[ Pobierz całość w formacie PDF ]

sennie. %7łołnierze mówili mu, że wojna to czas, w którym długie okresy nudy przerywane są
krótkimi chwilami strachu. Gotów był im wierzyć, chociaż sam nigdy tego nie doświadczył.
Ale też jego praca polegała głównie na przemykaniu się z jednego gorącego miejsca w drugie,
a w przerwach oddawał się ze znawstwem poznawaniu zmysłowych uciech w kilkunastu
różnych krajach. Ta mała próbka żołnierki zdecydowanie nie przypadła mu do gustu.
Odwracał się od czasu do czasu, żeby sprawdzić, czy nie wzrosły szanse ucieczki, ale nic
się nie zmieniało. Sierżant wpatrywał się w niego z kamiennym obliczem, a stojący z tyłu
żołnierze byli stale na swoich miejscach. Kapitan na przemian palił nerwowo papierosy
i obserwował przez polową lornetkę linię frontu. Chcąc zaskarbić sobie życzliwość sierżanta,
by móc liczyć na jego przyszłe względy, Causton rzucił mu w pewnej chwili papierosa.
Sierżant wyciągnął rękę, spojrzał na papieros ze zdumieniem, po czym uśmiechnął się
i zapalił go. Odwzajemniwszy uśmiech Causton odwrócił głowę z nadzieją, że nić przyjazni
została zawiązana.
Niebawem zgiełk na linii frontu zaczął narastać i Causton dostrzegł pierwsze poruszające
się sylwetki ludzi. Kilka widocznych w oddali postaci przemykało ukradkiem pod ścianami
odległych domostw. Wytężył wzrok, żałując, że nie ma lornetki kapitana. Słyszał za sobą jego
stanowcze rozkazy i dochodzące z bliższej odległości buńczuczne krzyki sierżanta, nie
zwracał jednak na nie uwagi, gdyż rozpoznał właśnie w odległych postaciach żołnierzy wojsk
rządowych. Biegli co sił w nogach. Front został przełamany. Znajdujący się najbliżej niego
żołnierz wystawił karabin i odbezpieczył go. Causton usłyszał, jak przez cały szereg okopów
przechodzi seria metalicznych trzasków, nie oderwał jednak wzroku od rozgrywających się
przed nim scen. Najbliższy żołnierz w niebieskim mundurze był w połowie drogi - o jakieś
dwieście metrów od niego - gdy nagle wyrzucił w górę ręce i bezradnie runął do przodu,
jakby się o coś potknął. Upadł skulony na ziemię, zadrgał konwulsyjnie i znieruchomiał.
Pole wypełniali teraz wycofujący się bezładnie żołnierze. Niektórzy, doświadczeni
w boju, uciekali krótkimi zygzakami, stale zmieniając kierunek, aby zmylić celujących w nich
od tyłu strzelców. Tak robili co bardziej inteligentni. Ci głupsi albo tacy, których obezwładnił
strach, biegli wprost przed siebie i to właśnie ich dopadały kule z terkocących cekaemów
i trzaskających karabinów.
Causton stwierdził nagle ze zdumieniem, że znajduje się pod ostrzałem. Wokół niego
rozlegały się ciągle jakieś świsty, których zródła nie potrafił początkowo określić. Ale gdy
zauważył kątem oka, że leżący w pobliżu pies podniósł nagle tylną łapę, jakby Polował we
śnie na zające, a o dziesięć metrów dalej wyschnięta ziemia wystrzeliła w górę fontannami
kurzu, wcisnął się do swej nory jak żółw w skorupę. Dziennikarska ciekawość wzięła jednak
górę i po chwili znów wystawił głowę, aby zobaczyć, co się dzieje.
Na pole zaczęły spadać pociski z mozdzierzy, wzniecając potężne obłoki kurzu, które
przemieszczały się powoli z wiatrem. Pierwszy z wycofujących się żołnierzy był już całkiem
blisko i Causton widział jego rozdziawione usta i szeroko otwarte oczy. Słyszał też twarde
uderzenia butów o suchą ziemię. Był w odległości niecałych dziesięciu metrów, kiedy upadł,
rozrzucając na boki ręce i nogi, a gdy znieruchomiał, Causton zobaczył w tyle jego głowy
otwartą ranę.
Pędzący za nim żołnierz zmienił kierunek i biegł dalej, a jego nogi pracowały jak tłoki.
Przeskoczył Caustonowi nad głową i zniknął mu za plecami, gnany przerażeniem. Potem
pojawił się następny, i następny, i jeszcze wielu - wszyscy umykali w panice za drugą linię
obrony. Sierżant podniósł głos do krzyku, gdy w okopach dało się zauważyć nerwowe
poruszenie, jakby żołnierze szykowali się do ucieczki. Gdzieś w pobliżu rozległ się strzał.
 Zginiemy, jeśli będziemy uciekać i jeśli tu zostaniemy - w tym drugim przypadku trochę
pózniej , pomyślał Causton. Lepiej było nie ruszać się z miejsca - na razie.
Przez ponad pół godziny mijali ich wyzbyci bojowego ducha żołnierze, którzy ocaleli
z linii frontu. Niebawem Causton usłyszał dochodzące z tyłu pojedyncze strzały. Ocalałych
doprowadzano siłą do porządku. Spojrzał na pole, spodziewając się ataku armii Favela, nic się
jednak nie działo, poza tym, że ogień mozdzierzy na moment ustał, a potem zaczęły strzelać
od nowa, tym razem bezpośrednio w ich pozycje. W ciągu tych paru chwil, gdy znad pola
bitwy odpływał dym, Causton ujrzał dziesiątki rozrzuconych po polu ciał i usłyszał z kilku
miejsc stłumione krzyki i jęki.
Potem nie miał już nawet czasu o niczym pomyśleć, gdyż z nieba zaczął się sypać grad
stalowych pocisków. Przycupnął w swojej dziurze, wbijając palce w cuchnące odpadki, gdy
ziemia drżała i chwiała mu się pod nogami. Wydawało mu się, że mija cała wieczność, choć
pózniej doszedł do przekonania, że trwało to najwyżej kwadrans. Wówczas miał jednak
wrażenie, że nigdy się nie skończy.  Jezu Chryste! , modlił się w duchu.  Pozwól mi się stąd
wydostać .
Kanonada umilkła równie niespodziewanie, jak się zaczęła. Causton był oszołomiony
i leżał przez chwilę w swej dziurze, zanim zdołał podnieść głowę. Uczyniwszy to spodziewał
się zobaczyć pierwszą falę atakujących ich żołnierzy Favela, wytężył więc wzrok, by wyjrzeć
przez rzednące powoli obłoki kurzu i dymu. Ale w dalszym ciągu niczego tam nie było - tylko
puste pole i skurczone ciała.
Odwrócił powoli głowę. Blaszane rudery tuż za linią okopów zostały zniszczone,
niektóre całkowicie, a ziemia była poznaczona lejami. Dżip kapitana, pozbawiony wskutek
wybuchu tylnych kół, płonął jak pochodnia, a po nim samym nie było śladu. W pobliżu leżał
korpus jakiegoś mężczyzny - bez głowy, rąk i nóg. Causton pomyślał smętnie, czy to czasem
nie sierżant. Z trudem wyprostował obolałe nogi i uznał, że jeśli ma uciekać, nadeszła po
temu stosowna pora.
Z sąsiedniej dziury wyłonił się jakiś człowiek z twarzą poszarzałą od kurzu i strachu.
Miał szkliste, nieprzytomne oczy. Podzwignął się i zaczął się oddalać chwiejnym krokiem.
Jakby spod ziemi pojawił się sierżant i coś do niego krzyknął, żołnierz nie zwrócił jednak na
to uwagi, więc tamten uniósł karabin i strzelił. Uciekający mężczyzna upadł w groteskowy
sposób. [ Pobierz całość w formacie PDF ]