[ Pobierz całość w formacie PDF ]

ukryć ich drżenie. - Siedzisz sobie wygodnie, nie
denerwujesz się, po prostu patrzysz, jak się obraca
koło ruletki. Pieniądze nie mają znaczenia dla
kogoś, kto nigdy nie żył w niedostatku. To ci
sprawia satysfakcję, prawda? - kontynuowała ze
206 OSTATNI WIRA%7ł
złością. - Płacenie innym za to, by podejmowali
ryzyko, podczas gdy ty po prostu siedzisz sobie
i patrzysz?
- Wystarczy! - Doskoczył do niej tak szybko,
że nawet nie miała czasu się cofnąć, i chwycił za
ramiona. - Nie muszę wysłuchiwać takich bzdur.
Podobnie jak Kirk, spędziłem wiele łat na torze,
odnosząc liczne zwycięstwa, ale potem się wyco
fałem. Wycofałem się, bo taką podjąłem decyzję.
I jeżeli postanowię się znów ścigać, to znów usiądę
za kółkiem. Robię to, na co mam ochotę. Nikomu
nie muszę się tłumaczyć. I nikomu nie muszę
płacić, żeby ryzykował za mnie.
Na samą myśl, że Lance mógłby wrócić na tor,
ogarnęło ją przerażenie.
- Ale nie będziesz się znów ścigał? - Głos drżał
jej ze zdenerwowania. -Nie wsiądziesz znów do...
- Nie mów mi, co mam robić, a czego nie
- warknął.
W życiu Kirka zajmowała drugie miejsce. I nie
protestowała; wiedziała, że jego pierwszą miłością
są wyścigi. Ale w swoim małżeństwie nie zamie
rzała akceptować takiej sytuacji; nie miała na to
ochoty ani siły.
- Myślałam, że moje uczucia coś dla ciebie
znaczą - powiedziała cicho. - Najwyrazniej się
myliłam.
Chciała zrobić krok, lecz nie puścił jej. Dotyk
jego dłoni przejął ją dreszczem.
Nora Roberts 207
- Foxy, posłuchaj... Kirk jest dorosły. Sam
decyduje o swojej karierze i swoim życiu. To nie
ma z tobą nic wspólnego. Moja praca również
ciebie nie dotyczy.
- Nieprawda. - Popatrzyła mu prosto w oczy.
- Ale mniejsza o to. Zaprojektujesz dla Kirka nowy
wóz, a Kirk będzie się na nim ścigał. Nigdy nie
miałam wpływu na życie brata, ty też mi pokaza
łeś, gdzie jest moje miejsce. A teraz przepraszam.
Chciałabym pójść na górę. Jestem zmęczona.
Słońce zaszło; w gabinecie panował półmrok.
Przez chwilę Lance bez słowa wpatrywał się
w twarz żony, po czym opuścił ręce. Cofnęła się
o krok, następnie w milczeniu obeszła męża i znik
nęła za drzwiami.
ROZDZIAA TRZYNASTY
Leżała w łóżku samotna i nieszczęśliwa. Przez
wiele godzin nie mogła zasnąć. Odtwarzała w myś
lach rozmowę z Pam, a także kłótnię z Lance'em.
Nawet nie wiedziała, kiedy w końcu zmorzył ją
sen. Kiedy rano się obudziła, promienie słońca
zalewały pokój. Druga połowa łóżka była pusta.
Odruchowo wyciągnęła rękę i pomacała materac.
Jeszcze był ciepły, jakby Lance dopiero niedawno
wstał, ale ten fakt nie przyniósł jej ukojenia. Po raz
pierwszy od nocy poślubnej czuła się tak, jakby
spali oddzielnie, na dwóch łóżkach. Nie przytulali
się, nie dotykali, nie obudzili się spleceni w miłos
nym uścisku.
Nora Roberts
209
Wiele razy w życiu kłóciła się z Lance'em, ale
jeszcze żadnej kłótni tak bardzo nie przeżywała.
Może, pomyślała wpatrując się w sufit, mam teraz
więcej do stracenia. Podejrzewała, że Lance jest na
dole w kuchni. Mogłaby zejść i... Nie. Potrząsnęła
głową. To niedobry pomysł. Muszą odbyć poważ
ną rozmowę; kręcąca się po domu pani Trilby
będzie im tylko przeszkadzała.
Wstała z łóżka i wzięła prysznic. Osuszywszy
się, włożyła sztruksowe spodnie i luzny sweter.
Rozczesując włosy, obmyśliła plan działania. Do
jedenastej popracuje nad zdjęciami z wyścigów,
potem wybierze się do parku i zajmie nowym
projektem. Ustaliwszy harmonogram, zeszła na
dół. Lance'a nigdzie nie było widać. Przez moment
stała niezdecydowana przy telefonie w holu. Nie,
nie ma sensu dzwonić, uznała. Lepiej porozma
wiać w cztery oczy. Ale czy jest o czym? Aypnęła
gniewnie na aparat, jakby był czemukolwiek win
ny. No właśnie, czy jest o czym rozmawiać?
Wczoraj Lance jasno przedstawił jej swój punkt
widzenia. Nie, to wykluczone, powiedziała sama
do siebie. Nie zgadzam się. On nie może wrócić do
ścigania się. Strach ścisnął ją za gardło. Nie, Lance
na pewno nie mówił tego serio. Pokręciła głową.
Na razie o tym nie myśl. Idz na dół i skup się na
pracy. Biorąc głęboki oddech, czym prędzej odesz
ła od telefonu.
Nalała sobie w kuchni kubek kawy, po czym
OSTATNI WIRA%7ł
210
zamknęła się w ciemni. Zdjęcia, przypięte spina
czami, wisiały na linie. Instynktownie sięgnęła po
to, które przedstawiało Kirka w bolidzie. Jest jak
kometa, pomyślała, patrząc na brata; ale nawet
kometa kiedyś musi się wypalić. W przyszłym
roku pojawią się kolejne zdjęcia, ale nie ona będzie
je robiła. Westchnęła ciężko. Po prostu za bardzo
zżerały ją nerwy; wiedziała, że dłużej nie wy
trzyma. Odczepiła pozostałe zdjęcia, odłożyła je
na bok i zaczęła wywoływać następną rolkę. Czas
płynął szybko. Była tak skoncentrowana na pracy,
że aż podskoczyła, kiedy rozległo się pukanie do
drzwi. Dziwne; pani Trilby nigdy nie schodzi do
piwnicy.
- Melissa! - zawołała na widok swojego goś
cia. - Jaka miła niespodzianka.
- Wcale tu nie jest ciemno - zdziwiła się
kuzynka Lance'a, obrzucając spojrzeniem miejsce
pracy. -A skoro tak, to dlaczego to pomieszczenie
nazywa się ciemnią? Jestem rozczarowana.
- Przyszłaś w niewłaściwym czasie  wyjaśniła
Foxy. - Jeszcze godzinę temu było tu jak w grobie.
- Wierzę ci na słowo. - Melissa zbliżyła się do
kolejnej serii zdjęć suszących się na sznurku. -No,
no, prawdziwy z ciebie zawodowiec...
- Owszem.
- Ile tu sprzętu, ile butelek... Tego się uczyłaś
na studiach?
- Tak, na wydziale sztuki. Nie w Radcliffe ani
Nora Roberts
211
na Vassar, lecz na małym stanowym uniwersyte
cie.
- Oho! - Melissa przygryzła wargę. - Coś mi
się zdaje, że nasłuchałaś się przykrych uwag na
temat swojego pochodzenia. Zgadłam?
- Zgadłaś - przyznała ze śmiechem Foxy. - No
cóż, pogadają, a potem dadzą mi spokój. Znajdą
sobie ciekawszy temat.
- Jakaś ty słodka i naiwna. - Melissa poklepała
Foxy po policzku. - Dobrze, nie będę ci odbierać
złudzeń. Słuchaj... - Strzepnęła ze swetra niewido
czny pyłek. - W sobotę w klubie golfowym będą
tańce. Wybieracie się z Lance'em, prawda?
- Owszem, wybieramy się - odpowiedziała
Foxy z ciężkim westchnieniem.
- Głowa do góry, złotko. Jeszcze parę spotkań,
a potem... Lance naprawdę nie cierpi tych różnych
imprez, więc nie będzie cię na nie ciągał. - Melissa
uśmiechnęła się promiennie. - A na razie to
idealna okazja, żeby połazić po centrum hand
lowym. - Rozejrzała się wkoło. - Skończyłaś
pracę?
- Tak. - Foxy spojrzała na zegarek. - Punktual
nie co do minuty.
- Zwietnie, chodzmy na zakupy. Musimy zna
lezć jakieś fantastyczne kiecki na sobotę. - Wzięła [ Pobierz całość w formacie PDF ]