[ Pobierz całość w formacie PDF ]

potrafią pojąć najprostszych faktów.  Zostały jeszcze
jakieś ciastka?  zapytał, ruszając do swojego sank-
tuarium.
Cole chwycił brata za ramię i przycisnął go do
ściany. Wyglądał tak groznie, że Buddy poczuł lęk.
 Skąd wiesz, że się spózni? Co takiego zrobiłeś?
 zapytał Cole pozornie opanowanym głosem.
To, że Buddy wyciął jakiś numer, nie ulegało
wątpliwości. Cole znał go jak dziurawą kieszeń i nie
dał się zwieść jego niewinnej minie.
 Przecież było jasne jak słońce, że sam nie ruszysz
nawet palcem  oznajmił z wyrzutem w głosie Buddy,
odpychając od siebie Cole a.  Musiałem więc za-
działać sam. To wszystko.
 Powtarzam pytanie  wycedził zniecierpliwiony
Cole.  Co takiego zrobiłeś?
 Niewiele  odparł Buddy.  Wsadziłem jej do
torby moją komputerową grę. Tę ozamkui księżniczce.
Cole ze zdumienia otworzył usta. %7łeby nie trzepnąć
brata, uderzył się w czoło.
 Chyba nie...?  Urwał, bo ogarnęły go najgorsze
podejrzenia.
Case nie miał pojęcia, o czym rozmawiają obaj
Brownfieldowie. Szczerze powiedziawszy, do dziś
miał kłopoty z rozumieniem ich siostry.
 Nie kapuję  óswiadczył, spoglądając pytająco
na Morgana i Cole a.  Co to za problem z jakąś tam
grą? Przecież wszyscy mają gry.
 Chodzi nie o jakąś tam grę, lecz o grę autorstwa
Buddy ego  wyjaśnił wstrząśnięty Cole.  Jest wyjąt-
kowa. Wygląda jak urządzenie do zdalnego detonowa-
nia bomb. Pamiętasz, jak w zeszłym roku przyjechali-
śmy z opóznieniem do was, do Oklahomy? Spędziliś-
my wówczas kilka godzin w biurze ochrony lotniska,
usiłując wyjaśnić, że nasz brat jest tylko nieszkod-
liwym wariatem, a nie terrorystą.  Cole odwrócił się
nagle i walnął pięścią wścianę.  Buddy, na miłość
boską! Przez ciebie Debbie zostanie zaaresztowana!
Dlaczego to zrobiłeś? O czym wtedy myślałeś?
Buddy popatrzył na zebranych takim wzrokiem,
jakby miał do czynienia z ludzmi, którzy potracili
rozum. Zupełnie ich nie rozumiał. Dlaczego trafiła mu
się taka tępa rodzina?
 Myślałem o tobie, Cole  odparł z całym spoko-
jem.  O tym, że ją kochasz, ale jesteś głupi.
 Aha  mruknął starszy brat.
Nie miał nic do dodania. Poklepał delikatnie siost-
rzeńca po pleckach i powiedział:
 Charlie, było mi bardzo miło, że mogłem cię
poznać, ale teraz zmykam, bo muszę zdążyć na
samolot.
 Nie będzie jej na pokładzie  przypomniał mu
Buddy.
 Skoro tak, to Debbie nas zabije  mruknął ponuro
Cole i pognał w stronę wyjścia.
ROZDZIAA DWUNASTY
Gdyby ktokolwiek powiedział Debbie, że będzie od
czegoś uciekała, nazwałaby go fantastą. Tym razem
jednak nadeszła pora, by stawić czoło faktom, nawet
jeśli są bolesne. Cole być może ją kocha, lecz jej nie
ufa. A bez zaufania nie ma miłości.
Azy napłynęły jej do oczu, pękało serce. Ledwo
trzymając s/e na nogach, szła przez halę odlotów. Co
chwila ktoś ją potrącał, lecz nie reagowała. Było jej
wszystko jedno. Ucieczka z domu Cole a stanowiła
jedyne wyjście. Istnieje bowiem granica, do której zako-
chana kobieta może się poniżyć. Gdyby nawet rozstanie
się z nimmiało ją zabić, odleci najbliższym samolotem.
Ciażyła jej torba, więc poprawiła pasek na ramieniu.
Pozostałe torby nadała już na bagaż, ale taszczyła z sobą
pamiątki z Kalifornii, nie chcącpowierzyć ich tragarzom.
Czekała ją jeszcze kontrola bezpieczeństwa.
 Proszę położyć torebkę i podręczny bagaż na
taśmie  polecił funkcjonariusz, kiedy stanęła przy
bramce.
Spełniła jego polecenie i przeszła przez wykrywacz
metali. Przystanęła, by po drugiej stronie bramki
odebrać swoje rzeczy. Czekała zamyślona, ze wzro-
kiem wbitym w ziemię, gdy nagle rozdzwoniły się
alarmowe dzwonki.
Poczuła, jak funkcjonariusz chwyta ją za ramię.
 Przyślijcie ludzi z ochrony  rzekł przez krótko-
falówkę.  Mamy problem.
Ze zdumienia Debbie otworzyła usta. Po obu jej
stronach pojawili się nagle mężczyzni w mundurach.
Zabrali jej bagaż i na oczach wielu ludzi poprowadzili
w stronę pomieszczenia w części lotniska niedostępnej
dla podróżnych.
 O co chodzi?  spytała.  Nie rozumiem.
 Niech pani da spokój  mruknął jeden z ochro-
niarzy.  Wszystko wyjaśni pani z szefem.
Debbie wywróciła oczami. Spojrzawszy na zegar
wiszący na ścianie, uzmysłowiła sobie, że nie zdąży
już na samolot.
Całą drogę na lotnisko Cole jechał jak wariat. Na
dachu wozu umieścił koguta i błyskającymi policyj-
nymi światłami spędzał z jezdni Bogu ducha winnych
przechodniów. Jak na złość, na ulicach panował duży
ruch.
Za wszelką cenę chciał zaoszczędzić Debbie czeka-
jących ją przykrości. Był przekonany, że zostanie
zatrzymana.
Wreszcie ujrzał przed sobą pas wiodący do
lotniska. Zerknął na zegarek i westchnął ciężko.
Jest pózno. Cokolwiek miało się stać, już się
stało. Są tylko dwie możliwości. Albo sabotaż
Buddy ego spalił na panewce, albo Debbie za-
trzymały służby porządkowe. %7ładen z tych wa-
riantów nie wywoływał u Cole a specjalnego en-
tuzjazmu.
Zostawił samochód na parkingu. Jeśli już zdążyli
zamknąć Debbie, wiele czasu zajmie mu wyjaśnienie
całej tej kretyńskiej historii. Aż za dobrze pamiętał
niedawną podróż, kiedy cała rodzina musiała długo [ Pobierz całość w formacie PDF ]