[ Pobierz całość w formacie PDF ]

 No cóż, ten tego& Szatan nie będzie już szczekał. Nie będę go bowiem
tresował.  Starszy pan był oburzony napaścią na ulubieńca.  Stwierdzam jednak,
że to złe warunki akustyczne w hotelu zestresowały psa i stały się przyczyną
kłopotów.
Starszy pan nie dawał za wygraną. Jego niezadowolenie z zachowania
czworonożnego pupila przeobraziło się błyskawicznie w postawę roszczeniową
wobec hotelu. Z wypowiedzi Rudolfa Sokolskiego wynikało jasno, że to hotel jest
odpowiedzialny za hałasowanie yorka.
 Oczywiście, panie hrabio, ma pan rację.  Pokojówka dla świętego spokoju
przytaknęła gościowi.  A pieska proszę uciszać  dodała i zniknęła za drzwiami.
Senior rodu Sokolskich był zadowolony z wyniku przeprowadzonej rozmowy. Stał
pośrodku pokoju w skórzanych kapciach, w wytwornym kaszmirowym szlafroku,
spod którego wystawała jedwabna pidżama, i oglądał swoje odbicie w kryształowym
lustrze. Jak większość starych ludzi niestety nie czerpał z tego widoku zadowolenia.
Choć siwe włosy, gęste i sztywne, wciąż sterczały fantazyjnie wokoło pooranej
zmarszczkami twarzy, wydął usta z pogardą.
 Staruch  mruknął do swojego odbicia.  I w dodatku wredny. Ha, ha, ha 
wybuchnął paskudnym skrzekliwym śmiechem.
Wąskie usta z opadającymi kącikami i grymas niezadowolenia błąkający się po
twarzy wizerunku z lustra bez wątpienia zdradzały trudny charakter hrabiego. Jego
pojawienie się w Zamościu miało ważny powód. Dla wielu ludzi, jak zwykle,
zwiastowało kłopoty.
 Mamy tu ważną sprawę do załatwienia  przemówił starzec z powagą do psiej
miniaturki.  Zaraz obmyślimy strategię działania, a tymczasem napijemy się coli.
Ciepło dzisiaj, nie uważasz, piesku?
Hrabia Rudolf sięgnął po małą butelkę coca-coli, stojącą na szafce nocnej. Zdjął
zakrętkę i pociągnął ogromny orzezwiający łyk& Ostatni w swoim długim życiu.
Na oczach zdumionego psa wykonał cały szereg dziwnych, ekstatycznych ruchów
i w śmiertelnych konwulsjach runął na podłogę. Wił się jeszcze przez chwilę,
obwąchiwany przez piszczącego pupila, i skonał, tocząc pianę z ust  bezgłośnie,
z wytrzeszczonymi oczyma. Zdezorientowany pies usiadł obok ciała, w kałuży
z rozlanego na podłogę płynu, i stało się to, co było nieuniknione. Pochylił łeb, polizał
odrobinę cieczy, a potem znacznie mniej widowiskowo skonał obok swojego pana.
Przez okno hotelu Renesans do apartamentu numer trzy powoli wdzierał się mrok.
Spowijał ciemnością dwa trupy.
Kiedy rano obudził gości hotelowych krzyk pokojówki, jedno było pewne. Tuż
przed weselem rodzina Sokolskich znalazła się w potężnych tarapatach.
* * *
 O co chodzi, Józefo?  Barbara podniosła oczy znad  Tygodnika
Zamojskiego . Była niezadowolona, że przerwano jej przeglądanie miejscowej prasy.
 Pawełek przyszedł  oznajmiła gosposia.
 Jaki Pawełek?
 Kaliski, uczeń świętej pamięci pana profesora.
 To gdzie jest? Dlaczego Józefa nie prosi?  Zniecierpliwiona Barbara zerkała
w kierunku holu.
 Bo w mundurze przyszedł i mówi, że służbowo.
 I dlatego go Józefa przed drzwiami trzyma?  Starsza pani rozzłościła się.
 Skoro służbowo, to zapytałam się, czy nakaz ma, i kazałam czekać.
 Jezus Maria& Gdzie Józefa o czymś podobnym słyszała?
 W telewizji, w Komisarzu Aleksie.
 Skaranie boskie! A prosiłam Józię, prosiłam, żeby seriale przestała oglądać
i zajęła się czymś pożytecznym.  Barbara poderwała się z kanapy i ruszyła
w kierunku drzwi.  Naszych młodych gości trzeba zaraz prosić do salonu, bo
Klarcia i Paweł z dzieciństwa się znają. Kawę i herbatę też proszę podać i nikogo
więcej nie obrażać, że tak powiem  strofowała gosposię.
Niespodziewana wizyta spowodowała w mieszkaniu przy ulicy Staszica chwilową
panikę. Za plecami Barbary, która wprowadzała policjanta do salonu, zakotłowało się.
Domownicy biegali bez celu i wpadali na siebie. Po powitaniu i prezentacjach, kiedy
na stole pojawiły się ciasteczka miodowe Józi, zebranych ogarnęło zakłopotanie.
O powód niezwykłej wizyty zapytała gospodyni:
 Nie wiedziałam, że jesteś oficerem, Pawełku. Nigdy dotąd nie widziałam cię
w mundurze  zagadnęła kurtuazyjnie.
 Jestem komisarzem dochodzeniówki.  Policjant uśmiechnął się.
 Dochodzeniówki? To znaczy, że co?  Barbara zmarszczyła czoło.
 Pracuję w wydziale kryminalnym, pani profesorowo  wytłumaczył uprzejmie
gość.
Barbara zaniepokoiła się.
 Policja kryminalna? I przyszedłeś do nas służbowo?
 Mamy śledztwo z udziałem turystów z Anglii. Dzisiaj w południe odebrałem
wiadomość z Londynu, że Klara jest agentką Interpolu, psychologiem policyjnym,
i że jest w Zamościu. Gdyby zgodziła się obserwować przesłuchania, mielibyśmy
bardzo ułatwioną sprawę.  Paweł Kaliski patrzył pytająco to na Klarę, to na
Jorgosa.
Klara nie odezwała się słowem, Jorgos przeciwnie.
 Jesteśmy tutaj prywatnie i na wakacjach. Nie mamy ochoty uczestniczyć
w żadnych przesłuchaniach.  Mąż Klary zaczął nerwowo przemierzać pokój.
 Zamierzamy odpocząć, więc chcemy się trzymać jak najdalej od takich sensacji.
 To zrozumiałe, że nikt nie chce sobie psuć urlopu, ale państwo i tak jesteście
zamieszani w tę sprawę.  Policjant uważnie przyglądał się rozmówcom.
 Jak to?  zdziwiła się Klara.
 A cóż to ma znaczyć?  Twarz gospodyni poczerwieniała z gniewu.
 Wczoraj wieczorem w apartamencie hotelowym zakończył życie hrabia Rudolf
Sokolski. Miał prawie osiemdziesiąt lat. Wszyscy państwo, o ile mi wiadomo,
jesteście gośćmi zaproszonymi na ślub jego krewnego, Adam Sokolskiego. [ Pobierz całość w formacie PDF ]