[ Pobierz całość w formacie PDF ]

kolację, aż ojciec pyta: -- Co się dzieje, Dick? Co się stało, zle się czujesz?
Bo naprawdę, czy kiedy Dick nie miał apetytu albo dostrzegał coś szczególnego w majowym wieczorze?
Znowu (zaraz w piątek) Dick śpieszy do samołówek nad Rów Stotta. Znowu pojawia się tamta istota, niby
jakaś wywołana zjawa, na drugim brzegu. Znowu rzeka milcząco płynie między nimi, przywołując niedolę Hero
i Leandra. Istota znów prosi swoim panieńskim, niosącym się po wodzie głosem, żeby jej dać węgorza. Tym
razem przyniosła coś ze sobą. Wiadro. Wiadro do udoju (w które przedtem, nim karcąca ręka Harolda Metcalfa
trzepnęła jej własną za zniżanie się do tak niegodnych zajęć, Mary usiłowała wycisnąć pieniące się mleko z
ojcowskich fryzyjek).
Teraz najwyrazniej przyszła w interesie. Przyszła po swego węgorza. Ponieważ przyniosła z sobą coś, w
czym może go zabrać do domu...
-- O ten -- mówi Mary -p^ten jest ładny. -- A Dick, jak gamoniowaty sprzedawca ryb, podnosi sztukę po
sztuce ze swego worka.
--. Ch-chcesz?
-- Tak, proszę cię, jeżeli można. Proszę.
Chociaż, jak podać węgorza przez rzekę? Bo z pewnością ostatnią rzeczą, jakiej można od niego oczekiwać,
to żeby przepłynął na drugą stronę i sam siebie dostarczył. Dick, z prezentem w ręku, patrzy na Mary. Ale Mary
ma gotową odpowiedz. Liczyła na to. Stawia wiadro na ziemi. Usadawia się w swojej pozycji z kolanami pod
brodą.
-- Możesz przypłynąć. Widziałam już, jak pływasz.
I --- jeśli nawet rzeczywiście zapadło się całkowicie w Letę Dickowego umysłu -- teraz powraca, wynurza się
na powierzchnię w całej okazałości i ostrości owo wspomnienie, które zakłóca i mąci, podsyca i rozjątrza tamto
wspaniałe uczucie. Inny węgorz, znajdujący się w intymnej bliskości...
Co najmniej sześć razy chmara majowych muszek przelatuje nisko nad wodą, co najmniej tuzin jaskółek
buja nad powierzchnią Leemu jak grupka amorków, gasząc wieczorne pragnienie i wypinając pierś cheruba do
wieczornego słońca, podczas gdy zastygli w bezruchu Mary i Dick patrzą wzajem na siebie. Podczas gdy
bynajmniej nie zastygły w bezruchu wybrany
węgorz (nie za duży, ale z pewnością nie ułomek) skręca się i pręży w uścisku Dicka. I podczas gdy, jeśli ma się
powiedzieć prawdę, Mary pod spódnicą też się kręci i odrobinę tężeje (jako że obdarzona jest znakomitą
pamięcią). Bo choć może to nie wynika z jej obecnego zachowania, ale Mary nie za bardzo lubi węgorze.
Przestała je lubić, odkąd...
Nigdzie jednak nie jest powiedziane, że nie może nas pociągać, a nawet wzbudzać naszego pożądania to, na
myśl o czym się wzdrygamy...
W końcu Mary się otrząsa. Odwraca głowę gestem zniecierpliwienia i rozczarowania, jak gdyby zamierzała
sobie pójść. Ale na ten widok Dick wolną ręką zrywa gumiaki i rzuca się niczym torpeda do rzeki. Mało że się
rzuca, ale natychmiast wyłania się po drugiej stronie, ani razu nie naruszywszy powierzchni, i wdrapuje się na
brzeg, ociekający wodą, ubłocony, jak jakiś stwór z czasów potopu, co więcej, wciąż dzierżąc w prawej ręce
całkowicie ogłupiałego węgorza (co za chwyt, który pozwala nie tylko utrzymać węgorza, ale jeszcze utrzymać
go pod wodą), tak że Mary podskakuje, wydaje pisk, robi krok w tył, potem krok do przodu, chichocze,
rozbawiona własnym piskiem, i dopiero odzyskuje uprzednią równowagę.
Ale teraz Dick musi wręczyć prezent, a Mary musi go przyjąć. Dick unosi wiadro (tak, odgaduje jego
przeznaczenie), u brzegu rzeki napełnia je do połowy i wpuszcza węgorza. Po czym bijąc rzęsami tak
intensywnie, że krople spływające z jego włosów przemieniają się w wodny pył, podaje wiadro Mary.
Mary je bierze, zagląda do środka.
Następuje dziwna rzecz. Bo mimo niepokoju, jaki w niej budzą węgorze, który ma swoje głęboko
uzasadnione powody, musi przyznać, że powrócony rodzinnemu żywiołowi, już nie wijący się ani skręcający, ale
zwinięty biernie na dnie wiadra w stanie lekkiego szoku, węgorz jest stworzeniem nie pozbawionym urody. Jest
lśniący, o gładkiej skórze. Ma połyskujące bursztynowe oczka, które mogą przecież być okienkami malutkiej
węgorzowej duszyczki. Ma małe poruszające się skrzela, a za nimi delikatne trzepoczące płetwy piersiowe, które
trochę przypominają trzepoczące rzęsy Dicka...
Mary pochyla się nad wiadrem. Dick też się pochyla, przysuwa się bliżej.
-- Dziękuję -- mówi Mary -- Dziękuję. Jaki piękny.
Jak gdyby miała zamiar wziąć go do domu i karmić w akwarium najbardziej wyszukanymi smakołykami.
-- Pie-kny -- mówi Dick, patrząc na Mary. Słowo, którego przedtem nigdy nie używał.
I w ten oto sposób Dick zaczął chodzić na zaloty nad Kanał Hockwell. Albo, jeśli wolicie, w ten oto sposób
Mary zainaugurowała kurs nauczania...
(Nie wchodzmy w szczegóły, jak to Dick tego samego wieczoru chciał wracać z Mary na farmę Polt Fen.
Ale Mary powiedziała nie -- cały mokry? I bez gumiaków? Obiecała jednak spotkać się z nim znowu następnego
dnia. Albo jak to po odejściu Mary Dick nie miał innego wyboru, tylko przepłynąć z powrotem, w taki sam
sposób, jak przybył, ów fenlandzki Hellespont, do swojego porzuconego i -- kto wie -- zazdrosnego motocykla,
a zmuszony pózniej wytłumaczyć, dlaczego wraca w stanie takiego przemoczenia, wyjaśnił, że zjechał do rowu,
żeby uniknąć zderzenia z jadącym po złej stronie chłopskim wozem -- historyjka, która mogłaby się się wydać
bardziej wiarygodna i ujawnić nie znaną dotąd chytrość, gdyby tylko motocykl był tu i ówdzie również
ochlapany błotem. Albo jak to Mary, rozstawszy się z Dickiem, pomaszerowała z wiadrem w ręce w kierunku
Polt Fen, a Dick odprowadzał ją wzrokiem, ale ledwie tylko zniknęła z jego pola widzenia, zatrzymała się przy
jednym z rowów łączących się z Kanałem Hockwell i dyskretnie wpuściła do niego węgorza, który niewątpliwie,
wróciwszy do siebie po odegraniu głównej roli w ludzkiej intrydze, prowadził tam dalej swoją pozostającą w
cieniu i anonimową węgorzową egzystencję...
Ale jak Dick się uczy? Czy robi postępy? Czy jest uczniem pilnym i wdzięcznym? A czy Mary okazuje się
dobrą nauczycielką?
A tymczasem, skoro środowe i sobotnie wieczory tak wielkodusznie i taktownie odstąpił Dickowi, czekając
na pojawienie się nowego, ulepszonego brata, jak wykorzystuje swój dodatkowy wolny czas mały Tom?
Zgadłyście, dzieci, na własne studia. Zciśle biorąc, tamtego rozkwitającego lata 1943 roku, kiedy ważą się losy
wojny (zwycięstwo w Afryce, wycofanie się wojsk niemieckich na wschodzie), czyta po raz pierwszy Rnwlucjt
Francuską starego Carlyle'a.
Czy Dick czyni pozornie nie zainteresowanemu, zagrzebanemu w książkach bratu zwierzenia na temat owego [ Pobierz całość w formacie PDF ]