[ Pobierz całość w formacie PDF ]

- Och, jakie to smutne! Ale Viljar ma rację. To widać. W twoich oczach.
Henning upuścił łyżeczkę, która uderzyła głośno o talerzyk, i Viljar podskoczył z grymasem
na twarzy.
Saga zapytała poważnie:
122
- Od jak dawna to trwa, Viljarze?
- Co takiego? - Głos miał zachrypnięty.
- Picie.
- Ale ja wcale tak dużo nie piję - usprawiedliwiał się gorączkowo. - Wczoraj wieczorem
wypiłem szklaneczkę, ponieważ... - Przerwał i skulił się na krześle. Głowę wtulił w ramiona. -
To dziwne - powiedział cicho. - Belinda suszy mi od dawna głowę, że za dużo piję, ale ja
byłem zawsze pewien, że w pełni kontroluję, ile i kiedy wypijam. A oto przychodzi ktoś z
zewnątrz i pierwsze słowa, jakie rzuca mi w twarz, brzmią:  Ty pijesz, Viljarze! Właśnie
wtedy zrozumiałem, jak zle jest ze mną.
Siedzieli w milczeniu.
Po chwili Viljar wrzasnął:
- Ale jak, do diabła, przeżyłbym to wszystko, gdybym nie pił?
- Musisz mi opowiedzieć, jak to jest - rzekła Saga spokojnie. - Odnoszę wrażenie, że masz
niezwykle lojalną rodzinę.
- Owszem, mam - potwierdził drżącym głosem. - Kocham ich oboje. I, jak widzisz, krzywdzę
ich tak strasznie!
- Nigdy na żadne z nas nie podniosłeś ręki - wtrąciła Belinda cicho, jakby chciała go
usprawiedliwiać.
- Nie, bo gdybym coś takiego zrobił, to by już dla mnie nie było życia! - krzyknął Viljar
gwałtownie. - Ale czy nie wystarczy tego, co z wami wyprawiam? Każę wam pracować
ponad siły, podczas gdy ja sam uciekam w świat iluzji!
- Usprawiedliwienia i żale mogą zaczekać - stwierdziła Saga trzezwo. - A teraz do rzeczy!
Viljar głęboko wciągnął powietrze.
- To bardzo długa historia.
- Zacznij od najważniejszego.
- Najważniejsze - powiedział z goryczą. - Najważniejsze jest to gniazdo zarazy, które
nazywa się Grastensholm.
- Owszem, widziałam dwór. Wygląda dość... strasznie.
- Och, ty nie wiesz, nic nie wiesz.
123
- Nikt tam nie wchodzi - wyjaśniła Belinda spokojnie. - Ludzie tam mrą. Jakiś włóczęga zmarł
przed bramą. Z wytrzeszczonymi oczyma, wpatrzonymi w coś okropnego. Pewien człowiek
z gminy wszedł kiedyś do dworu i nigdy stamtąd nie wyszedł.
- Gmina chciałaby przejąć dwór - rzekł Viljar zmęczonym głosem. - W takim stanie jak teraz
majątek nie jest nic wart. Chcieli zburzyć albo spalić dom i wybudować tam co innego. Nikt
jednak nie jest w stanie wejść do żadnego z zabudowań. Sprowadziliśmy nawet takich, co
potrafią wywoływać duchy, ale nie doszli dalej niż do bramy, bo podmuch wichury powalił ich
na ziemię i potłukli się dotkliwie. To samo stało się z księdzem.
- A ty tam byłeś?
- Owszem, byłem! I gdybym chciał ci opowiedzieć o wszystkim, co mnie spotkało za bramą, i
tak byś mi nie uwierzyła. One są śmiertelnie niebezpieczne, Sago.
- Masz na myśli szary ludek?
- Tak. A najgorsze ze wszystkiego jest to, że nasz mały Henning widział kiedyś dwoje z nich,
jak stali i rozglądali się tutaj przed domem! W Lipowej Alei!
- Uff! - westchnęła Saga.
- To przez nich nie radzimy sobie z gospodarstwem i mamy okropne kłopoty - dodał Viljar. -
Sama widziałaś, jak wygląda nasze gospodarstwo. Nie możemy korzystać z ziemi należącej
do Grastensholm, ale nie możemy jej też sprzedać. A ja, jak widzisz, bliski jestem
załamania.
Saga zwróciła się do Belindy:
- Ale przecież w Elistrand mieszka twoja rodzina!
- Oni już dawno wrócili do miasta, a na mnie machnęli ręką. Teraz, kiedy wszyscy skarżą się
na Grastensholm i moja pozycja w parafii jest marna, nie chcą mieć z nami do czynienia.
- Nie można, niestety, po prostu zburzyć Grastensholm! - westchnęła Saga. - Nie można
spalić zabudowań, dopóki nie odzyskamy tego, co zostało ukryte na strychu, tego, co... -
Głos jej zamarł. - Tego, co takie jest potrzebne Ludziom Lodu - dokończyła szeptem.
Napotkała wzrok Viljara. Kuzyn przypomniał, jak się sprawy naprawdę mają:
- A tego nie odzyskamy, dopóki nie narodzi się taki, który będzie miał dość sił.
Saga głośno myślała:
- Pewnie tak to miało być, że Ludzie Lodu będą czekać, dopóki ten wybrany nie nadejdzie.
Ten, który będzie w stanie podjąć walkę z Tengelem Złym. Ale teraz...
124
Viljar ponownie dokończył rozpoczęte przez kuzynkę zdanie:
- Teraz cały dom razem ze strychem i tym czymś tajemniczym, co się tam kryje, znalazł się
w niebezpieczeństwie, którego nasi przodkowie z pewnością nie przewidzieli. Wszystko jest
w wielkim niebezpieczeństwie z powodu szarego ludku.
Saga zrobiła się jeszcze bardziej poważna.
- Najwyższy czas, by zabrać to coś ze strychu. Dopóki nie będzie stracone na zawsze.
- Na to jednak potrzeba kogoś wybranego... i obdarzonego wielką mocą.
Zaległa cisza.
- Tak - potwierdziła w końcu Saga. - Tak to wygląda.
Po chwili znowu odezwał się Viljar:
- Nie boisz się, Sago?
Saga ocknęła się z zamyślenia i spojrzała na niego czystymi, nieskończenie pięknymi
oczyma.
- Nie, nie boję się. Nie przywykłam do odczuwania lęku, ale wiem, jak to jest, kiedy człowiek
się boi. Całkiem niedawno miałam okazję się o tym przekonać. - Zamyśliła się znowu na
chwilę. - Nie, nie boję się szarego ludku, ani trochę.
- Ty ich po prostu nie znasz - wtrącił Viljar cicho.
Kiedy Saga położyła się w, swoim łóżku w małym pokoiku na piętrze, o ścianach pokrytych
tapetami w drobne kwiatki, ogarnął ją spokój.
Teraz oto była  w domu . W Lipowej Alei, pierwszej siedzibie Ludzi Lodu na południu
Norwegii. Grastensholm odziedziczyli dopiero pózniej po Meidenach. Lipowa Aleja natomiast
była darem rodziny Meidenów dla Tengela i Silje.
Pierwszym domem była Lipowa Aleja.
Lodowej Doliny nie można liczyć. Lodowa Dolina to był koszmar.
Viljar i Belinda zaprosili ją, by teraz, kiedy zerwała ze Szwecją, zamieszkała u nich, najlepiej
na zawsze. Podziękowała wzruszona, ale odparła, że czas pokaże, jak się jej życie ułoży.
Najpierw musi wykonać to, co zostało na nią nałożone.
To oczywiste, że nie odczuwała lęku na myśl o czekającym ją zadaniu. Czy też o zadaniach, [ Pobierz całość w formacie PDF ]