[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Rozwścieczona Nellie stała dokładnie tam, gdzie ją zostawili. U jej stóp zwisała,
zahaczona o nadgarstek, pleciona torba wypełniona po brzegi zakupami, na ziemi piętrzyły
się bagaże: marynarski worek Dana, torba Amy, a na samym szczycie nylonowa torba na
ramię, którą pożyczyli od Alistaira. Uwięziony w przenośnej klatce dla kota Saladin miauczał
żałośnie. Opiekunka ruszyła w ich stronę - zła jak osa.
- Gdzie wyście byli?! Już myślałam, że was porwali! - Nagle dostrzegła Theo i stanęła
jak wryta. Zmierzyła go wzrokiem od czubka blond głowy po opalone palce stóp. - Witam
pana Indianę Jonesa - zamruczała niczym Saladin na widok fileta z lucjana czerwonego.
Kiedy zostawili ją samą, Nellie wybrała się na zakupy. Jej czarny Tshirt spowijał teraz
półprzezroczysty lawendowy materiał, udrapowany fikuśnie, oczy otaczał czarny proszek
antymonowy na tle złocistego cienia, a błyszczące bransoletki pokrywały jej rękę od
nadgarstka aż po łokieć. Wyglądała tak, jakby zamierzała uciec do hiphopowego haremu.
- Witam pannę Mary Poppins - odparł Theo, uśmiechając się szeroko.
- Celna uwaga. Tak jak ona jestem idealna niemal pod każdym względem - zauważyła
Nellie, wyciągając do niego dłoń. - Nellie Gomez.
- Theo Cotter.
Dan przewrócił oczami, widząc, że dłoń Nellie pozostaje w uścisku Theo dłużej, niż to
było konieczne. Czy to możliwe, by ich opiekunka się zarumieniła? Wydawało mu się, że nie
jest do tego zdolna.
- Theo uchronił nas przed kupieniem starożytnego, bezcennego antyku... wykonanego
nie dalej niż wczoraj - wyjaśniła Amy.
Theo wzruszył ramionami.
- Tak się składa, że zostaliście złapani w jedną z najgorszych okolicznych pułapek na
turystów. Mogę wam pokazać znacznie bardziej zaufane sklepy, jeśli chcecie - powiedział,
nie spuszczając wzroku z Nellie.
- Byłoby cudownie - odparła opiekunka, tak jakby młodzieniec obiecał ujawnić jej
sekret wszechświata.
- Chyba powinniśmy wrócić do hotelu - oznajmiła Amy. Theo wydawał się w
porządku, ale dlaczego właściwie mieliby mu ufać? Poza tym nie mieli czasu do stracenia.
Przed wyjazdem z Seulu znalezli w sypialni Alistaira kartę podróżnika, którą Dan zabrał ze
sobą. Skorzystali z niej na lotnisku, by zarezerwować pokój w hotelu Excelsior. Amy chciała
się zameldować i zastanowić nad kolejnym krokiem. To wszystko działo się zbyt szybko.
Theo wziął od Nellie kilka toreb.
- Interesujesz się Napoleonem, prawda? - zwrócił się do Amy. - Czy wiedziałaś, że
podczas inwazji na Egipt przywiózł ze sobą uczonych, archeologów i artystów, by zbadali ten
kraj?
- Typowe zagranie Lucianów, pomyślał Dan. - Dom, w którym mieszkali naukowcy,
przekształcono w muzeum. Znam tamtejszego kuratora - kontynuował Theo.
Ratuj się kto może, przemknęło przez myśl Danowi. Na sam dzwięk słowa  muzeum
jego siostra zaczynała się ślinić, zupełnie jakby ktoś podstawił jej pod nos czekoladowe
ciastko.
- Czy to gdzieś w pobliżu? - zapytała podekscytowana Amy, najwyrazniej łapiąc
przynętę. Może powinna się jeszcze zastanowić. Jeśli ten dom nadal istniał, mogą w nim
natrafić na jakiś ślad prowadzący do kolejnej wskazówki.
- W Kairze wszędzie jest blisko - odparł Theo. - Dom Sennari znajduje się tuż obok,
przy ulicy Haret Monge. - Chodzcie, złapię dla nas taksówkę.
Mówiąc to, odwrócił się na pięcie i wyprowadził ich z powrotem na zatłoczoną ulicę.
Jeśli były na niej pasy ruchu, Dan nie był w stanie ich dostrzec. Samochody wciskały się w
najwęższą szczelinę, zajeżdżały sobie drogę, przyspieszały na czerwonym świetle i siadały
 na ogonie autobusom, a wszystko to przy jazgocie klaksonów i pokrzykiwaniach ludzi.
Amy, Dan i Nellie wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Nie mieli pojęcia, jak znalezć
taksówkę w całym tym rozgardiaszu.
Theo natomiast... spokojnie zszedł z krawężnika, podniósł dłoń i niemal od razu
zatrzymała się przy nim taksówka.
- Widzieliście? - odezwała się z podziwem Nellie. - On naprawdę jest jak Indiana
Jones.
[ Pobierz całość w formacie PDF ]