[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Obecność "Victorii" wywołała wielkie wrażenie wśród mieszkańców. Niebawem zauważyli
podróżni, iż gromadzą się wojska gubernatora celem zwalczenia wspólnego nieprzyjaciela.
Gubernator, otoczony swym dworem, nagle zalecił milczenie i przemówił do podróżnych w narzeczu
arabskim Baghirmi.
Z mowy tej doktór nie wiele zrozumiał, z oddzielnych słów jednak pojął, że żądano, aby się oddalili.
%7łądaniu temu chętnie by Fergusson zadośćuczynił, ale przeszkadzał temu brak wiatru.
Nieruchomość balonu zaczęła gniewać gubernatora, a jego dworzanie przerazliwie krzyczeli, chcąc
tym zmusić zjawisko do ucieczki.
Ponieważ krzyk na nic się nie przydał, żołnierze ustawili się w pogotowiu wojennym i chcieli
zaatakować balon, w tej jednak chwili powiał wiatr i "Victoria" spokojnie się uniosła.
Gubernator pochwycił strzelbę i skierował ją na balon, ale Kennedy, obserwując jego ruchy,
zmiażdżył kulą swego karabinu broń, trzymaną przez gubernatora. Podczas tego nieoczekiwanego
wypadku powstała ogólna ucieczka i miasto przez resztę dnia świeciło pustkami.
Zbliżała się noc, znów nastąpiła cisza w powietrzu i musiano zawisnąć w przestrzeni na wysokości
300 stóp od ziemi. Panował grobowy spokój. Doktór podwoił czujność, gdyż cisza mogła być tylko
pozorną, ukrywając jakąś zasadzkę.
Fergusson miał powody być ostrożnym. Około godziny 12-tej zdawało się, iż całe miasto stoi w
płomieniach.
- Zadziwiające zjawisko - sądził doktór.
- Boże, opiekuj się nami! - zawołał Kennedy - ogień wznosi się, aby nas dosięgnąć.
W istocie masa płomieni wśród hałasu, wściekłych objawów gniewu i huku wystrzałów wznosiła się
ku "Victorii".
Doktór niebawem znalazł wytłumaczenie tego zjawiska.
Przyczepiono do skrzydeł gołębi łatwo zapalny materiał i puszczono ptaki w kierunku balonu.
Przestraszone gołębie pofrunęły, rzucając w różne strony snopy płomieni. Kennedy strzelał do
ptaków, ale na nic się to zdało wobec takiej masy. Ptaki już otaczały łódz i balon...
Doktór wyrzucił z łodzi kawał kruszcu i usunął się jak można najprędzej przed atakiem
niebezpiecznych ptaków. Jeszcze przez parę godzin widziano, jak gołębie fruwały w różnych
kierunkach, pózniej zmniejszyła się ich liczba i na koniec zupełnie znikła.
- Teraz - rzekł doktór - możemy spać spokojnie.
ROZDZIAA XXX
O godzinie 3-ciej z rana zauważył Joe, trzymający straż, jak znikało pod nimi miasto i że
"Victoria" podjęła swą podróż. Doktór i Kennedy przebudzili się.
Fergusson spojrzał zaraz na kompas i stwierdził z zadowoleniem, że wiatr unosił balon w kierunku
północnym i północno-wschodnim.
- Mamy dziś szczęście, wszystko nam sprzyja, być może, iż jeszcze odkryjemy jezioro Tschad.
- Czy jest ono bardzo długie? - pytał Kennedy.
- Ciągnie się na przestrzeni 120 mil.
- Będzie to zajmujące wznosić się ponad tym dywanem wodnym, urozmaici to nie mało naszą podróż.
- Zdaje mi się, że nie powinniśmy narzekać na brak urozmaiceń.
- W samej rzeczy, wyjąwszy braku wody w pustyni, nie groziło nam dotąd żadne poważne
niebezpieczeństwo. Nasza odważna "Victoria" wybornie się zachowuje. Dziś mamy 12 maja, a 18
kwietnia wyruszyliśmy, jesteśmy zatem w drodze 25 dni. Jeszcze około 10 dni, a osiągniemy cel.
- Dokąd przybędziemy?
- Nie wiem i mało mi na tym zależy.
- Masz słuszność, pozostawmy Opatrzności starania, dotyczące kierowania balonem i opiekę nad
nami.
Podróżni posuwali się prostą drogą biegiem Shari; cudowne brzegi tej rzeki nikły w cieniu
rozmaitych drzew; mknęli przez bogaty w bujną roślinność okręg Maffatay i dosięgli nareszcie
południowego brzegu jeziora Tschad. To było zatem Morze Kaspijskie Afryki, o którego istnieniu tak
długo wątpiono, to międzymorze, dokąd dotarły tylko wyprawy Denhama i Bartha.
Doktór starał się zbadać obecne ukształtowanie jeziora, które różniło się od zaobserwowanego w
roku 1847, ale wyrysować kartę jeziora Tschad jest niemożliwym ze względu na grząskie, [ Pobierz całość w formacie PDF ]