[ Pobierz całość w formacie PDF ]

 Co& ?
Podniosła rękę, dając mu znak, żeby umilkł. Znalazła odpowiednią stronę
w słowniku i zerknęła na folię po kiełbaskach, którą trzymała w ręce.
W końcu palec, którym sunęła po kartce, zatrzymał się, i zaklęła głośno.
 Co się stało?
Zdjęła okulary i spojrzała na skwierczące na patelni kiełbaski.
 To podroby.
  Pod co?
 Podroby! Te pyszne kiełbaski cumberlandzkie, które kupiliśmy! Są
zrobione z podrobów.
 Co takiego?!
 Wiedziałam, że coś z nimi nie tak, gdy tylko zaczęły się smażyć. 
Z wyrazem niesmaku na twarzy wyłączyła palnik pod patelnią.  Cholera
jasna! Czy choć raz coś mogłoby nam się udać?!
Paul ujął ją za ręce, które w desperacji zacisnęły się w pięści,
i przyciągnął do siebie.
 Mamy jeszcze pure ziemniaczane  podsunął. Starał się nie wdychać
woni dolatującej od strony kuchenki.
Lorna wydała jakiś odgłos, przytulając twarz do jego ramienia, ale nie
wiedział, czy był to szloch, czy parsknięcie śmiechem.
Tak wyglądał ich sylwester i wszystko wskazywało na to, że przyszły rok
nie będzie lepszy.
Stephanie rzuciła sukienkę na łóżko i ponownie zajrzała do swojej
przepastnej szafy. Na tym polegał problem. Miała dużą garderobę, ale
niczego, co nadawałoby się do włożenia.
Kilka par dżinsów, parę spódnic, jakieś topy, sukienka i żakiet. I to
wszystko. Zazwyczaj się tym nie przejmowała, ale tego wieczoru chciała
ładnie wyglądać  na przeprosiny.
Minęły już prawie dwa tygodnie od czasu, gdy straciła opanowanie wobec
Christiana, i wciąż nie potrafiła o tym myśleć bez wstydu. Spoliczkowanie
go, i to w obecności innych osób, było czymś niedopuszczalnym, nawet jak
na jej standardy i temperament. Zwłaszcza po tym wszystkim, co zrobił dla
niej i dla Chlo. A co gorsza, gdy tamtego wieczoru wróciła do domu,
zastała mleko w lodówce, chleb na stole i naprawioną okiennicę.
Miała straszliwe wyrzuty sumienia. Do tego stopnia, że omal nie odrzuciła
corocznego zaproszenia na sylwestra od państwa Dupuy. Wystarczającą męką
była dla niej dziewięciogodzinna kolacja, złożona z foie gras, ostryg i mięs
na zimno u gospodyni, która nie bardzo rozumiała, na czym polega
wegetarianizm. Jedynym takiego posiłku plusem było zazwyczaj to, że
madame Dupuy kupowała gotowe dania, więc coś, co uchodziło za
wegetariańskie, było przynajmniej jadalne i niespalone na węgiel.
Tego roku Stephanie jeszcze będzie musiała siedzieć naprzeciwko
Christiana ze świadomością, że skandalicznie się wobec niego zachowała.
Nie wiedziała, jak sobie z tym poradzi.
 Och, na litość boską!
Zniecierpliwiona własnym niezdecydowaniem, sięgnęła do szafy i wyjęła
z niej ciemnozieloną kwiecistą bluzkę, którą kupiła na targu w St. Girons
przed dwoma laty. Do tego para dżinsów i już.
Ubrała się szybko, żeby znowu nie ogarnęły jej wątpliwości, i pomyślała,
że jest żałosna. Przecież Christian w ogóle się nią nie interesuje. Nie
potrzebowała swojej cygańskiej intuicji, żeby to wyczuć. A gdyby jeszcze się
nie zorientowała, wystarczyły jej strzępy rozmowy Christiana z Vronique
w barze, gdy myśleli, że ona śpi.
Wpadł w popłoch na samą sugestię, że Stephanie mogłaby być dla niego
kimś więcej niż tylko przyjaciółką.
Uśmiechnęła się gorzko na to wspomnienie. Jeszcze rok temu byłaby
przybita jego reakcją. Słyszała krążące po gminie plotki o sobie i o nim,
i gdzieś w głębi duszy pragnęła, żeby były prawdziwe. Ale w ciągu ostatnich
dwunastu miesięcy zaczęła godzić się z myślą, że Christiana ciągnie do
kogoś innego. On sam nie zdawał sobie z tego sprawy.
Ale ona tak.
Uśmiechnęła się do siebie w lustrze i przesunęła palcami po włosach,
które kręciły się jeszcze bardziej niż zwykle.
Tak, była w szoku, gdy wreszcie się ocknęła i zrozumiała, gdzie jest jej
przyszłość. To jedna z zalet cygańskiego pochodzenia  że się wie o czymś, co
nie zostało powiedziane. Czuje się coś, czego inni nie czują. Jak dotyk starej
ręki, która głaskała ją uspokajająco po włosach, gdy Stephanie spała z głową
na stole, woń ognia i dawno wypitych drinków zmieszana z nieomylnym
ostrym zapachem wody kolońskiej, której nie czuła od pół roku.
Dzwięk bambusowych dzwonków wietrznych, które wisiały w ogrodzie za
domem, a teraz poruszyły się pod wpływem coraz silniejszego wiatru,
sprowadził ją do rzeczywistości. Czasami dobrze być o krok do przodu przed
wszystkimi  przyznała, przygotowana już do wyjścia, i wzięła z toaletki
kluczyki do samochodu.
 Wyglądasz super, maman!  Chlo stanęła w progu i uśmiechnęła się
z uznaniem. A potem zapytała z udawaną niewinnością:  Czy to nie
ulubiona bluzka Christiana?
Stephanie spojrzała na córkę, która miała w oczach diabliki.
 Naprawdę?  odparła tak samo niewinnie.  Nie miałam pojęcia!
Rozległ się dzwięczny śmiech Chlo, i nagle Stephanie w porównaniu z nią
poczuła się jak nowo narodzone dziecko. W żyłach jej córki też płynęła krew
Romów.
Annie Estaque i bez egzotycznego pochodzenia wiedziała, że zanosi się na
kłopoty. Wystarczyło, że spojrzała w niebo. Wdrapała się na stok za domem
i teraz stała na nim, zadzierając głowę i obserwując szybki przepływ chmur,
gnanych przez wiatr. W normalnych okolicznościach byłaby urzeczona
migotaniem gwiazd, które pojawiały się w górze i znikały, ale teraz skupiła
się na prognozowaniu pogody. [ Pobierz całość w formacie PDF ]