[ Pobierz całość w formacie PDF ]

pokonać te piaski, ale taką właśnie drogę musiał
przebyć. Był pielgrzymem idącym do świątyni, by
ukorzyć się przed bogami i wybłagać spełnienie
swojej prośby.
Słońce minęło zenit, gdy dotarł do pobojowiska.
Pośród trupów uwijały się przejedzone sępy.
Potężnymi dziobami wykłuwały umarłym oczy,
gulgocząc z zadowolenia. Jutro, gdy je już
przetrawią, powrócą, by zająć się ciałami. Za parę
dni zostaną już tylko białe kości i nie sposób będzie
pośród zabitych odróżnić bojowników dobra od
wyznawców zła.
Sabat wlókł się między ciałami. Puste oczodoły
zdawały się śledzić jego ruchy, w powietrzu unosił się
zapach śmierci i rozkładających się trupów.
Pobojowisko rozciągało się poza zasięg wzroku,
nieubłagana śmierć skosiła wszystkich. Zauważył
przez sobą nagły ruch. Kilkaset metrów przed nim
stały jakieś ludzkie sylwetki. Cztery spoś-
143
ród nich pochylały się nisko oglądając ciała
pomordowanych
Owionął go nagły chłód i mimo upiornego gorąca
cały zadrżał Ruszył ku nim z poczuciem winy, które
kazało mu unikać ich spojrzeń Nie miał bowiem
prawa przebywać tutaj, przekraczać granice tej
ziemi bogów, gdy bitwa JU%7ł się zakończyła Ale me
dobiegła przecież końca odwieczna walka między
mocami dobra i zła, bitwa wygrana dzisiaj, jutro
może okazać się przegraną i tak to będzie przez
wieki
Ujrzał z bliska wpatrujących się wen ludzi Ich
spojrzenia były obojętne Trzech mężczyzn i kobieta -
w takim przynajmniej kształcie mu się ukazali
Odziani byli w płaszcze, kaptury naciągnęli na
głowy, mogli być pustynnymi wędrowcami, którzy -
tak jak on - natrafili na miejsce rzezi
- Przyszedłeś za pózno. Sabat - powiedział najstarszy
mężczyzna. Jego akcent nie przypominał mowy
żadnego żyjącego na ziemi ludu - Ten - i tak już
długi - dzień nieprędko się zakończy Zginęły tu
tysiące żołnierzy, ale me ma zwycięzców i
pokonanych. I tak będzie zawsze - wieczna walka i
wieczne cierpienie.
- Dlatego właśnie przybyłem, Panie Damballach -
rzekł Sabat pokornie. - Pozdrawiam ciebie i twoją
panią Aldę Ouedo Gdybym miał białego koguta i
kurę, ofiarowałbym ci je, ale wszędzie wokół widzę
tylko sępy
- Niech będą one - Damballach kiwnął ręką w
kierunku trójki swoich towarzyszy - Dziś jest środa,
mój dzień, dzień Damballacha. Możesz się także
zwrócić do Taty Legba, Dawcy Dogodnych
Sposobności oraz Mistrza de Carrefour, Władcy
Krzyżujących się Dróg. Spójrz, jak przyjmuje hołdy
nawet tu w tym kraju śmierci
144
Sabat popatrzył we wskazanym mu kierunku i ujrzał
prosty drewniany krzyż ponad dwumetrowej
wysokości, na którym wisiał wystrzępiony płaszcz i
resztki kapelusza. Władca Krzyżujących się Dróg,
był tu rzeczywiście obecny, lecz tego dnia to
Damballach, przywódca bogów Rady przewodził
obrzędom. Sabat miał szczęście. Innego dnia mógłby
się natknąć na bogów Rozkładu, a Baron
Zakrzywionej Szabli z pewnością nie przebaczyłby
mu zdrady. Pierwszej - na cmentarzu, i tej drugiej,
gdy wyrwał ciało Maurice Stortona spod władzy
Pana Cmentarza.
- Ryzykujesz duszą, Sabat - ostrzegł Damballach -
szaleńcem jest ten, kto ośmiela się przybyć na to
krwawe pole walki, z którego nie można uciec bez
pomocy panującego w danym dniu boga.
- Przybyłem, bo dziś jest środa - Sabat utkwił wzrok
w ziemi i obserwował skorpiona, umykającego pod
jakieś martwe ciało. - Nie zrobiłbym tego w innym
dniu. Przyszedłem prosić o twoją pomoc.
- Nawet Damballach jest teraz ostrożny, po tym, jak
zdradziłeś.
- Moja zdrada dotyka wyłącznie Barona
Zakrzywionej Szabli. Chyba nie będziesz mną
gardził za to, co uczyniłem bogu Rozkładu, twemu
wrogowi.
- Nie, lecz w tej odwiecznej wojnie między dobrem a
złem, nie mogę ufać zwykłemu najemnikowi. Chodzi
ci przecież o własne życie.
- Nie - Sabat wyprostował się dumnie - nie proszę o
ratunek. Ale jeśli umrę, dusza mego brata Quentina
odzyska wolność i połączy się z siłami bogów
Rozkładu. Tylko ratując mi życie, możesz temu
zapobiec.
- Jesteś sprytny, Sabat - na pergaminowej twarzy
6 - Cmentarne hieny
145
środowego boga pojawił się lekki uśmiech - ale jeśli
twoja dusza jest także duszą Quentina, skąd mogę
mieć pewność, że nie odpłacisz mi tak, jak Baronowi.
- Nie mogę złożyć takiego nierozważnego
przyrzeczenia i nie będę próbował tego robić -
odparł Sabat - Quentin jest silny. Mogę jednak
złożyć inną przysięgę tu, na tej skrwawionej ziemi.
- Szanuję cię. bo jesteś uczciwy. Lecz jaką przysięgę
możesz złożyć w zamian za swoje życie? Nie możesz
ręczyć za swoją duszę, gdyż nie jest ona w całości
twoja i po śmierci może powrócić do ciemności.
- Przysięgam - głos Sabata był donośny i czysty,
przekrzykiwał odległy grzmot zbliżającej się burzy,
która jeszcze tego dnia miała pogrzebać zabitych
pod pustynnym piaskiem. - Przysięgam, że w imieniu
Damballacha zabiję tego, który znany jest jako
Royston Spode, że zniszczę jego duszę, nim zdoła
opuścić ciało. Jeżeli zaś mimo wszystko zdoła mi się
wymknąć, podążę za nią do krainy ciemności i
schwytam ją jako dziką bestię.
Przez kilka chwil Damballach milczał, spoglądając
na Aidę Ouedo i pozostałą dwójkę, jak gdyby szukał
u nich rady. Potakująco skinęli głowami.
Damballach odwrócił się z powrotem do Sabata.
- Uczyniłeś straszliwy ślub. Będziesz musiał się z
niego wywiązać.
- Zlubowałem - Sabat mówił powoli, zniżając głos do
szeptu - że zniszczę łańcuch zła, który rozpoczął Wil-
liam Gardiner i który teraz trwa i działa w osobie
Roy-stona Spode. Jeżeli przegram, możecie mnie
zabrać.
- Nie - syknął Damballach - w takim przypadku nie
zabierzemy cię ze sobą, gdyż bogowie Rada nie będą
mieli z ciebie pożytku. Z pewnością bogowie
Rozkładu
146
pochwycą wtedy twą duszę i władca cieni w jakiś
straszny sposób odpłaci ci za wszystkie te razy, kiedy [ Pobierz całość w formacie PDF ]