[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Podejrzewała, że lord Nicholas zna odpowiedz na
to pytanie, i nie musi mu na nie odpowiadać, a jednak
nie mogła sobie tego odmówić.
- Bo każda troskliwa mama mająca córkę na wy
daniu nie da mu chwili spokoju, póki nie przedstawi
tak znamienitemu kawalerowi swej latorośli.
- Nie każda matka - wtrąciła hrabina.
- No, może nie każda - przyznała Sophia, rzuca
jąc matce spojrzenie pełne aprobaty. - Ale z pewno
ścią większość.
Nicholas, otwarcie szacujący wzrokiem matkę
i córkę, popatrywał to na jedną, to na drugą.
- Zapewniam, że mój brat nie ma zajęczego serca.
Przyzwyczajony jest też, że poświęca mu się uwagę,
czy ma na to ochotę, czy też nie. Na pewno pojawi
się w mieście, gdy uzna, że jest do tego gotowy.
Teraz Sophia i jej matka wymieniły spojrzenia, po
czym lady Yardley rzekła:
- Czy mam rację, wnosząc z pańskich słów, że
hrabia szczęśliwie powrócił do kraju i że miał pan
sposobność widzieć go po waszym długim rozstaniu?
Z miny lorda Nicholasa dało się wyczytać, że był
zły na siebie, gdyż powiedział za wiele, lecz nie za
mierzał, niczym ostatni głupiec, zaprzeczać pra
wdzie, którą przypadkiem wyjawił.
- Tak, łaskawa pani, widziałem się z nim - przy
znał. - Tak się złożyło, że odwiedził mnie akurat dzi
siaj. Jednakże nie chce jeszcze, by wszyscy wiedzieli
o jego powrocie. Potrzebuje trochę czasu, by... ee...
przyzwyczaić się do swej nowej roli w życiu.
- To całkiem zrozumiałe - odparła lady Marissa,
lecz tymczasem zagadnęła ją długoletnia znajoma
i Sophia musiała upewnić jego lordowską mość, że
ani ona, ani jej matka nie są skłonne do rozsiewania
plotek, toteż modne towarzystwo od żadnej z nich się
nie dowie o powrocie księcia.
- Miło mi to słyszeć - odparł z wyrazną ulgą. -
Benedykt musi się dopiero przyzwyczaić do nowej
sytuacji. - Wychylił kieliszek. - Nie jest tym samym
człowiekiem, który przed pięcioma laty wyjechał do
Indii Zachodnich.
- A na ile się zmienił? - zapytała Sophia bardziej
z uprzejmości niż z rzeczywistego zainteresowania.
- W każdy możliwy sposób - zaskoczył ją swoją
otwartością lord Risely. - Zanim opuścił Anglię, był
zdecydowanym dandysem. Gdy się teraz na niego pa
trzy, nie można w to uwierzyć. Nie troszczy się też
o swoje dobre samopoczucie. Czy panie wie, że pier
wszego dnia pobytu w mieście odwiedził najbiedniej
sze dzielnice?
To przykuło uwagę Sophii.
- A cóż go do tego skłoniło?
Wzruszył ramionami.
- Przypuszczam, że ciekawość. Był przerażony
tyra, co zobaczył. Powiedział, że nasi niewolnicy żyją
w lepszych warunkach niż ci nieszczęśni biedacy
z przedmieść Londynu.
- A tak - odparła cicho Sophia, z wyrazną wy
mówką w głosie. - Zapomniałam, że jest pan właści
cielem plantacji.
- Nie byłbym, gdyby to zależało od Benedykta -
wyjawił Nicholas, odnotowując od razu zmianę
w wyrazie twarzy dziewczyny. - Mój brat uwolniłby
swoich niewolników z dnia na dzień, ale obawia się
rezultatów takiego czynu. Siedzą tam na beczce pro
chu. Jeśli wyswobodzi niewolników u siebie, bez
i
wątpienia wywoła wielki niepokój na innych planta
cjach, a Benedykt wcale tego nie pragnie. Ze wszyst
kich sił wspiera abolicjonistów, którzy chcą uwolnie
nia całej siły roboczej, i wierzy, że nadejdzie kres ta
kich nieludzkich praktyk jak niewolnictwo.
Sophia stwierdziła, że podziela nadzieje szlachetnego
brata Nicholasa, przypominając sobie zarazem to, co jej
stajenny powiedział ledwie onegdaj.  Zbyt prędka je
steś, pani, do potępiania własnej klasy. W każdej sferze
są ludzie dobrzy i zli. Odnajdziesz ich, jeśli będziesz
miała oczy i uszy otwarte". I, jak zwykle, miał rację.
- Bardzo chciałabym poznać pańskiego brata, lor
dzie Nicholasie. Na pewno okaże się, że mamy ze so
bą wiele wspólnego.
Nastąpiła chwila milczenia.
- Sądzę, że dałoby się to zorganizować bez trudu
- odparł po chwili Nicholas.
Podejrzewając, że jego lordowska mość, z przyczyn
znanych tylko jemu, ma ochotę pozostać przy niej, So
phia skorzystała z okazji, by podziękować mu za jego
rycerskie próby zduszenia krążących o niej plotek.
- %7łe też człowiek nie może publicznie porozma
wiać z własnym stajennym, by jakiś głuptas nie za
czął rozpuszczać plotek!
- Niech się pani tym w ogóle nie przejmuje, moja
droga. Rozmawiaj z nim, ile chcesz. Nie pamiętam
teraz dokładnie, co powiedziałem ani do kogo, ale
z pewnością uciszyłem kilka jadowitych języków.
- A więc zostałam dobrze poinformowana i je
stem panu wdzięczna - odparła, nim zmieniła temat,
przyznając, jakim zdumieniem napełniło ją pojawie
nie się lorda Nicholasa w salonie.
Ani na chwilę nie stracił kontenansu.
- A dlaczegóż miałaby pani być zdumiona, py
tam? Uważa pani, że jestem zbyt wielką personą, by
się pokazywać na tak skromnych przyjęciach?
Sophia przechyliła głowę na bok, jakby się nad tym
zastanawiając.
- Jak też na to odpowiedzieć... szczerze czy
z wystudiowaną uprzejmością?
Jego wybuch pełnego aprobaty śmiechu skierował
w ich stronę niejedno spojrzenie.
- A więc o to chodzi! - wykrzyknął nieco zagad
kowo. - Teraz rozumiem i z całego serca popieram.
Nada się pani doskonale, w to nie wątpię. - Potem
opanowując się, zmienił temat, pytając, jak jej się
podoba pierwszy sezon w Londynie.
- Szczerze mówiąc, lordzie Risely, ostatnio stracił
wiele ze swego uroku - przyznała, zobaczywszy oj
ca, który wyłonił się z gabinetu, gdzie panowie zaba
wiali się kartami. - Czasami mam ochotę zapropono
wać, byśmy wcześniej wrócili na wieś - wyjawiła,
nie zauważając bardzo zakłopotanej miny jego lor-
dowskiej mości.
ROZDZIAA DZIESITY
Popatrzywszy przez okno salonu, lady Marissa zo
baczyła córkę, która właśnie wracała do domu.
Wchodząc, nie trzasnęła gwałtownie drzwiami. Wiel
ka szkoda, uznała matka. Choć zazwyczaj nie po
chwalała dziecinnych wybuchów gniewu, tym razem
uznała, że Sophii dobrze by zrobiło, gdyby dała upust
swym uczuciom, bowiem z powodu jej złego humoru
w domu panowała nieprzyjemna atmosfera. Czy to
jakieś wydarzenie, czy też jakaś osoba tak zepsuła na
strój młodej pannie?
Powracając na sofę, zaczęła wyszywać, myślami
błądząc, jak to ostatnio czyniła, wokół niezwykłego
zachowania męża. Choć refleksja ta wydawała się jej
nieprawdopodobna, coraz częściej miewała wrażenie,
że poślubiła człowieka kompletnie jej obcego. Znik
nął miły i wyrozumiały mężczyzna, którego znała od
ponad dwudziestu lat, a w jego miejsce pojawił się
nieznośny zrzęda, z upodobaniem okazujący wszy
stkim złe humory.
Hrabina, niezdolna powstrzymać kwaśnego uśmie
chu, przypomniała sobie, jaką radość odczuła przed
paroma dniami, gdy hrabia nieoczekiwanie oznajmił,
że chętnie uda się na skromne przyjęcie do lady Car-
lisle. Jak się okazało, przedwcześnie się cieszyła.
Przypuszczała, że mąż wychodzi ze stanu, który wy
wołał u niego taką udrękę, i teraz znowu będzie do
ceniać wszystkie liczne przyjemności, jakie oferuje [ Pobierz całość w formacie PDF ]