[ Pobierz całość w formacie PDF ]

- Po to własnie ludzie sobie wybaczaja. ?eby poprawic sobie samopoczucię.
jeśli mu wybaczy, a on znowują zrani, ju\ nigdy się nie podniesię. Byłby to
ostatni cios, który by jej zadano. Poddałaby się, zawlokła do domu ojca i
umarła.
Zadr\ała na sama mysl o tym, a on przytuliłją mocniej. - Sylvan, prosze. Nie
odchodz ode mnie w ten sposób. Prosze. Obiecuje, \e uczynie cię szczesliwa.
Prosze, prosze, wybacz mi.
Było cos w jego głosię, co sprawiło, \e podjeła decyzje. Zrobi to. Wybaczy
mu teraz i bedzie się chronic w przyszłosci. Niektórzy powiedzieliby, \e to nie
I
tyło przebaczenie, ale on nigdy się o tym nie dowie. Nigdy nie bedzie wiedział,
\e istnieje czesc jej osobowosci, która głeboko skrywała.
Chyba poczuł, \e się odpre\yła. - Sylvan - wymruczał pieszczotliwie.
Pocałowałją, szukajac namietnosci, ale znalazł łzy. Poczuła się zawstydzona i
chcac odwrócic jego uwage, oddała mu pocałunek. To było miłe uczucię.
Pewnie taka sama przyjemnosc odczuwałaby, całujac kogokolwiek.
Prawdopodobnie przyjemnosc nie miała nic wspólnego z Randem, lecz z jej
samotnoscia. Prawdopodobnie... jego wargi przesuwały się po jej wargach.
Odchyliłją do tyłu i jego pocałunki stały się bardziej namietne.
Prawdopodobnie to Randa pragneła i tylko Randa. Delektowała się dotykiem
jego skóry i bliskoscia ich ciał. Tym pocałunkom niczego nie brakowało. Była w
nich nienachalna namietnosc. Wiedziała, \e to przyjdzie, ale w tej chwili była
zadowolona. I dobrze, bo droga była nierówna, powóz kołysał się na wybojach,
było cięmno, niedługo dojada do Londynu, a powóz był zbyt mały na dalsze
poczynanią.
- Pragne cię.
Powiedział to tak zdecydowanie, \e poczuła się niezrecznie. - Rand, chyba nie
chcesz...? wziął w usta jej sutek i przestała myslec.
Zesztywniąła i jeczała, a on wyszeptał: - Czy te\ mnie pragniesz?
- Tak. A raczej... nie moge.
- Ale pragniesz.
Jej suknią zsuneła się w dół, a on całowałjąjąk oszalały i sciagał z niej
resztki ubranią. Był znacznie silniejszy ni\ inni me\czyzni. Bardzo zrecznie nią
manewrował i irytowałoją to, a jednoczesnie podniecało. - Nie ma \adnego
znaczenią, czy cię pragne, czy nie.
- Mo\e nie ma to znaczenią dla ciębie. - Przesunał dłonią po jej udzie, łydce i
wyplatał jej noge ze spódnicy i halek. - Ale dla mnie ma ogromne znaczenie.
Wtedy do niej dotarło, \e - poza pantalonami i jedwabnymi podkolanówkami
- jest naga. Jechała droga do Londynu, nie majac prawie nic na sobie, a
wszystko dlatego, \e na chwile straciła czujnosc przy me\czyznie, którego
poslubiła. Spróbowała czyms się przykryc. Powstrzymałją. Była naga, a on
przytulałją do siębie i w koncu krzykneła: - Co robisz? Nie mo\emy...
- Ciii - ostrzegłją. - Moga cię usłyszec słu\acy.
Zamkneła buzie, a potem uswiadomiła sobie,jąk idiotycznie było szarpac się
w powozie z własnym me\em. Zachowywał sięjąk chłopiec, zbyt rozpalony,
\eby czekac i wystarczajaco bystry, \eby dostac to, co chciał. Ponownie
rozwa\yła wszystkie powody, dla których nie mogli się tutaj kochac. Byli w
drodze, powóz był zbyt mały...
- Tutaj - wymamrotał, sadzajacją sobie na kolanach. - Usiadz tutaj.
Jego spodnie znikneły! Pisneła zaskoczona, ale zaraz zamkneła buzie. - Rand!
Nie sadzisz chyba, \e my bedziemy... bedziemy...
- To robic? - zasmiał się ciępło. - Własnie tak sa-i Ize. - Jego głos stał się
głebszy. - Kochanie. Połó\ tu noge.jąkbys jechała konno, ale nie bokiem.
- Umiem jezdzic tylko bokiem.
- Najwy\szy czas, \ebys nauczyła się czegos nowego.
Strona 103
Nora Roberts - Potęga miłości
Przyciagnał jej kolana do swoich bioder. ?ar jego ciała rozgrzewałją. Czuła
go, twardego i goracego,jąk usiłowałją odnalezc, wedrzec się w nią, podczas
gdy jego rece bładziły po jej cięle.
Wszystkie powody, które jeszcze przed chwila wydawały się wa\ne, teraz
były bez znaczenią. cięmnosc, która ich otaczała, bliskosc słu\by, predkosc
powozu - wszystko wydawało się grozne i podniecajace. Nigdy wczesniej nie
doswiadczyła czegos podobnego. Długo skrywane po\adanie mieszało się z
cudownym uczucięm bezwstydu.
Czy powinna mu ulec? Dac mu to, czego pragnał? jeśli to zrobi, bedzie
wiedział, \e nie jest w stanie mu się oprzec. Ona te\ się przekona, \e nie jest
w
stanic mu się oprzec. Mogła zajsc w cia\e. Miałby wtedy wszystko, czego od
niej chciał i mógłbyją znowu odepchnac. Ale, och... Jego zdolne palce umiałyją
przekonac.
- Unies się - wyszeptał. - Sylvan, unies się. Pozwól mi się tam dotknac.
Wbiła palce w jego ramie i jekneła. Był dobry. Był bardzo, bardzo dobry.
Oczywiscię ju\ to wiedziała, ale najwyrazniej ta wiedza nie wzbudzała w niej
niecheci. A raczej wieksze po\adanie.
W cięmnosci mogła ukryc miłosc, która od niej emanowała. Tak, lepiej tutaj,
w cięmnosci, ni\ w domu w miescię, w swietle swiec. Lepiej tutaj, kiedy
wiedziała, \e odwiezieją do domu ojca i nie bedzie mógł zobaczyc jej
rozczarowanią.
- Jestes gotowa? - Poprawiłją i poczuła, \e zaczał w nią wchodzic. - Sylvan,
prosze, powiedz mi, co lubisz?
- To. - Sylvan oparła się o niego i wypełniłją soba. - I to. - Uniosła się, a
potem znowu opadła. Chwyciłją za posladki, pomagajac jej się unosic. Próbowała
czegos nowego, a on jeczał pod nią.
Wbijał się w nią głebiej, dotykajac srodka jej jestestwa. Miała ochote [ Pobierz całość w formacie PDF ]