[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Sens tego zdania nie od razu dotarł do świadomości Erika.
- Nie! - Był przerażony i zgorszony. - Oni potępiają przemoc, a już na pewno morderstwo!
- No cóż, chłopcze, nie będę ci teraz tego tłumaczyć. Widzę, że twoja przestrzeń odniesienia
nadal ograniczona jest tym, czego nauczyłeś się w szkole. - Ciemny elf patrzył z drwiącą miną. -
Ale nawet gdyby świat rzeczywiście przestrzegał zasad i korzystał wyłącznie z Epica, w co
wierzysz, jest jedno, a nawet dwa ważne pytania, z którymi cię zostawię. Zastanów się, jak
największe szychy z Biura Alokacji wywalczyły sobie miejsce w komitecie. I jak byś przejął
władzę, gdybyś tego zapragnął.
Zanim Erik zdążył sformułować w myślach odpowiedz, elf zniknął.
Cindella prędko pogalopowała do miasta. Zachodzące słońce świeciło jej w oczy. Erik nie
chciał odłączać się na bezludziu, ale czy w mieście będzie bezpieczniej? Być może nie. Być
może nawet w tej chwili śledził go niewidzialny zabójca, nasłany przez Biuro Alokacji. Cindella
zatrzymała wierzchowca i zdjęła prawą rękawiczkę.
Rozpłynęły się niebieskozielone fale światła, ukazujące świat w jego prawdziwej naturze:
lisa przedzierającego się gorliwie przez chaszcze, ślad tropionej przez niego kuropatwy, śmigłe
loty jaskółek w oddali. Jeszcze dalej z prawej strony wiła się w lesie osobliwa srebrzysta
ścieżka, prowadząca do połyskliwych lustrzanych drzwi. Ale wrogów nie było.
Postanowił jak najszybciej spotkać się z przyjaciółmi i przekonać ich, żeby nie zaniedbywali
środków ostrożności.
16
Aapówka
Nadbrzeżnymi dróżkami z Osterfjordu do Nadziei posuwało się wesołe towarzystwo,
złożone z kilku rodzin. Rolfsonowie podróżowali otwartym wozem: Rolfson i jego żona
Siggida z przodu, Bjorn i Injeborg z tyłu. Koło nich Freya i Erik prowadzili Lebana, który w
jukach po dwóch stronach grzbietu dzwigał ich najlepsze ubrania. Tuż za nimi na dróżce D.E. i
jego siostra Sigrid jechali na jednym koniu, podczas gdy ich rodzice szli pieszo obok nich.
Nawet stary Irnsvig wybrał się w tę podróż na furmance, którą powozili jego synowie.
W drodze starsze pokolenie śpiewało i mimo wczesnej pory z rąk do rąk przechodził
ozdobny róg z pitnym miodem.
Kilka mil przed Nadzieją ścieżka wspinała się wśród skalistych zboczy na wzgórze, na
którym zbudowano miasto. Promienie słońca, odbijające się mętnym blaskiem od baterii
słonecznych na dachach liceum rolniczego i biblioteki, nagle zgasły, gdy cień górnego miasta
osnuł dolne. Dzieciaki z żółtych domów z suszonej cegły pędziły im na spotkanie; jedne
patrzyły płochliwie, z wytrzeszczonymi oczami, drugie zaś, odważniejsze, krzyczały i pociągały
za ubranie nieznajomych.
- Proszę pana, naprawdę zabił pan smoka?
Erik uśmiechnął się, gdy nazwano go  panem". W oczach siedmiolatka rzeczywiście mógł
być dorosłą osobą.
Wjeżdżając na główną drogę prowadzącą do miasta, ciągnęli już za sobą nie lada procesję.
Koniom i osłom dla ozdoby zarzucono na szyje wieńce: róże starannie odarte z kolców i
łańcuchy stokrotek uplecione z tysięcy drobnych kwiatków.
Kiedy przybyli do najstarszej i najzacniejszej części miasta, ujrzeli wielki transparent,
rozpięty między dwoma budynkami: WITAMY SMOKOBJCW! Farba odrobinę rozmazała
się w druku, więc pod każdą literą były zacieki. Przez to napis zdawał się krwawić.
Naczelnik okręgu Nadzieja, entuzjastycznie machający rękami, już czekał, żeby ich powitać.
Ujął za uzdy konie Rolfsona, co sprawiało wrażenie, jakby przeciągał procesję na główny plac.
Kiedy tam przybyli, zgotowano im gorącą owację. Na drewnianej estradzie, którą zwykle
rozkładano z okazji ważniejszych świąt, zebrał się spory tłum ludzi, których do tej pory
zabawiał cyrkowiec żonglujący zapalonymi żagwiami.
- Pierwszy raz w życiu widzę takie tłumy - powiedział Erik, odwracając się do matki.
- Ludzie musieli się zjechać ze wszystkich stron, także z innych okręgów - odpowiedziała z
pewnym podziwem w głosie.
Piątce smokobójców utorowano przejście do naczelnika, Thorsteina, dyrektorki liceum oraz
napuszonej osobistości na estradzie. D.E. dobrze się bawił: śmiał się i żartował z kolegami,
którzy czekali ściśnięci pod estradą. Pozostali czuli skrępowanie, ale i oni nie umieli
powstrzymać się od uśmiechu, widząc wokół siebie tyle przyjaznych, wesołych twarzy.
- Halo! Czy to jeszcze działa? Halo! - Naczelnik mówił do małego urządzenia, które trzymał
w dłoni. Dzięki temu jego głos popłynął z głośników rozmieszczonych na dachu biblioteki i
rozległ się wyraznie na całym placu. - Szanowne panie i panowie, mieszkańcy okręgu Nadzieja
oraz wy, sąsiedzi. Jeszcze nigdy w historii tak małemu okręgowi nie dopisało tyle szczęścia.
Mamy u siebie pięcioro smokobójców! To wiekopomna chwila i zarazem zapowiedz nowych,
pomyślnych czasów dla nas wszystkich! - Owacje, którymi nagradzano każde zdanie, były
powściągliwe, ponieważ nie darzono zbytnią sympatią osoby odpowiedzialnej za przymuszanie
farmerów do zdawania zakontraktowanych produktów. - Pozwólcie jednak, że honorowym
przewodniczącym tych uroczystości będzie ktoś godniejszy ode mnie, jeden z ostatnich wielkich
smokobójców, Svein Rudobrody z Bluevale!
Teraz owacje były już ciepłe i gromkie.
- Pozdrawiam was w dniu tak uroczystym! - Starszy mężczyzna poruszał się po estradzie
pewnym krokiem, obserwując zebrane tłumy. - W całych dziejach Epica tylko dwa razy udało
się zabić smoka. I mam wrażenie, że najlepiej nadaje się do tego młodzież. Ta historia jest
wszystkim doskonale znana, więc nie pominę milczeniem faktu, że upłynęło czterdzieści lat,
odkąd z przyjaciółmi wyruszyłem przeciwko Czarnemu Smokowi. I muszę przyznać, że chociaż
od tamtej pory znacznie się rozwinąłem, gdyby teraz mnie poproszono o zapolowanie na smoka,
szukałbym wymówek! - Rubaszny śmiech przetoczył się po widowni. - Jednak młodzi są
odważni, a takim sprzyja szczęście. I nie tylko odważni, ale jeszcze sprytni. Nie zabije smoka
ten, kto go wcześniej nie zbadał, kto nie odkrył jego słabych punktów i kto nie radzi sobie
znakomicie w świecie Epica. Ci młodzi ludzie zadali sobie ten trud, co zasługuje na słowa
uznania nawet bardziej niż sam fakt, że stanęli oko w oko z bestią.
Po tych pochwałach znów nastąpiły dzikie owacje. Mieszkańcy okręgu pękali z dumy, gdy
Svein Rudobrody w ten sposób wysławiał ich drużynę.
- Jestem pewien, że brawa należą się również nauczycielowi dwójki najstarszych graczy.
Jeszcze żadna szkoła nie miała wśród swoich wychowanków aż dwóch smokobójców.-
Uczniowie liceum rolniczego wybuchnęli piekielną wrzawą, dyrektorka kłaniała się z
zażenowaniem. - Przeczytałem w starych dokumentach, że liceum prosiło o drugi traktor:
skromną, używaną maszynę o małym silniku. Wtedy prośba spotkała się z odmową. - Ten i ów
zabuczał, lecz tylko dla żartu. - Najwyrazniej była to pomyłka, biorąc pod uwagę, ile trudu
wkładacie, by wychować młodzież, która stanie się wartościowym elementem naszej [ Pobierz całość w formacie PDF ]