[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Płakał z przerażenia i bólu, a stwór, ożywiony tym samym lękiem, miotał się między linami jelit i
balonem żołądka. Dłonie rozpaczliwie naciskały na to coś twardego i ostrego, co napierało na skórę
od wewnątrz.
- Pomocy! - jęczał Nataniel, ale z posiniałych warg wydobywał się tylko chrapliwy wrzask.
A w głowie huczał wodospad szaleństwa.
Brzuch nadął się jak przepełniony bukłak. Coś wewnątrz wpadało w coraz większą panikę. Teraz
szarpało i kopało wściekle, straszne jak małe tornado.
Ból nie miał już znaczenia. Nataniel wył potępieńczo ze strachu.
I nagle napięta skóra pękła. Nie było już lęku, nie było cierpienia. Wszelka udręka zniknęła. Został
tylko przenikliwy smutek.
Między drżącymi, umazanymi posoką palcami pojawiła się obła, podłużna główka. Czarne oczy
były wilgotne, błyszczące jak szkło. Małe, kosmate uszka przypominały dwa zwiędłe listki.
Patykowate nóżki zamachały rozpaczliwie i z krwawej szczeliny w brzuchu wyłonił się cały tułów
noworodka.
Mokre i drżące zrebię zsunęło się ciężko na ziemię. Było maleńkie jak zabawka i bardzo słabe.
Pożłobione żebrami boki unosiły się w spazmatycznym oddechu. Małe kikuty zredukowanych jak u
kurczaka skrzydełek poruszały się nerwowo. Już na pierwszy rzut oka było widać, że nigdy nie
rozwiną się na tyle, by porwać zwierzę w powietrze.
yrebię było kalekie.
Dyszało z wysiłku, próbując dzwignąć się na nogi. Kopytka rozjeżdżały się, ślizgały na mokrej
ściółce. Nad suchymi listkami uszu zbierał się już rój much zwabionych zapachem potu i krwi.
Ale zrebię nie ustępowało. W rozpaczliwym akcie desperacji, z rozwartym w niemym kwiku
pyskiem, poderwało się wreszcie z ziemi. Stało, dygocząc, na szeroko rozstawionych, pajęczo
cienkich nogach. Wilgotne, onyksowe oczy szkliły się niczym od łez.
Nataniel przygryzł wargi i spróbował odwrócić głowę, lecz zabrakło mu sił. Musiał patrzeć, jak
mały, kaleki pegaz, kulejąc, odchodzi w las.
Zabierał jego niespełniony talent, jego nienapisane wiersze, zmarnowane marzenia,
sprzeniewierzone idee, głupią, szczeniacką śmierć, żałosne lęki, niepotrzebne wahania. I potworną
winę, niezawinioną, lecz nieprzebaczoną, nie do zmazania, nie do odpokutowania, nigdy. Zbrodnię
głupoty i strachu.
A wtedy przybyły upiory. O tak, teraz dobrze je sobie przypominał.
Wszyscy przyszli, nie zabrakło nikogo. Patrzyli na niego poważnie, z wyrzutem, choć bez
nienawiści, której tak się obawiał, a teraz przyjąłby z ulgą. Bo tak było jeszcze gorzej, jeszcze
straszniej. Nie do zniesienia.
Zajęczał z rozpaczy, zasłonił dłońmi oczy, ale oni wciąż tam byli, po drugiej stronie rzęs.
Najbliżej stał Mirek, pseudonim Skała, drobny, trochę nieśmiały chłopak, strzelec wyborowy.
Trudno go było poznać, bo zmasakrowana, opuchnięta twarz wyglądała jak czarno-sina gąbka. W
lewej dłoni, przypominającej fioletową, podartą rękawicę trzymał nieodłącznego peta. Prawa
zwisała luzno niczym szmata.
Obok Stefan, zwany Miśkiem. Blady jak wapno, z krwawymi smugami na policzkach i wielkimi
rdzawymi plamami na wystrzępionym mundurze.
Jasiek, w oddziale Scewola, bo w powstaniu butelka z benzyną poparzyła mu ręce. Cały we krwi,
z wąskim, arystokratycznym nosem rozbitym teraz na miazgę. Z ochłapami czerwonego mięcha
zamiast dłoni, milczący, choć zawsze tak gadatliwy.
I Julian Zadora. Czarny. Teraz raczej siny i brunatny od krzepnącej posoki. Tak skatowany, że nie
ustałby na nogach, gdyby nie był widmem. Ale wciąż z tym lekko drwiącym uśmieszkiem zawadiaki
na rozbitych ustach.
Jego przyjaciel.
Jego brat.
Jego dowódca.
Upiór.
Nataniel czuł, jak łzy rodzą mu się pod powiekami, spływają po policzkach, żrące niby kwas.
Wiedział już, kto teraz wysunie się z mgły pamięci.
Wieśka. Aączniczka. Pseudonim Słonko. Wesoła jak skowronek dziewczyna o buzi dziecka i
najpiękniejszych oczach, jakie w życiu widział. Spoglądała na niego ze smutkiem, jednym ocalałym,
straszliwie zapuchniętym niebieskim ślepkiem, bo drugie, martwe, tkwiło w czarnym strupie
oczodołu nieruchome, zamknięte okno na świat. Spróbowała się nieznacznie uśmiechnąć popękanymi,
zakrwawionymi ustami, jakby chciała powiedzieć:  Hej, Braciszku. Nie martw się. Będzie dobrze .
Jak zawsze, kiedy był smutny.
I wtedy serce mu pękło. Rozsypało się na kawałki ostre jak szkło.
Bo taki miał pseudonim.
Brat.
Kain.
Zabójca.
Płakał. Płakał straszliwie, wstrząsany głębokimi, rozpaczliwymi spazmami, płakał jak nigdy w
życiu, bo zrozumiał nagle, że niczego już nie zmieni, niczego nie wytłumaczy, nie wyjaśni. Nie dane
mu będzie prosić o wybaczenie, nie otrzyma nigdy łaski wyznania win. Bo tak naprawdę ich tu nie
było. Znajdowali się Bóg wie gdzie, w jakimś Raju czy Hadesie, dawno już martwi, daleko, bardzo
daleko stąd. Niedosiężni. Przywołani z jego wspomnień i koszmarów mocą Czasu Mgieł. Nigdy nie
spojrzy im w oczy, nie usłyszy ich głosów. Są tylko emanacjami umysłu, zwidami pamięci, z którymi
będzie musiał się mierzyć wciąż na nowo, nieustannie, gdy tylko nadciągną blade opary znad lasu.
To właśnie oznaczał Czas Mgieł. Konieczność konfrontacji z najstraszniejszymi popełnionymi [ Pobierz całość w formacie PDF ]