalina w drodze do kaplicy Zwiętej Chiary mienią się w słońcu. Na błękitnym
niebie nie ma najmniejszej chmurki, a powietrze jest na tyle chłodne, że mogę owinąć ramiona metra-
mi srebrnej tafty jak hrabina. Mój mąż wygląda niezwykle przystojnie w granatowym prążkowanym
garniturze o włoskim kroju, z czerwoną chusteczką. Nie mówiliśmy ani słowa, przygotowując się rano.
Całował mnie tylko przy każdej okazji.
Zia Meoli i Zio Pietro siedzą w pierwszej ławce w kaplicy. Zanim zacznie się ceremonia,
wchodzę schodami na mały chór i modlę się pod witrażem Matki Boskiej, przed wielu laty zaprojek-
towanym i wykonanym przez mojego prapradziadka. Przyzywam moją mamę i Ave Marię Albricci,
która się nią zaopiekowała, kiedy mama była sama i nosiła mnie pod sercem, żeby czuwały nad moją
córką. Jack wchodzi po schodach. Już czas zacząć uroczystość.
Don Andrea, ksiądz, który udzielił ślubu Jackowi i mnie, stoi przy ołtarzu. Alpejskie powietrze
mu służy; wydaje się równie krzepki jak wtedy. Etta poprosiła swojego tatę i mnie, żebyśmy odprowa-
R
L
T
dzili ją do ołtarza. Przed nami idzie córka Federiki, Giuliana, w różowej tiulowej sukience i z bukieci-
kiem szarotek, a za nami Chiara w prostej popielatej sukience z bukszpanowym wianuszkiem.
Giacomina pełni rolę starościny wesela w orszaku panny młodej, a Papa jest drużbą. Stefano, w
czarnym garniturze w stylu edwardiańskim z bladoniebieskim krawatem, ani na chwilę nie odrywa
wzroku od mojej córki. Docieramy na miejsce, całuję swoją dziewczynkę i odsuwam się. Mój mąż ca-
łuje ją i tuli bardzo, bardzo długo. Tylko ja wiem, co to dla nich znaczy. Od chwili narodzin czuła się
rozumiana, słuchana i pielęgnowana przez ojca. Zawsze byli najlepszymi przyjaciółmi, a ja mam
wielką pociechę z tego, że ona dostała w życiu to, czego ja nie zaznałam.
Bałam się, że będę płakać na uroczystości, ale nie. Słucham uważnie nauk, które ksiądz daje Et-
cie i mojemu zięciowi. Mówi im, że w małżeństwie najważniejsza jest miłość, ale przebaczenie po-
zwala związkowi trwać. Jack bierze mnie w tym momencie za rękę. I on, i ja wiemy z doświadczenia,
jak prawdziwe są te słowa.
- Czyż ona nie jest piękna? - szepcze do mnie mąż. Kiwam głową. I to prawda, przez całe swoje
życie nie widziałam kobiety tak urodziwej. Długie brązowe włosy Etty są nisko upięte w kok i ozdo-
bione maleńkimi bukiecikami szarotek. Jest wysoka i smukła, niemal tego wzrostu, co mąż, a kiedy
stoją obok siebie, wydaje się, że jest mu równa. Ma oczy w tym samym głęboko zielonym kolorze, co
jej babcia MacChesney, szkockie piegi wyglądające spod pudru i różane usta, w których widać zdecy-
dowanie.
Theodore wie, o czym myślę. Sięga nad oparciem ławki i bierze mnie za rękę. Odwracam się i
uśmiecham do niego. Kilka rzędów za Theodore'em siedzi Pete Rutledge i uśmiecha się do mnie. Tu-
taj, pod tym dachem, zebrali się najważniejsi mężczyzni w moim życiu, którzy mnie kochają, akceptu-
ją i którzy mnie zmienili. Jaki los nas tu zebrał? Jaka dziwna karma? Skąd to wrażenie, że już wszyscy
tu kiedyś byliśmy, w tej kaplicy pachnącej kadzidłem i białymi liliami? Aączą nas nie tylko więzy
krwi, ale także jakaś siła, spychająca nas w jedno miejsce z powodów, których nigdy nie zrozumiemy.
Czy moja mama musiała zostawić te góry dla gór południowo-zachodniej Wirginii po to, żebym mogła
znalezć Jacka MacChesneya? I dlaczego moja córka wróciła dokładnie w to samo miejsce, gdzie uro-
dził się jej dziadek, i tu znalazła prawdziwą miłość? Chce mi się śmiać, ale powstrzymuję się. My, ko-
biety z rodziny Vilminore, zawsze mamy daleko do domu.
Wszystkie łzy zostawiłam na lot powrotny. Jack próbuje drzemać. Budzi się co pewien czas
tylko po to, żeby zobaczyć, czy już wyschłam - ale jeszcze nie. Etta i Stefano wyjechali do Rimini w
podróż poślubną, a ja przez kilka sekund miałam nieodpartą chęć wskoczyć za nimi do samochodu.
Jack mnie powstrzymał, a może pohamował także własny odruch. Przez ostatnie osiemnaście lat spę-
dziliśmy tyle czasu na rozmowach o Etcie. Dziwne więc, że przez ten tydzień ledwie się do siebie od-
zywaliśmy. W noc poprzedzającą ślub poszliśmy spać, zamiast wszystko omówić, następnego ranka
R
L
T
przy śniadaniu nie analizowaliśmy niczego i milczeliśmy w drodze do kościoła. To cały mój mąż: kie-
dy dzieje się coś naprawdę ważnego, nie mówi ani słowa. [ Pobierz całość w formacie PDF ]