[ Pobierz całość w formacie PDF ]

rozwiązaniem. Ile dodatkowych kanistrów mogłem zabrać
na quada? Miałem dwa pięciogalonowe, mógłbym
pomieścić drugie tyle, gdybym zrezygnował z większości
zabranych rzeczy. A to nadal nie rozwiązywało mojego
problemu. Co najwyżej odwlekało jego nieuchronne
nadejście o sto kilkadziesiąt mil. Przez dłuższą chwilę
starałem się przypomnieć sobie, czy w instrukcjach pisano
O sposobach oczyszczenia potraktowanego
promieniowaniem paliwa, lecz nic sensownego nie przy-
chodziło mi do głowy. Sądząc po fetorze, który wydobywał
się z wąskiego szybu zbiornika, to coś tam, w dole, nie
nadawało się do niczego.
- Kurwa twoja była mać! - Cisnąłem wiaderkiem o
ścianę baraku i kopnąłem w podstawę obłego dystrybutora,
który pamiętał chyba czasy wielkiego kryzysu, ale tego
pierwszego.
I co teraz?
Wracając do czterokołowca, nie znalazłem odpowiedzi
na pytanie, jak uzupełnię paliwo. Na myśl o niszczycielskim
działaniu promieniowania odruchowo sprawdziłem
dozymetr. Jego odczyt nie wykazywał jednak śladów
podniesionej radiacji, podobnie jak ten pozostawiony na
pojezdzie. W sumie miałem ich na quadzie sześć -
wszystkie, jakie znalazłem w hangarze - rozmieszczonych
tak, by w każdej chwili móc sprawdzić, czy nie łykam
śmiertelnej dawki. Niezle jak na faceta, który nie tak dawno
spuścił na głowy Bogu ducha winnych ludzi kilkaset
pierdyliardów działek promieniowania trineutrinowego
najnowszej generacji. Wystarczająco dużo, by
zarezerwowano dla mnie kocioł najgorętszej smoły, i to w
wersji all inclusive, tam gdzie nieuchronnie zmierzałem.
Odruchowo dotknąłem kabury, w której spoczywał
pistolet. Drugi raz nie odmówi posłuszeństwa, nie ma pra-
wa. Palec wskazujący dotarł do krawędzi grubej wypra-
wionej skóry, korcąc mnie do lekkiego pociągnięcia.
A kto powiedział, że to ja uaktywniłem spust odpa-
lający rakiety?
Brawo, trzymaj się tej myśli, chłopie.
Zacisnąłem dłoń w pięść. Chwała anonimowemu ge-
niuszowi za jego opcję plutonu egzekucyjnego. Jakkolwiek
by ten pomysł wydawał się bzdurny przed wojną, teraz
pozwalał mi na zachowanie zdrowych zmysłów. Prawdę
mówiąc, czepiałem się go niemal maniakalnie,
rozpamiętując każdą sekundę tamtego alarmu. Szukając
najmniejszego dowodu na to, że nie mieliśmy połączenia z
systemem, że wbrew naszywce zdobiącej moją lewą pierś,
nie byłem jednym z prawdziwych Aniołów Zagłady.
Jeśli mam być szczery, nie udało mi się znalezć nicze-
go naprawdę przekonującego. To jednak nie zmieniało
mojego nastawienia wobec problemu.
Dowód musiał się znalezć, prędzej czy pózniej.
To tylko kwestia czasu.
Sprawdziłem raz jeszcze stan paliwa w baku. Do tej
pory, a przejechałem około sześćdziesięciu mil, spaliłem
jedną czwartą zbiornika. Szlag, to znaczy, że instrukcja
kłamała, mogę jeszcze pokonać jakieś... góra dwie setki,
zanim będę musiał na dobre rozprostować nogi.
Wyciągnąłem mapnik i zacząłem przeliczać trasę. Przez
przełęcz mogłem się dostać do trasy kolejowej. Droga ta
wychodziła wprost na węzeł kolejowy Amboy. Powinien
być nietknięty, według odczytów najbliższa eksplozja, na
szczęście trineutrinowa, miała miejsce nad Barstow, jakieś
osiemdziesiąt mil na północny wschód. Dalej czekało mnie
ponad sto mil jazdy przez podobne zadupia do autostrady
numer piętnaście. Potem granica stanu i kasyna Vegas.
Jeśli dobrze liczyłem, powinienem wjechać na Strip z
pustymi kanistrami, ale mając jeszcze prawie całą rezerwę
w baku. To była pocieszająca wiadomość. Miałem też w
zanadrzu gorszą. Po wizycie w światowej stolicy hazardu
czekało mnie przekwalifikowanie się w klona Lancea
Armstronga albo opcja  Run, Forrest, Run!". O ile rzecz
jasna nie znajdę po drodze nadającego się do użytku
paliwa bądz lepszego środka transportu.
Nie wymyśliłem nic przez następne sześć godzin.
Tak jak sądziłem, przejazd przez teren farmy, za co
przed wojną mógłbym dostać kulkę od zdenerwowanego
właściciela, doprowadził mnie bez przeszkód do drogi na
przełęcz. Potem, starając się jechać jak najbardziej eko-
nomicznie, dotarłem bez żadnych przeszkód w pobliże
wspomnianego szlaku kolejowego. Było już kwadrans po
czwartej, kiedy zobaczyłem w oddali charakterystyczny
krater stanowiący wielką atrakcję turystyczną tej okolicy, a
chwilę pózniej prostą, czarną kreskę przecinającą
piaszczystą równinę w głębi doliny.
Przede mną rozciągał się fantastyczny widok na Ara-
boy.
Nigdy wcześniej nie zapuszczałem się w te okolice.
Dlatego rozciągające się na wschód od szosy bezkresne
żółte równiny, na których wydobywano sól, i kontrastujący
z ich wyschniętą, płaską powierzchnią cętkowany skalisty
stożek dawno wygasłego wulkanu, wznoszący się z
ogromnego pola zastygłej lawy po drugiej stronie drogi,
tam gdzie powoli chyliło się słońce, sprawiły że
zapomniałem na chwilę o tym, iż wokół mnie nie tylko skały
są dzisiaj martwe.
Niestety tylko na krótką chwilę.
Wkrótce na mojej drodze miało stanąć Amboy.
Według mapy była to jedynie niewielka osada, miejsce,
w którym historyczna szosa numer sześćdziesiąt sześć
przecina na pustyni Mojave linię kolejową łączącą Los
Angeles z Nevadą, a w dalszej perspektywie ze
Wschodnim Wybrzeżem. Nie zamierzałem się tam za-
trzymywać, chciałem przejechać przez torowisko, kilka mil [ Pobierz całość w formacie PDF ]