[ Pobierz całość w formacie PDF ]

ciepły raj kolejnych posiłków i zimnej wódki, obity drewnopodobną sklejką i
zarośnięty paprotkami; Irena Santor z miniwieży telewizor z wyłączonym głosem,
ciężki, drewniany stół, oranżada, chrupki kukurydziane i krótkie, pięciocentymetrowe
szlugi. Raj uszykowany dla gościnnych wędrowców przez Polskę B. Prawda, jątrząca
się pod powierzchnią ulotek agroturystycznych gospodarstw; ale też trochę inny rodzaj
prawdy niż ta z interwencyjnych reportaży o głodujących rodzinach.
Prawda o dobrym domu, z portretem Jezusa na ścianie i specjalnym tapczanem
dla nieproszonych gości.
Kaśka siedzi obok pani Elżbiety - ta mówi coś do niej cicho, głaszcze ją po
włosach, Kaśka lekko się uśmiecha, bierze jej dłoń do ręki, jakby miała przeczytać jej
linię życia, rysuje jej coś w powietrzu, i mówi, przysunięta do niej bardzo blisko. I tak
jakbym widział między nimi setki drobnych siatek - jakaś przedziwna, teatralna scena
kobiecego nauczania. Próbuję złapać wzrok którejś z nich przez własne zlepione
powieki, których nie rozkleił nawet prysznic. Próbuję, ale wokół głów wirują im
czerwone napisy - zakaz wstępu, to babska impreza.
Wiktor gra w karty z wąsaczami na pięciozłotówki i chyba wygrywa, a każdą
licytację figur podkreśla wstawaniem, klaskaniem w dłonie, wrzaskami, oblewaniem się
piwem i przytulaniem się do zmęczonych przeciwników.
- Też mam nadopiekuńczą matkę - mówię do Aukasza. - To znaczy, ona
strasznie się mną stresuje, tym, co robię, tak jakby cały czas ma odjebkę, żeby mi się
nic nie stało, żebym siedział w domu...
- To się wyprowadz, to jedyne wyjście - mówi Aukasz; ma twarz, która
przypomina upieczoną z dobroci bułkę, do której alkohol wstrzyknął jednak trochę
krwi. Prawi mi dobre rady jednostajnym głosem telefonistki, wykonując tak samo
zapętlony gest lewą ręką, w której trzyma cienkiego, miętowego szluga. - Mówię ci,
moja to się chciała leków nawpierdalać. Ale wyluzuj, nic takiego się nie stanie, trochę
poskrzeczy. Przecież ty cierpisz, stary Ty nie możesz mieszkać ze starymi. To cię
zabije. Rozkręć, kurwa, jakiś biznes, wynajmij chatę i się wyprowadz.
Nie wiem, czy traktować to jak próbę psychologicznej pomocy, czy jak
najebane memłanie, które przecieka mi przez uszy, wpadając w powietrze.
Chyba jak to drugie - kurwa, kim on jest, pomimo tego uśmiechniętego precla
na ryju, żeby mówić o mojej matce? Wiktor chyba wygrywa w karty, wznosi w
triumfalnym geście pięści - w porównaniu z kompletną obojętnością jego
przeciwników, którzy miętoszą karty w dłoniach, próbując z nich wywróżyć natężenie
jutrzejszego kaca, odczytać jutrzejszy wskaznik pH dla wygrzanej mordy. Wygląda to
komicznie - jak triumf dzieciaka, który wygrał sam ze sobą w szachy.
Nie ma Kaśki i pani Eli. Zastanawiam się, gdzie zniknęły, wymknęły się, gdy
zauważyły, że mam już partnera do rozmowy, pani Ela porwała ją, aby uknuć w
tajemnicy przede mną jakiś oszalały spisek, uciec stąd w przyczepie kempingowej albo
pooglądać na video stare odcinki Matek, żon i kochanek, cokolwiek, Kaśka została mi
skradziona, Boże, może ona teraz jest w piwnicy, przywiązana do łóżka, a ktoś włącza
już kamerę i mówi  co wy jej daliście, nembutal? Trzeba dosmarować kremem, od
nembutalu schną śluzówki. Wszystkie śluzówki". Stop, stop, koniec paniki.
- Wiesz, ludzie różnie nas oceniają - na chwilę wracam do dzwiękowej
transmisji Jacka, który siedzi z szeroko rozłożonymi nogami, jaja wypychają mu zbyt
ciasne dżinsy, a nadmiar browarów i wódki powoduje, że jego skóra dostała jakiegoś
poważnego wylewu.
- Widzisz, bo to jest ta pierdolona polska moralność - mówi dalej. Nie wiem po
co, przecież go nie atakuję, ale to chyba jakiś specjalnie przygotowany na wódkę z
kimś nieznajomym zestaw słów.
- Dymanie pod kołdrą, po ciemku, wiesz, w niedzielę do kościoła, zakrywanie
dzieciom oczu jak się suszą majtki na kaloryferze, a z drugiej strony wiesz,
szesnastoletnie ciąże, siedemnastoletnie śluby. I ludzie chodzą sfrustrowani, wiesz, nie
wiedzą co ich naprawdę cieszy, nie umieją dopasować się siusiakami.
Dopasować się siusiakami? Ty nasiąknięty wódą pomorski królu kamasutry, za
dziesięć minut zaczniesz mi mówić ile pękło na tobie w życiu kondomów. Uciekam
stąd, uciekam do lodówki, a tak naprawdę uciekam poszukać Kaśki. Nie wiem czemu,
ale tak naprawdę dyskretnie się cieszę, że uprowadziła ją ta porno-sklepowa matrona;
może ta gorzka, ale silna kobiecość wpompuje w nią trochę racjonalności, może mi
wybaczy, bo przecież kobieta znajduje sens życia w momencie, gdy uświadomi sobie,
że każdy koleś to pokaleczona niedorajda, kundel ze ślimakiem, że jej karma to bycie
wieczną mamą. %7łe ucieczki się wybacza. %7łe liczy się to, jak się starasz.
Muszę iść do lodówki po piwo.
Przemykam się przez zawalony butami przedpokój, zahaczając o kibel; kuchnia
nie ma drzwi, ale nie mogę zauważyć co jest w środku, światło jest wyłączone, i tylko
lekki odprysk księżyca odbija się na blado-metalowych drzwiach lodówki. Słyszę za to
głosy dwa kobiece głosy, jak w bajce - stary i młody głos, razem wiją się ze sobą jak
szepty wiedzm, i przypomina mi się bajka o okrętowym chłopcu, który urodził się w
niedzielę, i mógł usłyszeć, jak rozmawiają żony marynarzy, które śledziły statek pod
postacią wron.
Przystawiam ucho do ściany, przyklejam się do niej, jak w jakiejś grze, w której
musisz niezauważony przemknąć się do bazy terrorystów.
I słyszę o czym rozmawiają.
- Więc to nie jest twój chłopak? - starszy głos.
- Nie. Ale pojechałam z nim na wakacje. Strasznie go lubię, jest jakiś taki...
dziwny. Nigdy nie poznałam nikogo takiego. Ale czasami mnie denerwuje. Na
przykład to, co powiedział z tym bratem... Po co? Mnie doprowadza do wściekłości
taka troska.
- To normalne w tym wieku.
- Dla pani to wszystko jest normalne.
- No niestety, uwierz mi, jest.
Polopirynowy żylasty śmiech. Mikroszczęk pozłacanych pierścionków. Trzask
włosów, które od kolejnych trwałych są jak wata szklana. Nie widzę tej kobiety, ale
materializuje się przede mną teraz jak błazen w jakiejś komputerowej gierce,
informujący, że właśnie spieprzyłeś przedostatnią planszę, przygniotły cię kamyczki,
gdy pełzałeś po diamencik kuleczko, a to jest ruska pikawka z rynku na cynowe
baterie i dzieli ich jeszcze z dwadzieścia lat od wynalezienia opcji  save game".
- A nie zakochałaś się w nim? Ani trochę?
- Nie wiem. To on się we mnie strasznie zakochał. A ja chciałam uciec na
chwilę od rodziców.
- Czemu?
Wwiercam wzrok w ciemność i widzę dwa cienie, które są tak blisko siebie,
wywalam oczy aż bolą, aż pieką oczodoły, i widzę tylko zamazany, niewyrazny ruch.
Głaskanie. Głaszcze ją, a spod puchatych włosów Gamecube Girl lecą elektryczne
iskry, widzę, jak ten miękki i gęsty puch kruszy ta strzaskana i skurczona od
detergentów skóra. Ta kobieta stoi za ladą, w której niczym stare kotlety w barze
dworcowym są powystawiane moje pragnienia, marzenia i potrzeby, i mówi:  niestety, [ Pobierz całość w formacie PDF ]