[ Pobierz całość w formacie PDF ]

dopiero od dwóch miesięcy, ale już uważała je za własne. Lubiła tutejszy brak pośpiechu,
czyściutkie podwórka i niewielkie sklepiki. Lubiła sąsiedzkie pogaduszki, huśtawki na
gankach i wilgotne od rosy chodniki.
Gdyby ktoś powiedział jej rok temu, że przeniesie się z Manhattanu do jakiegoś
punkciku na mapie w zachodnim Marylandzie, uznałaby go za szaleńca. A jednak tu, w
Taylor's Grove, gdzie została nową nauczycielką muzyki w liceum, poczuła się tak swojsko i
błogo, jak stary pies myśliwski przed ciepłym kominkiem.
Niewątpliwie potrzebowała tej zmiany. W zeszłym roku straciła współlokatorkę, która
wyszła za mąż. Sama nie była w stanie płacić ogromnego czynszu. Następna lokatorka,
wybrana z dużą starannością, także się wyniosła, zabierając przy okazji wszystkie
wartościowe rzeczy z mieszkania. Ta drobna przykra przygoda doprowadziła w efekcie do
chyba jeszcze mniej przyjemnej sceny z chłopakiem Nell. Kiedy Bob skrzyczał ją, nazywając
głupią, naiwną i nieostrożną, uznała, że najwyższy czas przerwać to pasmo niepowodzeń.
Zwolniła go więc z obowiązków narzeczonego, a wkrótce sama została zwolniona z
pracy. Szkoła, gdzie uczyła od trzech lat, restrukturyzowała się, jak to dyplomatycznie
oznajmiono. Zlikwidowano stanowisko nauczyciela muzyki, więc Nell musiała odejść.
Puste, lecz za drogie mieszkanie, narzeczony, który uznał jej optymizm za dewiację,
wreszcie perspektywa bezrobocia - to wszystko obrzydziło jej w końcu Nowy Jork.
Kiedy już zdecydowała się na przeprowadzkę, postanowiła wyjechać naprawdę
daleko. Idea, by pracować w małym miasteczku, opanowała ją nagle, lecz nieodparcie.
Miałam intuicję, myślała teraz, bo natychmiast poczuła się tu tak, jakby nigdy gdzie indziej
nie mieszkała.
Czynsz okazał się na tyle niski, że mogła być sama, co się jej podobało. Wynajęła całe
piętro starego przebudowanego domu, skąd od campusu szkoły podstawowej i średniej dzielił
ją krótki, miły spacerek.
Dopiero dwa tygodnie minęły od pierwszego nerwowego dnia w szkole, a Nell już
zawładnęła sercami uczennic. Dziś szykowała się do pierwszych pozalekcyjnych zajęć ze
swoim chórem.
Postanowiła przygotować na święta taki program, który powali całe miasteczko na
kolana.
Stare pianino stało pośrodku sceny. Podeszła do niego i usiadła. Wkrótce zjawią się
uczniowie, ale miała jeszcze chwilę. Aby się rozruszać, zagrała sobie Muddy Waters, starego
dobrego bluesa. Z zadowoleniem stwierdziła, że ten wysłużony instrument był wprost
stworzony do takiej muzyki.
- Kurczę, ona jest super - szepnęła Holly Linstrom do Kim, gdy bezszelestnie
wślizgnęły się do sali.
- Taaa... - Kim położyła ręce na ramionach swych małych kuzynów blizniaków i
stanowczym uściskiem dała im do zrozumienia, że mają być cicho. - Stary pan Striker nigdy
nie grał czegoś takiego.
- Zobacz te jej ciuchy. - Holly z podziwem i zazdrością gapiła się na Nell ubraną w
wąskie spodnie, długi żakiet i krótką bluzeczkę w paski. - Nie wiem, dlaczego ktoś taki z
Nowego Jorku chciał tu przyjechać. A widziałaś dziś jej kolczyki? Założę się, że kupione w
najlepszym sklepie na Piątej Alei.
O biżuterii Nell krążyły już wśród dziewcząt legendy. Nosiła rzeczy wyjątkowe i
niezwykłe. Jej dobry gust, jej ciemnozłote włosy, opadające na ramiona w wyrafinowanym
nieładzie, jej gardłowy śmiech i bezpośredni sposób bycia - to wszystko od razu
zaimponowało uczniom.
- Ma swój styl - przyznała Kim. Bardziej jednak zafascynowała ją muzyka aniżeli strój
pianistki. - Rany, jak ja bym chciała tak grać.
- Rany, jak ja bym chciała tak wyglądać - odparła Holly i zachichotała.
Na te odgłosy Nell odwróciła się z uśmiechem.
- Wchodzcie, dziewczyny. To darmowy koncert - powiedziała serdecznie.
- Wspaniały, panno Davis. - Kim ruszyła w stronę sceny, mocno trzymając za ręce
małych podopiecznych. - Co to jest?
- Muddy Waters. Musieliśmy nauczyć się trochę bluesa podczas studiów... - Nell
przerwała i patrzyła na dwie miłe buzie chłopców, towarzyszących Kim. Przez krótki moment
miała dziwne, niepojęte uczucie, że ich skądś zna. - Cześć, chłopaki.
Kiedy uśmiechnęli się do niej, u obu pojawiły się na lewym policzku identyczne
dołeczki.
- A umie pani zagrać  Panie Janie ? Zanim Kim zdążyła wyrazić swe oburzenie tym
pytaniem, Nell z entuzjazmem zagrała tę melodyjkę.
- No i jak? - spytała chłopców.
- Może być.
- Przepraszam, panno Davis. Już od godziny się z nimi męczę. To moi kuzyni, Zek i
Zak Taylorowie.
- Taylorowie z Taylor's Grove. - Nell odwróciła się od pianina. - Założę się, że
jesteście braćmi. Widzę pewne podobieństwo między wami.
Chłopcy jednocześnie parsknęli śmiechem.
- Jesteśmy blizniakami - poinformował Zak.
- Naprawdę? No to się założę, że odgadnę, który jest który. - Podeszła do brzegu
sceny, usiadła i przyglądała się im zmrużonymi oczami. Znowu się uśmiechnęli. Ostatnio
stracili mleczne zęby, obaj górną lewą jedynkę. - To jest Zek - pokazała palcem Nell - a to
Zak. Potwierdzili zadowoleni i zaskoczeni.
- Skąd pani wiedziała?
Jakoś głupio było jej przyznać, że miała szansę pół na pół.
- To czary - odrzekła. - A lubicie śpiewać?
- Czasami. Trochę.
- No więc dziś możecie słuchać. Usiądziecie w pierwszym rzędzie i będziecie naszą
publicznością.
- Dziękuję, panno Davis - szepnęła Kim i przyjaznie popchnęła kuzynów w stronę
krzeseł.
- Na pewno będą grzeczni cały czas. Siadać! - rozkazała im władczym tonem starszej
siostry. Nell, wstając, mrugnęła porozumiewawczo do chłopców, a potem kiwnęła ręką
wchodzącym uczniom.
- Proszę tutaj, zaczynamy.
Większość rzeczy dziejących się na scenie nudziła braci. Najpierw wszyscy tam po
prostu o czymś rozmawiali, a potem zrobiło się zamieszanie, gdy wyjęto nuty i zajmowano
wyznaczone miejsca.
Ale Zak obserwował Nell. Miała ładne włosy i duże brązowe oczy. Jak nasz Zark,
pomyślał głęboko wzruszony. Jej głos był zabawny, trochę ochrypły i niski, ale miły. Od
czasu do czasu Nell popatrywała na nich z uśmiechem. I wtedy coś dziwnego działo się z jego
sercem, które biło tak mocno, jak po biegu.
Odwróciła się do grupy dziewcząt i zaśpiewała. To bożonarodzeniowa piosenka,
stwierdził ogromnie zdziwiony Zak. Nie wiedział dokładnie jaka, coś o jasności w środku
nocy, ale pamiętał, że tata w kółko puszczał tę płytę w czasie świąt.
Gwiazdkowa piosenka. Gwiazdkowy prezent.
- To ona - syknął do brata, kuksając go mocno pod żebro.
- Kto?
- To jest mama dla nas.
Zek przestał grać w swoją grę, wsunął ją do kieszeni i spojrzał na scenę, gdzie Nell
właśnie dyrygowała grupą altów.
- Nauczycielka naszej kuzynki Kim to... ta mama, o którą prosiliśmy?
- To musi być ona. - Zak, okropnie podniecony, ściszył głos do konspiracyjnego
szeptu.
- Zwięty Mikołaj miał dość czasu, by dostać nasz list. A ona śpiewała świąteczną
piosenkę, ma jasne włosy i miło się uśmiecha. I poza tym lubi małych chłopców, jak mi się
zdaje.
- Możliwe. - Zek, niezupełnie przekonany, oglądał z uwagą Nell. Przyznał, że jest
śliczna. I śmiała się dużo, nawet gdy niektórzy uczniowie robili błędy. Ale to jeszcze nie
znaczyło, że lubi psy i piecze ciasteczka. - Na razie nie możemy być całkiem pewni.
Zak prychnął niecierpliwie.
- Znała nas. Wiedziała, kto jest kto. Czary.
- Popatrzył na brata poważnie i szczerze. - To mama.
- Czary - powtórzył Zek i dalej gapił się na Nell szeroko otwartymi oczami. - Czy
będziemy musieli poczekać aż do świąt, żeby ją dostać na Gwiazdkę? [ Pobierz całość w formacie PDF ]