[ Pobierz całość w formacie PDF ]

nając o kobietach, które za opłatą gotowe były dogodzić
wojakom. Czerwona róża Lancasterów oraz ich wersja
królewskiego herbu trzepotały na niemal każdym sztanda
rze, podkreślając jeszcze wspaniałość niezwykle barw-
nych proporców, należących do ubranych w bogate stroje
wielmożów, których poparcie Henry sobie zapewnił.
Młody Wat Instow pojechał pierwszy, by zorientować
się w sytuacji, oznaka Gilesa - żołądz - wymalowana by
ła na rękawie jego skórzanego kaftana, by wszyscy wie
dzieli, z jakiej jest partii. Drużyna z zamku Alban, pod do
wództwem Malcolma de Boyes, rozstawiła już namioty
i to od sir Malcolma Wat uzyskał niezbędną wiadomość.
- Zamek jest niemal całkowicie wypełniony, panie -
oznajmił Wat, wyjeżdżając im na spotkanie. - Rezyduje
w nim Edmund z Langley, książę Yorku.
- Doprawdy? Jako Strażnik Królestwa, bez wątpienia
przybył, by powitać króla po powrocie z Irlandii. Jak prze
biegło jego spotkanie z Henrykiem?
- Wnoszę, że dość przyjaznie. Naradzają się teraz. Po
kój dla lady Philippy i jej służki znajdzie się w którejś
z sypialni od wschodniej strony murów obronnych, ale my
musimy tu rozbić namioty. Sir Malcolm już rozkazał
wznieść namiot dla ciebie, panie.
- Nie będzie to zbytnio dokuczliwe przy tej pogodzie.
Dzięki, Malcolmie - dodał Giles, gdyż rycerz właśnie
podszedł do nich, by się przywitać. - Czy rano wszystko
w zamku poszło dobrze?
- Tak, panie, na ile mi wiadomo... Wyjechaliśmy, nim
sir Walter oraz hrabia z rodziną...
- Jak się miewa mój ojciec? - wtrąciła z niepokojem
Philippa.
Sir Malcolm skłonił się w jej kierunku. Nie zsiedli
z koni, a on uniósł swe ładne, brązowe oczy, by spojrzeć
jej w twarz.
- Ciągle tak samo, lady. Choć wydaje mi się, że wy
powiedział parę słów i poruszył palcami u ręki. Medyk
zezwolił mu na podróż.
- A sir William? - zapytał Giles. - Jeszcze nie przy
był?
- Chyba nie. Wypełnienie pańskich rozkazów zajmie
mu z dzień.
Giles z niezadowoleniem zmarszczył brwi.
- Tak długo? Czy w zamku było tyle zapasów?
- Tego nie wiem, sir. Wyjechałem, według rozkazu,
zanim się należycie we wszystkim rozpatrzył.
- Przypuszczam, że niebawem tu zjedzie. Tymczasem
odwiozę lady Philippe do zamku. - Giles zwrócił się do
Philippy ze sztywną uprzejmością. - Pójdz ze mną, pani.
Dziś w nocy też powinnaś dobrze odpocząć.
Philippa posłusznie udała się za Gilesem, gdy prowa
dził Wielmożę przez warowną bramę i, upewniwszy się co
do kierunku, przecisnął przez tłum i przeszedł przez jeden
dziedziniec, by dotrzeć do drugiego.
Opadły ją przykre myśli. Ojcu nieco się poprawiło,
lecz, choć sama podróż mu nie zaszkodziła, na pewno
z niechęcią w nią wyruszał. Poczucie bezradności może
wywołać u ojca nawrót choroby. Mimo wszystko, pocie
szała się, walcząc z ogarniającą ją paniką, Mary świetnie
sobie z tym poradzi, a zważywszy, że lubi swego teścia,
zrobi, co w jej mocy. Ona sama niewiele mogła zaofiaro-
wać prócz swej obecności, ale dałaby dużo, by być przy
ojcu.
Wspomnienia domu napełniły jej serce tęsknotą. Za
mek Alban był mały w porównaniu z tą ogromną budow
lą. Philippa na chwilę poniechała trosk i z rosnącym za
interesowaniem rozejrzała się wokół, zauważając gorącz
kową krzątaninę zarówno dworskich urzędników, jak
i czeladzi, którzy pilnie wypełniali rozkazy, podczas gdy
znużeni ludzie Lancastera przechadzali się leniwie. Na
dziedzińcu dzwięczały kowalskie młoty, konie tupały
i rżały, niecierpliwiąc się bądz protestując przeciw zabie
gom wokół ich podków. Prosięta, kurczaki i gęsi rozbie
gały się na widok Philippy i jej świty. W obrębie murów
zamkowych właściwie nie było gdzie się ruszyć.
Giles nie zwrócił większej uwagi na starożytną wieżę
ani na pózniej dobudowaną wielką salę, ściągnął wodze
dopiero przed wejściem do stosunkowo nowego budynku,
gdzie znajdowały się pomieszczenia dla ludzi. Zawołał
służącego, który poprowadził ich do małej komnaty,
w której stały dwa nędzne wyrka, postawione obok siebie,
by zostawić trochę miejsca koło drzwi.
- Macie szczęście - rzekł sucho Giles. - Tu będziecie
skryte przez ciekawskimi oczyma.
- Tyle że do tej celki nie ma drzwi, gdyż została prze
znaczona dla służby, drzwi do niej prowadzą wprost od
tych, których używają damy dworu - powiedziała ostro
Philippa.
- Drzwi możesz zasłonić arrasem. W Bristolu znajdę
ci lepszy nocleg - obiecał Giles. - Niebawem spotkamy
się w wielkiej sali na wieczerzy. Do zobaczenia, Philippo.
Uśmiechnęła się blado, po czym zadała pytanie, które
nurtowało ją od chwili wjazdu na zamek.
- Czy to nie tutaj został zamordowany przodek króla?
- zapytała i odchrząknęła, czując, że głos jej nagle
ochrypł.
- Owszem. - Giles spokojnie patrzył jej w oczy. -
Tak. Edwarda spotkał koniec gdzieś w tym zamku. -
Uśmiechnął się ponuro. - Ryszard powinien się uczyć na
błędach przodka. Edward Dragi był szaławiłą, który pró
bował rządzić nie poprzez parlament, a swoich fawory
tów. Ryszard nie tylko jest rozpustnikiem, otoczonym gro
nem podobnych sobie kompanów, którzy mu zle doradza
ją, ale usiłuje wziąć całą władzę w swoje ręce. Uważa, że
stoi ponad prawem, że stanowi ucieleśnienie prawa. Na
leży mu pokazać, iż jest w błędzie. [ Pobierz całość w formacie PDF ]