[ Pobierz całość w formacie PDF ]

końcu, by ukryć zakłopotanie. - Jakoś tak mi się wydawało, że
jesteście państwo małżeństwem. Bardzo przepraszam.
- Nie ma za co. - Ostrożnie popijała gorącą kawę, czując, że
rzeczywiście jej to pomaga.
- Nazywam się Tina Edwards - przedstawiła się gospodyni.
- Lea Talbot.
- To musiało być straszne przeżycie, prawda?
Jak wytłumaczyć, że wbrew pozorom wcale tak nie było? Mimo
katastrofy i związanego z nią szoku, mimo kilku dni przeleżanych w
gorączce, nie potrafiła myśleć o okresie, który spędziła tylko z
Reillym, jako o czymś strasznym. W jej wspomnieniach ten czas jawił
się niemal jak sielanka.
142
RS
- Nie było tak zle - powiedziała w końcu, starannie dobierając
słowa. - Najgorsze okazały się te dwa ostatnie dni. - Gdy między mną
a Reillym wszystko się popsuło, dodała w myślach.
- Wyobrażam sobie - przytaknęła współczująco pani Edwards. -
Marsz w tym upale musi być czymś koszmarnym.
Drzwi otworzyły się nagle i dziewczynka pędem wpadła do
pokoju, by znów stanąć przy swojej mamie. Lea usłyszała kroki i obcy
głos. Ktoś rozmawiał z Reillym.
- To mój mąż, Mike - wyjaśniła uczynna gospodyni. Spojrzała
na wchodzących mężczyzn. Zauważyła tylko, że Mike Edwards był
człowiekiem niewysokim, kowbojski kapelusz i okulary
przeciwsłoneczne częściowo skrywały jego rysy. Przeniosła wzrok na
Reilly'ego. Jego pobrużdżona twarz zdradzała ogromne zmęczenie.
Lea zastanowiła się, jakim cudem on jeszcze trzyma się na nogach.
Skąd bierze na to siły.
- Pan Edwards był tak miły, że zaproponował nam odwiezienie
do Tonopah - powiedział znużonym głosem. - Twoja rodzina będzie
już tam czekać. Władze ich zawiadomią, że jesteś cała i zdrowa.
- Kiedy jedziemy?
- Gdy tylko skończysz kawę.
Starannie ukryła rozczarowanie i podniosła kubek do ust. Miała
nadzieję, że uda im się spędzić trochę czasu sam na sam, jednak on
unikał takiej sytuacji jak ognia. Nie miał ochoty na prywatną
rozmowę. Trudno, ona może poczekać. Jeśli nie teraz, to w
przyszłości dopadnie go w cztery oczy i powie to, co ma do
143
RS
powiedzenia. Nie uda mu się jej powstrzymać. Nie pozwoli, aby
usunął ją ze swego życia.
- Jestem gotowa - oznajmiła, odstawiając kubek. Gdy pochylił
się, by wziąć ją na ręce, zdecydowanie potrząsnęła głową.
- Myślę, że dam radę iść.
Ujął ją pod ramię i pomógł wstać. Zachwiała się, lecz udało jej
się odzyskać równowagę. Mimo to nie rozluznił uścisku, ale jego
dotyk pozostał chłodny i obojętny, jakby Reilly zajmował się zupełnie
obcą osobą.
- Dziękuję, pani Edwards - powiedziała Lea, gdy wychodzili z
pokoju. - Za wszystko - dodała, choć tamta nie mogła wiedzieć, czym
naprawdę zaskarbiła sobie jej wdzięczność.
Reilly nalegał, by usiadła z tyłu sama. Twierdził, że dzięki temu
będzie mogła się wygodnie wyciągnąć i odpocząć. Rzeczywiście, z
ulgą położyła się na siedzeniu, jednak jej myśli wciąż krążyły wokół
znajdującego się przed nią mężczyzny. Próbowała skupić się na
radosnym powitaniu, jakie niechybnie zgotuje stęskniona rodzina, ale
bezskutecznie.
Po kilku kilometrach wyjechali na szosę, która wkrótce
doprowadziła do drogi szybkiego ruchu, przejęty Mike Edwards mógł
więc teraz wcisnąć pedał gazu prawie do oporu. Widoki za oknami
zmieniały się błyskawicznie, ale i tak minęła prawie godzina, zanim
znalezli się na przedmieściach miasta.
Gdy zatrzymali się przed budynkiem policji, Lea usiadła z
trudem, czując, jak zesztywniałe, obolałe mięśnie protestują przeciw
tak ogromnemu wysiłkowi. Reilly otworzył tylne drzwi i ujął ją
144
RS
mocno za ramię, by pomóc jej wysiąść. Niepewnie stanęła na
chodniku, na szczęście silna dłoń podtrzymywała ją przez cały czas. -
Proszę, musimy porozmawiać - odezwała się cicho.
- O czym? - Obrzucił ją chłodnym spojrzeniem, celowo udając,
że nie rozumie, o co chodzi.
- O nas.
Ton, jakim się odezwał, był mało uprzejmy.
- Nie widzę takiej...
- Lea! - zawołał ktoś głośno, przerywając mu w pół słowa.
Odwróciła się w kierunku głosu i uśmiechnęła promiennie na
widok wysokiego chudzielca o jasnych włosach, biegnącego w ich
stronę.
- Lonnie!
Zdążyła zauważyć w pewnym oddaleniu niebieski mundur Air
Force oraz pełną gracji figurę matki, gdy mocne dłonie chwyciły ją
wpół, uniosły w powietrze i okręciły dookoła.
- Nic ci nie jest? Wróciłaś. Wróciłaś - powtarzał brat,
przyciskając ją z całej siły do siebie, jakby chciał się upewnić, że to
prawda.
Postawił ją wreszcie z powrotem na ziemi, a w jego
jasnobrązowych oczach lśniły łzy, których nawet nie starał się ukryć.
- Jesteś wariatką, jakiej świat nie widział! - powiedział z
ogromną czułością. - Już nie mogłaś wymyślić nic gorszego?
- Chciałam się z tobą zobaczyć - rozpłakała się Lea. - %7łeby ci
zrobić niespodziankę na urodziny...
- Córeczko!
145
RS
Słysząc to, Lonnie wypuścił siostrę z objęć, by mogła się
przywitać również z rodzicami.
- Kochanie moje - szeptała z niewysłowioną ulgą matka, tuląc ją
czule do siebie. - Umieraliśmy z niepokoju. Uznano cię za zaginioną.
Ale my...
- Na szczęście wszystko się dobrze skończyło, mamusiu. - Lea
objęła jedną ręką stojącego obok ojca.
Nie miał on zwyczaju okazywać uczuć, stał więc przy nich
wyprostowany, z kamienną twarzą. Wreszcie z wahaniem pogładził
spalone słońcem włosy córki, gdy Lea wtuliła twarz w nienagannie
wyprasowany mundur.
- Przysporzyłaś nam sporo zmartwienia - odezwał się sztywno.
- Wiem, tatku - szepnęła i spojrzała mu prosto w oczy. Ujrzała w
nich niezmierną radość, której nie potrafił wyrazić słowami ani
zachowaniem.
- Wielkie nieba, spójrz na siebie! - Matka drżącą dłonią otarła
łzy. - Wyglądasz jak swój własny cień. Ubranie w strzępach. Straciłaś
ładnych parę kilo i jesteś brązowa jak Indianka.
Lea nagle odsunęła się i spojrzała za siebie. Przy samochodzie
nie było nikogo. Zrobiło jej się gorąco. Zostawił ją! Naraz ujrzała
znajomą sylwetkę już prawie w drzwiach budynku.
- Reilly! - zawołała, kompletnie ignorując zakłopotane i nieco
chmurne miny rodziców.
Zawahał się wyraznie, przystanął, wreszcie odwrócił się, a na
jego twarzy malowała się niechęć i niecierpliwość. Widać było, że
zamierzał. niepostrzeżenie zniknąć jej z oczu.
146
RS
- Reilly, nie zostawiaj... - W ostatniej chwili ugryzła się w język
i nie dokończyła:  mnie". Musiała jakoś ratować niezręczną sytuację.
- Chciałabym, żebyś poznał moją rodzinę.
Podszedł bezzwłocznie, co mogło oznaczać tylko jedno. Wolał
jak najszybciej mieć to za sobą. Nieubłagane, dumne rysy zastygły w
nieprzeniknioną maskę. Wyglądał tak chłodno i nieprzystępnie, że Lea
odniosła dziwne wrażenie, iż gdyby go tylko dotknęła, to sama
obróciłaby się w kamień.
- Pozwólcie, to Reilly Smith, razem wyczarterowaliśmy ten
samolot - wyjaśniła nerwowo. - Gdyby nie on, nie byłoby mnie tutaj...
- Jej głos zaczął się lekko łamać, chociaż starała się mówić z
wymuszoną wesołością.
Wymieniono parę uprzejmych frazesów i Reilly cofnął się o
krok.
- Było mi bardzo miło państwa poznać, ale zdaję sobie sprawę z
tego, że chcecie się państwo nacieszyć odzyskaną zgubą. Ja też mam
parę spraw do załatwienia - odwrócił się, lecz Lea chwyciła go za
ramię.
- Dokąd idziesz?
Spojrzał wymownie na przytrzymującą go rękę.
- Trzeba zrelacjonować władzom szczegóły wypadku.
- W takim razie powinnam pójść z tobą. - Nie mogła pozwolić,
by zniknął jej z oczu. Obawiała się bowiem, że wtedy już go nigdy
więcej nie zobaczy.
- Jestem dorosły i potrafię sam odpowiadać na pytania - oznajmił
twardo. - Jeśli twoje zeznania również okażą się potrzebne, to policja i
147
RS
tak cię znajdzie. Teraz zresztą nie mieliby z ciebie pożytku. Jesteś [ Pobierz całość w formacie PDF ]