[ Pobierz całość w formacie PDF ]

zmianę pilnowały dzieci albo nawet czasem razem wychodziły gdzieś wieczorem.
Jeremy wydawał się naprawdę szczęśliwy w swojej nowej pracy, pomimo wielu godzin,
które musiał w niej spędzać, i czasem jej brutalności. Ta praca to było jego
marzenie i Caroline też do niej przywykła.
- Mamo, mamo, telaz tatuś!
Maddy wpadła, cała umazana czekoladą. Z buzi wystawał jej język, a znajdował się
dokładnie w dziurze, w której powinny być dwa górne zęby. To sprawiało, że jej
angielszczyzna stała się nieco sepleniąca.
Patrick wpatrywał się w nią spod swojej butelki, wyczuwając, że czas ciszy się
skończył.
- Caroline! - rozległ się czyjś krzyk. Wpadła Priscilla Devroux z Wołowiną
Juniorem uwieszonym u jej rozłożystych bioder. - Twój mąż myśli sobie, że
zakasuje wszystkich innych chłopaków. Nawet nie pójdziesz, żeby popatrzeć?
Taka myśl nawet nie przyszła jej do głowy, ale ponieważ wszystkie inne żony
spoglądały na nią nie miała zbytniego wyboru. %7łony operatorów z HRT wspierały
swoich mężów. Caroline znała tę zasadę jak przysięgę małżeńską.
- No już, kochanie - powiedziała Melissa Tovar. Wyciągnęła ręce, aby wziąć
Patricka. - Idz i kibicuj mu.
ZANIM PIELGNIARKA DEBBIE po godzinie i dziesięciu minutach ponownie przyszła
do
poczekalni, sześć obecnych tam osób
36
zaczęło się denerwować. Siedzieli w bieliznie, nie mieli laptopów ani telefonów
komórkowych. Mężczyzna w stringach osunął się na krzesło, narzuciwszy na ramiona
marynarkę, już kompletnie nie zażenowany. Jedyna pośród nich kobieta siedziała
na końcu rzędu, mając na sobie biustonosz z falbankami i majteczki włoskiej
firmy. Nie zwracała uwagi na spojrzenia.
- Okay, słuchajcie - powiedziała pielęgniarka, wychylając się przez wpołotwarte
drzwi. - Strasznie mi przykro, ale doktor Hernandez właśnie został pilnie
wezwany do szpitala. Obawiam się, że musimy przepisać państwa na jakiś
pózniejszy termin w tym tygodniu.
Chrząknięcia i głębokie westchnienia poinformowały ją o wszystkim, co chciała
wiedzieć o ich odczuciach. Ci ludzie stracili na próżno czas, a na dodatek byli
w bieliznie.
- Wychodząc, proszę zgłosić się do recepcjonistki. Zapiszę państwa. -Z tymi
słowy Debbie odwróciła się i zniknęła gdzieś za drzwiami.
- Chyba robicie sobie jaja! - wykrzyknął facet w czerwonych stringach. Wstał,
podniósł swoje ubranie z podłogi i wskoczył w spodnie. - Siedzimy tutaj cały
ranek z powodu jakiegoś głupiego badania, a jesteśmy traktowani niczym grupka
stażystów. Nie mam czasu na takie gówno.
- Co oni sobie myślą, że kim są? - rzucił pytanie w przestrzeń inny mężczyzna.
Reszta ubierała się w ciszy, jakby był to kolejny dzień w biurze. Kiedy już byli
gotowi wyjść, drzwi znowu się otworzyły i weszła pielęgniarka z notatnikiem.
- Nie jest moją intencją utrudniać państwu życie - powiedziała -ale właśnie
znalezliśmy innego lekarza, który zbada państwa. Więc jeśli moglibyście znowu
rozebrać się, proszę.
- Mnie już tu nie ma - oświadczył facet w czerwonych stringach. Inny biznesmen
wyszedł za nim. Reszta w ciszy zdjęła ubranie, tak jak im kazano.
- Myślałem, że już mam takie numery za sobą, gdy opuściłem marynarkę wojenną-
odezwał się po chwili jeden z mężczyzn. Nie wyglądał na zdenerwowanego, po
prostu chciał nawiązać rozmowę.
Adwokat, Latynos siedzący obok niego, wyciągnął rękę i uśmiechnął się.
- Joel Garcia. Z Nowego Jorku - powiedział. - Jest pan tu w związku ze sprawą
Quantis?
Facet z marynarki skinął głową.
- Fred Hastings. Biuro w Portland.
37
- Mark Den Ouden - odezwał się trzeci mężczyzna. - Kieruję spółką-córką w
Bangkoku.
Wysoka, wysportowana kobieta o urodzie zdradzającej jej bliskowschodnie
pochodzenie, siedziała trzymając kolana razem, a ręce starannie złożyła na
kolanach. Jej równo opalone, zadbane ciało niemal lśniło na styku z kosztowną
bielizną, sprawiając, że trudno było na nią nie patrzeć.
Ta kobieta mogłaby się przedstawić jako Sirad Malneaux, wiceprzewodnicząca IT
oddziału w Atlancie. Mogłaby się chełpić swoim pojawieniem się niczym meteoryt
na korporacyjnej drabinie kariery lub wspomnieć, że prezes z Nowego Jorku
dzwonił osobiście, aby namówić ją na objęcie tego nowego stanowiska. Ale tego
nie zrobiła. Ta cicha, piękna kobieta siedząca na końcu rzędu patrzyła prosto
przed siebie i nie powiedziała ani słowa.
"
JEREMY ZACZEKAA, aż operatorzy-weterani spróbowali szczęścia, i wówczas podszedł
do linii. Wszyscy tłoczyli się dokoła niego, a Quinny położył mu rękę na
ramieniu i nastawił stoper. Fritz Lottspeich oraz reszta klasy Jeremy'ego z
Akademii Treningowej stała w odległości trzech stóp, dodając mu na różny sposób
odwagi. Było wiadomo, że Jeremy ma jedyną i ostatnią szansę pokonania Wołowiny,
który co prawda nie wypił piwa, ale był jedynym, który dotarł do hula-hop i
zrobił pompkę. Jak dotąd było to największe osiągnięcie, na jakie ktokolwiek się
zdobył.
- Jesteś gotów? - spytał Quinny. Jeremy pochylił się w przód, przenosząc ciężar
na lewą nogę, wyciągnął ręce do przodu i skupił uwagę na białym krześle.
- Na miejsca... gotów...
- Hooo - cha! - wrzasnął Lottspeich, zarabiając więcej niż parę groznych
spojrzeń. %7łółtodzioby musiały trzymać gębę na kłódkę.
- Start! - wrzasnął Quinny.
Jeremy wystartował z linii granicznej i szybko parł do przodu, biegnąc truchtem
w kierunku koła, rozpędzając się jak skoczek w dal szukający dobrego odbicia. [ Pobierz całość w formacie PDF ]