[ Pobierz całość w formacie PDF ]

 Chciałem cię o coś zapytać.  Commodorus przenosił wzrok z barbarzyńcy na Sathildę. 
Widziałem twój pojedynek, Cymmerianinie. Nie wiem, czy jest w Imperium Cyrku ktoś, kto byłby w
stanie sprostać twej szybkości i umiejętnościom.  Uśmiechnął się.  Było dla mnie oczywiste, że
wczoraj podczas walki igrałeś z Muduzayą i jego zwycięstwo nastąpiło za twym przyzwoleniem. 
Conan sprawiał wrażenie, jakby chciał coś powiedzieć, ale tyran machnął ręką, nie dając mu dojść
do głosu.  Tak, wiem. Nie był w pełni sił; to również było oczywiste. Zachowałeś się lojalnie
wobec przyjaciela. Dostrzegłem to i doceniam. Chciałem wszelako rzec, iż sam zamierzam wziąć
czynny udział w nadchodzących igrzyskach. Być może stanę do walki zespołowej wraz z innymi
gladiatorami. To ukoronowałoby moją karierę na arenie  uśmiechnął się pogardliwie  a także
uciszyło zjadliwe plotki, jakobym tylko się popisywał. Wówczas mógłbym raz na zawsze porzucić
Cyrk i, jak to sobie dawno obmyśliłem, zająć się nieco bardziej dostojnie sprawowaniem rządów.
Aby jednak znalezć się pośród gromady zbrojnych gladiatorów i czuć się tam bezpiecznie, będę
potrzebował kogoś, kto strzegłby moich pleców. Zręcznego wojownika, na którego mógłbym
liczyć, który uchroniłby mnie tak przed przypadkowym ciosem, jak i przed skrytobójczym
zamachem, ale jednocześnie takiego, który schodząc z areny nie będzie ostentacyjnie
manifestował swego zwycięstwa i nie przyćmi mnie sławą.
Conan bez trudu pojął, o co mu chodziło.
 Uważasz, że ja się do tego nadaję?
Commodorus uśmiechnął się.
 W rzeczy samej, Conanie. Nie przyjmij moich słów za afront, ale jesteś cudzoziemcem, lud cię
nie zna, nie jesteś związany z żadną walczącą tu frakcją. Prowadzący zakłady nie znają do końca
twych możliwości w boju i technik walki. Z własnego wyboru przyjąłeś porażkę i odniosłeś ranę.
Obecnie więc, tuszę mógłbyś odegrać dla mnie rolę, o której wspomniałem. Dodam, iż czekałaby
cię za to sowita nagroda.
 Pragniesz, bym strzegł cię na arenie w sposób dla widzów niedostrzegalny.  Conan zamyślił
się na chwilę, po czym wzruszył ramionami.  Prawdę mówiąc, nie widzę w twym planie nic
niestosownego ani nie znajduję powodu, dla którego nie miałbym się tego podjąć.  Spojrzał
przyjaznie na Commodorusa.  Mimo że jesteś tyranem, nie wydajesz mi się srogi. Dajesz ludziom
to, czego pragną i dzięki czemu się bogacą. Na dodatek nie jesteś bezmyślnym, ślepym sługą boga
Seta. O jakiej, wyjaw mi to jeszcze, myślałeś zapłacie?
Wkrótce negocjacje dobiegły końca. Po kilku minutach dobito targu co do ceny i Commodorus
wręczył Conanowi mieszek z zaliczką.
 Kiedy będę gotów, by zmierzyć się z gladiatorami  rzekł Commodorus  dam ci znać. To
może się stać podczas najbliższego lub następującego po nim widowiska. Póki co, zajmij się sobą i
lecz swoją ranę.  Uścisnąwszy rękę Conana na modłę legionistów, Commodorus rozluznił palce.
 Jeżeli teraz zechcielibyście mi łaskawie wybaczyć&  Ujął dłoń Sathildy, ucałował i delikatnie
puścił.  Zbyt długo już zwlekałem dziś ze sprawami wagi państwowej. Mój sługa wyprowadzi was
tylnym wyjściem.
Kilka wieczorów pózniej Conan znów znalazł się w  Barce Rozkoszy , sącząc tani arrak. Rana
zagoiła się już na tyle, że barbarzyńca odważył się wypuścić z przyjaciółmi do niebezpiecznej, jak
się nieraz przekonał, dzielnicy nędzy i grzechu. Oberża świeciła pustkami, było bowiem dobrze po
zmierzchu. Wtem do izby wkroczyła gromada ulicznych zabijaków, którym towarzyszyło kilku
zaprzyjaznionych z Conanem gladiatorów.
Tłukąc ze zniecierpliwieniem pięściami w deski szynkwasu, zamówili napitek i wnet opróżnili swe
naczynia z łupin orzechów z łapczywością ludzi spragnionych po długiej, uciążliwej i wysuszającej
gardło robocie. Kilku z przybyszów obnosiło świeże sińce i krwawe pręgi, odzienie innych było
poszarpane lub pocięte nożami.
Niebawem do oberży wkroczył Dath, pokrzykując donośnie już od progu:
 Podajże wszystkim kolejkę swojej najlepszej trucizny, Namphecie! Radujcie się
poczęstunkiem, chłopcy, i pożegnajcie z kim trzeba, bo już wkrótce możemy przenieść się do
centrum miasta!
Usadowiwszy się obok Conana i Sathildy, skinął im głową na powitanie i upił spory łyk swego
arraku.
 Nie była to żadna wielka bitwa  rzekł przepraszająco.  Nie prosiłem cię Conanie, byś się do
nas przyłączył, bo wiem, żeś jeszcze niezdrów.
 Z kim walczyliście tym razem?  zapytała Sathilda.  Sadzę, żeście zwyciężyli. [ Pobierz całość w formacie PDF ]