[ Pobierz całość w formacie PDF ]

liła się nad nim, żeby sprawdzić, czy oddycha. Tak, oddychał.
- Andrew, słyszysz mnie? Andrew, otwórz oczy!
Jego twarz pozostała nieruchoma. Alice czym prędzej jedną rękę do-
tknęła jego szyi, by poszukać tętna, drugą dotykała jego głowy. W jed-
nym miejscu poczuła lepkie ciepło krwi.
Na własne oczy widziała, jak uderzył głową w betonowe poidło,
stracił przytomność i ma na głowie ranę, która może okazać się śmier-
telna.
Z zapartym tchem, hamując łzy, delikatnie obmacywała jego czasz-
kę. Nie ułożyła go inaczej, bo skoro uderzył się tak mocno, że stracił
przytomność, to nie można wykluczyć uszkodzenia kręgów szyjnych.
Gdyby zaczęła układać go inaczej, mogłaby spowodować nieod-
wracalny paraliż. Oddychał, tętno miał miarowe i mocne, więc nie za-
chodziła konieczność zmiany jego pozycji.
Prawdę mówiąc, leżał w podręcznikowej pozycji bocznej ustalonej.
Delikatnie przegarnęła palcami jego włosy, by sprawdzić, czy nie na-
trafi na gąbczaste uwypuklenie, co wskazywałoby na pęknięcie czaszki.
Zorientowała się jedynie, że rana na głowie krwawi obficie. Przyłożyła
do niej dłoń, by uciskiem spowolnić krwawienie.
R
L
T
Drugą ręką gładziła go po twarzy. Czoło, policzek i, bardzo delikat-
nie, opuszczone powieki. On ją kocha.
Aż tak bardzo? Tak, że poczuła, że jej życie straciłoby sens, gdyby
Andrew umarł i nie został jego częścią.
Kocha ją i jej ufa. Dobrze wiedziała, że Andrew jej ufa. Do tej ostrej
konfrontacji doszło wyłącznie z powodu jej urażonej dumy, bo Andrew
nie powiedział jej, dlaczego uważał, że niesłusznie podejrzewano ją o
kradzież narkotyków. Czy to ważne?
Wydawało się jej, że została strasznie skrzywdzona, bo straciła pracę
i mieszkanie. Bo została zmuszona do powrotu do Nowej Zelandii i za-
czynania wszystkiego od nowa, ale to przecież nic w porównaniu z
tym, przez co przeszedł Andrew. On się dowiedział, że kobieta, którą
poślubił, jest narkomanką. Był zmuszony bezczynnie patrzeć, jak jego
nowo narodzone dziecko walczy z objawami zespołu odstawienia.
Musiał cierpieć katusze, bo właśnie z tego samego powodu, dla któ-
rego Alice tak bardzo go kocha, nieś zdecydowałby się na rozwód ani
na to, by porzucić Melissę. Na pewno robił wszystko, co w jego mocy.
Na; pewno za każdym razem wspierał ją w trakcie rehabilitacji, za każ-
dym razem próbował odbudować ich wspólne życie.
To wręcz zdumiewające, że po takich doświadczeniach zdobył się na
zaufanie wobec niej i odważył zaangażować się w nowy związek. Ufał
jej bezgranicznie, a ona przed chwilą wytknęła mu właśnie brak zaufa-
nia.
- Przepraszam - wyszeptała.- Przepraszam z całego serca...
Przyjechał z dzieckiem do Nowej Zelandii, by rozpocząć nowe życie.
To zrozumiałe, że nie miał ochoty na rozgrzebywanie ponurej przeszło-
R
L
T
ści. Oboje zresztą się zgodzili, że trzeba o niej zapomnieć. Sama z wła-
snej woli na to przystała.
Gdyby opowiedział jej o Mel, domagałaby się, żeby wyjawił jej
wszystko. Teraz, kiedy ostatecznie poznała prawdę, chciała tylko jed-
nego: by o tym zapomnieli i zaczęli od nowa.
- Błagam... - usłyszała swój szept. Błagam, daj nam tę szansę. - An-
drew, proszę... Musisz żyć. Ja też cię kocham. Kocham cię do szaleń-
stwa.
Zaślepiona łzami nie zauważyła chwili, w której Andrew otworzył
oczy.
- Kocham cię - wykrztusił.
- Och... - Zamrugała gwałtownie. Otarła łzy i z trudem odetchnęła
głębiej. - Nie ruszaj się. Uderzyłeś się w głowę.
- Nic mi nie jest. - Zciągnął brwi, przyglądając się jej uważnie. -
Masz... masz krew na policzku.
- Naprawdę? - Bezwiednie dotknęła twarzy, ale zorientowała się, że
to krew Andrew. - To twoja krew. Masz ranę głowy.
Opuścił powieki.
- Powinnaś mieć rękawiczki.
- Nie potrzebuję - odparła drżącym głosem. Naprawdę ich nie po-
trzebowała. Z tego samego powodu, dla którego oboje czuli, że mogą
się kochać bez zabezpieczenia. To kwestia zaufania.
A ona mu zarzuciła, że jej nie ufa. Powiedziała, że nie może mieć do
niego zaufania, bo ją okłamał.
Procedury medyczne wymagały, by zadała mu kilka pytań dla osza-
cowania jego stanu, ale w tej chwili miała gardło tak ściśnięte, że nie
przeszłoby przez nie ani jedno słowo.
R
L
T
Andrew znowu otworzył oczy. Tym razem jego głos zabrzmiał moc-
niej.
- Kocham cię, Alice.
- Ja też cię kocham. Uśmiechnął się.
- To mnie pocałuj. [ Pobierz całość w formacie PDF ]