[ Pobierz całość w formacie PDF ]

co się zowie!
 Prawda, lecz mieliśmy wówczas wiernych i do świadczonych sprzymierzeńców.
 I tu możemy takich znalezć.
 Gdzie? Chcesz ściągnąć szeryfa z Fort Benton? Wątpię, aby Vincent Irvin zechciał tu
przyjechać.
 Nie bądz takim sceptykiem. Jeśli go poprosimy, przybędzie. W razie czego można by
jeszcze zaprosić do zabawy Czarne Stopy. Nie tak daleko stąd do nich.
Mimo że byłem bardzo zmęczony, zerwałem się z łóżka i parsknąłem śmiechem.
 Indianie w roli detektywów? Chyba żartujesz!
 Mówię poważnie. Ale nie o roli detektywów myślałem. Zresztą... trudno teraz coś
przewidzieć. Wiesz, dokąd jutro się udamy?
 Do Bell  odparłem bez namysłu.
 Brawo!
 Będziesz próbował pociągnąć za język Sandusky'ego.
 Coraz lepiej! Zadziwiasz mnie, Janie.
 Nie kpij, nietrudno odgadnąć. Przecież Sandusky również przybył tu z Teksasu. Mervin
wspomniał o tym w swym pijackim transie. Kto jak kto, ale pocztmistrz może najwięcej wiedzieć
o Warrenie. Poza Mervinem, oczywiście.
 Jesteś najlepszym westmanem wśród lekarzy i uważam, że minąłeś się z zawodem.
 Znowu? Przypomnę ci o tym, gdy będziesz potrzebował pomocy chirurga!
To rzekłszy począłem ściągać buty.
Następnego dnia, rankiem, ale już dobrze po wschodzie słońca, ruszyliśmy ku rzeczce. Taki
był plan Karola. Droga do Bell wiodła na wschód, a rzeczka płynęła na północ, ale pojechaliśmy
tak celowo. Tym razem sam Karol wybrał uprząż i wierzchowce, by jak najmniej zwracały na
siebie uwagę.
Przebyliśmy nurt wody i skierowali się lewym jego brzegiem, pod prąd. Po godzinie teren
począł się stopniowo wznosić, brzegi rzeczki  stromieć, aż na koniec lustro wody obniżyło się i
znikło z naszych oczu w wąwozie. Zeskoczyliśmy z siodeł. Leżąc na brzuchach, spoglądaliśmy w
głąb rozpadliny, na dnie której szumiała srebrzysta smuga pian. Można było z biedą zejść tędy po
niemal pionowych ścianach, ale nie sposób sprowadzić koni.
 To pewnie ten Canyon Creek  zauważyłem.  Nic ciekawego.
 Istotnie. Chciałem sprawdzić, czy da się tu obozować. Jedyne przecież miejsce na całej
płaszczyznie, gdzie można się ukryć. Ale nic z tego. Woda zalewa dno kanionu.
 Mylisz się, Karolu.
 Jak to? Spójrz, przecież na dnie nie ma ani jednego suchego miejsca.
 Nie o tym myślę, ale o jeszcze jednej kryjówce na tym terenie. Czyżbyś zapomniał o
 dziurze trapera ?
 Do licha! Prawda. Trzeba będzie zbadać  dziurę , ale nie teraz. Stanowczo... tracę
pamięć. Ruszajmy.
Gdzieś tam w górze wąwóz chyba się skończy i przejedziemy na przeciwległy brzeg.
Przewidywania mego towarzysza spełniły się rychlej, niż myślałem. Canyon Creek nie miał
więcej niż pół mili długości. Dalej  stromy brzeg zrównał się z prerią i z korytem rzeczki.
Przebyliśmy je bez trudu. Teraz szybko ruszyliśmy na wschód. Podróż do Bell minęła bez
przygód, tyle że trwała nieco dłużej niż poprzednio, z Bell do Canyon Creek.
Pocztmistrza spotkaliśmy w bramie jego pocztowego królestwa. Poznał nas natychmiast.
 Już?!  zawołał zdziwiony  Czy coś się stało?
 A cóż miałoby się stać?  Karol odpowiedział pytaniem na pytanie.
 Tak mi się wymknęło, pewnie dlatego, że jestem pod wrażeniem wiadomości, którą
usłyszałem dziś rano. Allan!  zawołał w kierunku budynku.  Zaopiekuj się końmi. Chodzcie,
panowie.
Zamknął wierzeje bramy i przepuścił nas przodem. Teraz ja się zaniepokoiłem: co za
wiadomość mógł otrzymać Sandusky? Może od Warrena?
Przekroczyliśmy próg sieni, pózniej drzwi gościnnego pokoju.
 Cóż to się stało?  zagadnął Karol.
 Rzecz wydarzyła się ubiegłej nocy. Siadajcie, panowie. Otóż... dokonano napadu na grupę
eksploratorów złotego piasku, gdy znajdowali się w drodze do Bell.
Napad się nie udał. Z pięciu poszukiwaczy dwu jest rannych, ale transport złota ocalał.
 Od kogo otrzymał pan tę informację?
 Od samych zainteresowanych. Przybyli tu o świcie, aby przekazać poczcie swe cenne
przesyłki.
 Złoto?  zapytałem.
 Tak.
 I pan musi się nim opiekować? Nie zazdroszczę.
 Od tego jestem pocztmistrzem.
 Czy w Bell nie ma żadnego kantoru bankierskiego?  wtrącił się Karol.
 Nigdy go nie było.
 Niebezpieczna przesyłka.
Sandusky roześmiał się, ale chyba niezbyt szczerze:
 Przywykłem już do tego rodzaju przesyłek. Tym razem będę się nią opiekował tylko do
jutra. Rannym pociągiem cały ten skarb ruszy dalej.
 Nie obawia się pan napadu?  zagadnąłem.
 Owszem. Zawsze w podobnych wypadkach obawiam się napadu. I czynię wszystko, co
potrafię, aby się nie udał.
 Kto zaatakował eksploratorów?  spytał Karol.
Sandusky wzruszył ramionami.
 Jacyś ludzie.
 Znakomita informacja  zauważył Karol.
 Przepraszam, tyle mi powiedziano. Ale nawet gdyby sprawcy zostali rozpoznani, cóż z
tego?
 Jak to?!  wyrwałem się.
 Bo któż podejmie się ścigania przestępców. Przecież nie mamy nawet szeryfa! Może to
lepiej? Co za szeryfa mogłaby spośród swego grona wybrać ta zbieranina ludzi, jaka tu mieszka?
Najuczciwszy z niej to Ned Muddlinton, kowal. Ale jego nie wybiorą, bo Murzyn. W takiej
sytuacji szeryf mógłby się okazać wspólnikiem przestępców.
 A cóż to za zakazane strony!  krzyknąłem.
 To jeszcze dziki kraj i nie ma na to rady. Trzeba wiedzieć, że pierwsi osadnicy, nie
traperzy, przybyli tu dopiero w 1858 roku, po przypadkowym odkryciu terenów złotodajnych. A [ Pobierz całość w formacie PDF ]