[ Pobierz całość w formacie PDF ]

wolny chód  leniwy, zmysłowy, przyprawiający ją o dreszcze. Wspaniały niedzwiedz
świadomy ka\dego swojego kroku.
Za szczyt mody w ich szkolnych czasach uchodziły umiejętnie wytarte i postrzępione
d\insy. Rex nosił wtedy czarne spodnie: bardzo dopasowane, z mosię\nymi nitami, do tego
sznurowane buty na grubych podeszwach. Niby nie szpan, a jednak... Było w nim coś takiego,
\e dziewczyny traciły rozum. Niejedna zapomniałaby o maturze, przestrogach rodziców,
zrzekłaby się kieszonkowego, byle tylko choć raz potrzymać rękę na jego twardych,
kształtnych pośladkach.
Kobieto, powinnaś leczyć swoją chorą, zepsutą wyobraznię!
 Przypuszczam, \e skrzywiłabyś się na wspólny pokój?  Rex wło\ył kluczyk do
stacyjki.
Carrie starała się normalnie, głęboko oddychać, ale przychodziło jej to z trudem. Na
pewno \artował. A jeśli nie? Jak by się zachowała, gdyby oświadczył, \e jest tylko jeden
wolny pokój...
 Nie zapomnij, \e obiecałeś mi po\yczyć pastę do zębów.
Czy\by ten cienki, piskliwy głosik nale\ał do dziewczyny, która w polu potrafi śpiewem
zagłuszyć huk kombajnu?
 Chcesz coś do spania?
 Hmm, gdybyś po\yczył mi górę od pi\amy... i mo\e przypadkiem znalazł aspirynę.
 Tylko tyle?  Zatrzymał się przed ostatnim z siedmiu identycznych pawilonów,
wyłączył silnik i ze schowka na rękawiczki wyjął małe pudełko.  Mógłbym natrzeć ci
skronie.
 Nie, dzięki.
Jak to dobrze, pomyślała, \e w pulsującym zielonym świetle neonu nie widzieli swoich
twarzy.
 Pasta do zębów, pi\ama i aspiryna... ho, ho! Jak na zakończenie takiego dnia ^ pełnia
szczęścia! O której się umawiamy? O piątej, czwartej?
Zamiast odpowiedzieć, Rex wysiadł energicznie, podbiegł do właściwych drzwi i
przywołał ją skinieniem ręki. Carrie wyskoczyła za nim i, trochę zmoczona, wbiegła do
środka.
 Obawiam się, \e nie jest tu ani elegancko, ani przytulnie, ale podobno w promieniu
trzydziestu kilometrów niczego lepszego nie znajdziemy. Recepcjonistka ręczy za to głową.
 Nie musisz się tłumaczyć. Przynajmniej jest sucho.
 Poczekaj, skoczę po swoją torbę.
 Nie masz chyba zamiaru...  zaczęła, ale Rexa ju\ nie było.
Wrócił po chwili, ociekając wodą. Odgarnął z czoła ciemne włosy, postawił na krześle
neseser i, odwrócony plecami do Carrie, sprawdzał jego zawartość.
A gdyby  puściła wodze wyobrazni  naprawdę nie było innego wolnego pokoju? Gdyby
musieli spać w jednym? Czy on... ? Czy potrafiłaby... ?
 śadnej pi\amy, przykro mi.  Cisnął w nią bawełnianym podkoszulkiem.  Na noc
wystarczy ci to. Powieś mokre ciuchy koło wentylatora; do rana powinny wyschnąć.
Nie, odpowiedziała sobie na własne pytanie. Nie potrafiłaby. Nie wytrzymałaby, gdyby
zostawił ją po raz drugi, dygoczącą z rozkoszy, za to z suchymi ciuchami i mo\e znów w
cią\y. Jak ktoś ma szczęście... Gdyby historia się powtórzyła, umarłaby z rozpaczy. Nie
zagrałaby tym razem  dzielnej małej Carrie .
 Mam nadzieję  mruknęła pod nosem, kiedy Rex grzebał w saszetce z przyborami
toaletowymi  \e te dzieciaki nie wpadły w jakieś powa\ne tarapaty.
Wyjął tubkę jej ulubionej pasty do zębów, a ona uśmiechnęła się mimowolnie: miętowy
 Colgate  przynajmniej to ich jeszcze łączyło.
Rex zapiął torbę, ale wyraznie nie spieszyło mu się do wyjścia. Ona dr\ała jak liść,
nerwowo zaciskała palce, a on nieporadnie udawał spokojnego faceta.
 Przyznasz, \e sytuacja, cały ten zbieg okoliczności... jakby wiódł nas na pokuszenie.
Carrie wpatrywała się w czubki swoich zniszczonych butów, a gdy raz, niechcący,
zerknęła na łó\ko  odwróciła się gwałtownie, jakby zobaczyła tam co najmniej diabła.
Napięcie rosło, a ona przestępowała z nogi na nogę. Wystarczyłoby jedno jej słowo.
 Mieliśmy zadzwonić do tego Mimosa coś tam  odezwał się Rex.   Spróbuję, jeśli
pozwolisz.
 Terrace. Mimosa Terrace.  Carrie nerwowym, bezmyślnym ruchem rozciągała jego [ Pobierz całość w formacie PDF ]