[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Azji. Jego plemię w przeszłości długo błąkało się na pograniczu różnych ras i religii,
by w końcu, w liczbie zaledwie pół tuzina klanów, schronić się w Wielkiej Puszczy, jakieś
pięćdziesiąt lub sto lat przed założeniem Miasta. Abaj pochodził z plemienia Ołmiatów.
Myśliwi, rybacy, drwale, jezdzcy i niezmordowani piechurzy, równie dobrze radzący
sobie na ziemi, jak na drzewach - byli lojalnymi poddanymi księcia o tyle, o ile
pozwalano im żyć, jak im się podoba, a ponieważ byli nieliczni, a kraina, którą
zamieszkiwali, słabo zaludniona, wszystko układało się dobrze. Byli dzicy, ale przyjazni
względem tych, którzy ich szanowali, i nie uchylali się od służby. Podczas dawnych wojen
ołmiaccy łucznicy zaciągali się pod książęcy sztandar. Jako żyjący blisko natury zręczni
tropiciele i naganiacze, instynktownie wyczuwali wszelkie przejawy życia zwierząt.
Umiejętność jasnego odróżniania dobra od zła sprawiała, że byli nieubłagani dla
nieprzyjaciół. Dotrzymywali słowa, choć sami wypowiadali ich niewiele. Byli
uporządkowanym żywiołem, czymś w rodzaju wyimaginowanego świata, który spowija
tajemnica. Dawniej dzieci lubiły bawić się w Ołmiatów w miejskim ogrodzie. Ich szaman
miał swoją marionetkę w witrynie księcia.
- Co będziesz teraz robił? - spytał Sylwiusz.
Abaj nie owijał w bawełnę.
- Zajmował się końmi. Będziecie mnie potrzebowali.
Sylwiusz spojrzał pytająco na Wilbura.
- Abaj ma rację - powiedział stary major. - Zna różne drogi. Wezcie go z sobą... Proszę
tu podpisać, panie pułkowniku. To pokwitowanie za konie. Teraz zamkniemy budynek.
Administracyjnie rzecz biorąc, nie ma już książęcych stajni.
Obrzucił wzrokiem ogromną salę i dwa rzędy pięćdziesięciu pustych boksów,
przystrojonych końskimi łbami z brązu, zdobyczną bronią, wydartymi wrogom sztandarami i
portretami wielkich stajennych, wśród których był jeden
Pikkendorff w kolczudze i z hełmem pod pachą. Ich kroki
odbijały się echem po kamiennych płytach, niczym w opuszczonej katedrze. W głębi
sali, na ziemi wokół silosu walało się kilka zdzbeł słomy i obroku.
- Szczury nie będą tu miały za dużo do roboty - rzekł
Wilbur. - Przypuszczam, panie pułkowniku, że zabiera pan także porucznika
Tancrede a, który stoi na straży przy pierwszych drzwiach?
- W rzeczy samej.
- To wesoły i energiczny młodzieniec - ciągnął major. - Z nim trudno czuć się
samotnym. Będzie go nam brakowało. Książę jest bardzo do niego przywiązany. Przypomina
mu zmarłego syna. No i proszę. Postanowił się z nim rozstać...
Tym razem w jego głosie słychać było wzruszenie. Fakt, że odtąd będzie samotnie
przemierzał ponure korytarze zamku i opustoszałą drogę na murach cytadeli, bez ciepłej i
kojącej obecności Tancrede a, spożywał posiłki w mesie, bez jego twarzy naprzeciwko,
obracał swoje wspomnienia tylko i wyłącznie w zaciszu własnej pamięci, słuchał jedynie
drżącego głosu starego Birona, zamiast głosu kogoś młodego, kto wie, że życie toczy się
dalej, i stale miał w pamięci, że tam, na górze, w swojej bibliotece, książę ginie pod ciężarem
smutku bez zbawiennej rozmowy z Tancredem - wszystko to ciążyło mu niepomiernie i
właśnie zdał sobie z tego sprawę. Wziął się jednak w garść i spytał:
- Kiedy wyruszacie, panie pułkowniku?
- Jutro przed zapadnięciem nocy.
- Wszystko będzie gotowe. Przepatrzę zapasy w mesie i przygotuję wieczerzę. Nikt
nie będzie mógł powiedzieć, że zamek was godnie nie pożegnał. Zawsze tak się to odbywało.
Powróciwszy na posterunek przy wejściu, Sylwiusz znalazł młodego Tancrede a,
który przytupywał na zimnie.
Krótko wyjaśnił mu, co i jak i wyznaczył spotkanie.
- Rozkaz! - powiedział tylko młodzieniec głośno, stając na baczność i strzelając
obcasami w taki sposób, że dzwięk ten szczelnie wypełnił panującą tam ciszę, a Sylwiusz
pomyślał, że faktycznie - z Tancredem wszystko nabiera życia.
- Ma pan jakieś wątpliwości? - spytał.
- A powinienem mieć, panie pułkowniku?
- Nie wydaje mi się. Książę sam pana wyznaczył. To dowód uznania i przywiązania.
- Wolno mi odmówić?
- Nie wolno.
- W takim razie nie mam wątpliwości - zakończył
Tancrede.
I dorzucił: [ Pobierz całość w formacie PDF ]