[ Pobierz całość w formacie PDF ]

chod kiedyś chwalił jej się prawem jazdy i tym, że ojciec pożyczał mu czasem rodzinnego wychuchanego
opla astrę. Ciekawa była, jak prowadzi, ale w popołudniowym korku na Puławskiej nie miała szans się
tego dowiedzied. Włączył radio, jakąś rockową stację. Z czterech głośników sączył się jeden z nowszych
kawałków U2: Vertigo. Obserwowała zza okularów słonecznych jego profil: skupione na drodze
spojrzenie, prawą dłoo spoczywającą niemal bez przerwy na dzwigni zmiany biegów. Tuż obok radia w
uchwycie połączonym z ładowarką tkwił telefon, identyczna złoto-czarna nokia jak Krzyśka. %7ładnych
bajerów, aparatów cyfrowych, kolorowych wyświetlaczy - klasyczny, porządny telefon biznesmena. W
pewnym momencie nokia wydała z siebie cichutki pisk. Marcin uśmiechnął się przepraszająco.
- Oficjalnie jestem w pracy, niektórzy klienci nie uznają przerwy obiadowej.
Jednak kiedy odebrał telefon, zaczął od:
- Cześd, skarbie.
- Tak, pózno - ciągnął dalej. - Przepraszam cię, ale jadę na spotkanie. Nie, nie wiem kiedy. Nie czekajcie z
obiadem. Coś ci przywiezd czy mama wyjdzie na zakupy? Aha. Tak, lez i odpoczywaj. Pa.
- Paula leży? - spytała Teresa, gdy skooczył rozmowę.
- Tak, do odwołania - skrzywił się niechętnie. - Jakieś tam łożysko. Podobno grozi komplikacjami, więc
leży, aż się podniesie czy przeniesie. Nie wiedziałem, że ciąża to tyle problemów - obrzucił ją uważnym
spojrzeniem. - Pamiętam, że ty w ciąży żyłaś zupełnie normalnie, prawda?
- W pierwszej tak. Widzieliśmy się wtedy kilka razy. Miałam szczęście. W drugiej ciąży też leżałam,
nawet miesiąc w szpitalu. Wiesz, zadzwonię do Pauli może jutro spróbuję ją pocieszyd.
- Wiesz, ja chyba nigdy nie zrozumiem was, kobiet powiedział w zamyśleniu. - Jak wy możecie się
zaprzyjazniad w takiej sytuacji?
- lubię ją - odparła Teresa po prostu. - Jakoś ją polubiłam, sama nie wiem kiedy. Ty i mój mąż też
rozmawiacie, zamiast rzucid się na siebie z pięściami.
Potrząsnął głową i roześmiał się.
- Nie, my to zupełnie co innego. My właśnie rozmawiamy, zamiast się bid. Nigdy was nie zrozumiem,
Paula bez przerwy o tobie opowiada: Teresa to, Jaś tamto. I podobno nawet postawiłaś jej karty?
- Nie ja - odpowiedziała. - Agata, moja znajoma. Ja już prawie nie pamiętam kart, nie dotykałam mojej
talii od urodzenia Marysi. Boję się.
- Szkoda... Ciekawe, co karty powiedziałyby o nas -powiedział. - Jeszcze pamiętam, jak wywróżyłaś mi
kiedyś blond żonę z innego miasta...
- Dawne czasy - ucięła. Dojechali do centrum. Marcin powoli wprowadził samochód na wielopoziomowy
parking na tyłach hotelu Forum. Kiedy wysiedli, spojrzeli na siebie.
- Dokąd idziemy? - zapytała.
- Najpierw na jakąś kawę, a potem gdzieś, gdzie będziemy sami? - powiedział prawie pytająco.
Kiwnęła tylko głową, bo nie potrafiła nic odpowiedzied. To była propozycja. Odrzucenie jej teraz byłoby
odrzuceniem go na zawsze, a tego by nie zniosła. Była już prawie zdecydowana wreszcie zerwad tę
maskę, którą zawsze wkładała dla niego - raz się odsłonid nawet za cenę upokorzenia.
Usiedli w pubie Patrick's tuż obok parkingu, po dwóch stronach ciężkiej, typowo piwiarnianej drewnianej
ławy -tak wąskiej, że ich kolana zetknęły się ze sobą. Nie cofnęła nóg, czuła bijące od Marcina przyjemne
ciepło, spojrzała na niego ponad świeczką płonącą w szklanym lichtarzyku na środku ławy.
- Wiesz, sam w to nie wierzę - powiedział powoli. -Nigdy nie spotykałem się z byłymi dziewczynami...
To znaczy z Agnieszką właściwie nigdy. Ale kiedy tak siedzimy, wydaje mi się, jakbyśmy się nigdy nie
rozstali.
Ujął jej dłoo w swoją i delikatnie pogładził palcem jej grzbiet - przesuszoną skórę i kilka wystających
błękitnych żyłek, których nie było kilka lat wcześniej.
- My się prawie nie znamy... - powiedziała z wahaniem. - Czuję się tak, jakbym cię jednocześnie
świetnie znała i jakbyś był zupełnie obcy. Czytałam twoje artykuły w gazetach, w Internecie. Są
błyskotliwe. Mało z nich rozumiem. Przez te lata stałeś się kimś innym.
- Chciałbym cię poznad na nowo - odpowiedział po prostu. - %7łebyśmy mieli szansę poznad się jeszcze
raz, teraz, kiedy już dorośliśmy, i przekonad się, co właściwie było między nami.
Nie powiedzieli sobie wiele więcej, wypili po kawie i wyszli z powrotem na ulicę. Przeszli kawałek
%7łurawią i weszli w jedno z podwórek.
- Co to za miejsce? - spytała Teresa.
- Znajomy ma tu biuro tłumaczeo, zamyka je o szesnastej i idzie do domu. Był mi winien przysługę, więc
poprosiłem go o klucze.
Weszli na czwarte piętro po wyślizganych marmurowych stopniach i otworzyli solidne drzwi
antywłamaniowe. Za nimi znajdowało się niewielkie, zagracone biuro - w jednym pokoju biurko z
komputerem, w drugim jeszcze dwa biurka i dwa fotele, na ścianach półki pełne słowników,
segregatorów, w przedwojennych oknach białe żaluzje.
Usiedli w dwóch podniszczonych skórzanych fotelach, które ustawili naprzeciwko siebie, bardzo blisko.
Faks stojący w kącie na biurku ze zgrzytem wypluwał z siebie rolki zadrukowanego papieru. Włączyli
stojące na regale radio, żeby zagłuszyd ten dzwięk. Gdy radio wybuchło Madonną czy Anastazją,
przyciszyli je. Znowu zapadło milczenie. Tym razem jednak nie dzieliło, a łączyło. I już po chwili całowali
się.
Teresa zdała sobie sprawę, że było inaczej niż kiedyś, Teraz całował ją trzydziestotrzyletni mężczyzna,
bez pośpiechu dwudziestolatka, bez tej nieporadności, która ją kiedyś urzekła. Teraz był spokojny,
zdecydowany. Pocałunek trwał długo. Zamknęła oczy i przesunęła dłoo po jego skroni, po włosach nadal
gęstych i lekko falujących. Poczuła dotknięcie jego dłoni na policzku, palce zsunęły się na szyję, dekolt.
Zabrakło jej tchu, odsunęła się.
- Co się stało? - zapytał.
- Muszę... musimy się najpierw poznad na nowo -szepnęła. - Teraz to jak z kimś obcym, nie potrafię tak...
- Ale jest tak samo jak kiedyś, prawda?
- Prawda... tak, przyciąganie jest takie samo - roześmiała się nerwowo.
- Dobrze. Nie ma pośpiechu. Możemy się poznawad na nowo, rozmawiad. Ale możemy też się całowad
jak kiedyś? [ Pobierz całość w formacie PDF ]