[ Pobierz całość w formacie PDF ]

niepewni, co za potwór się z nich wyłoni. Klęczałem tu\ obok Holmesa. Spojrzałem na jego
twarz. Była blada, ale o\ywiało ją niesłychane podniecenie, jego oczy płonęły w blasku księ\yca.
Nagle jednak otworzyły się szeroko, patrząc z osłupieniem a usta rozchyliły się drgając. W tej
samej chwili Lestrade krzyknął przerazliwie i padł twarzą na ziemię.
Zerwałem się na równe nogi. Moja zdrętwiała dłoń zacisnęła się na rękojeści rewolweru, czułem,
\e umysł odmawia mi posłuszeństwa na widok strasznego widma, które wyskoczyło z mgły.
Był to pies  pies czarny jak węgiel, olbrzymi, jakiego dotąd nikt śmiertelny nie widział. Jego
paszcza zionęła ogniem, ślepia iskrzyły się, jak płonące pochodnie, z nozdrzy buchały płomienie,
a migocące płomyki strzelały z. sierści na całym grzbiecie.
Majaki chorego umysłu nie mogły stworzyć nic równie dzikiego, przera\ającego, szatańskiego,
jak ten czarny potwór, który wypadł z tumanów mgły.
Olbrzymie zwierzę długimi skokami pędziło ście\ką, w ślad za naszym przyjacielem. Ten widok
tak nas oszołomił, \e zupełnie zdrętwieliśmy i nieziemskie zwierzę minęło nas, zanim
odzyskaliśmy przytomność.
Holmes i ja jednocześnie wystrzeliliśmy z rewolwerów, a zwierzę zawyło straszliwie. Mieliśmy
dowód, ze przynajmniej jeden z nas strzelił celnie. Jednak pies nie zatrzymał się lecz pędził dalej
w szalonych skokach. Nagle w świetle księ\yca spostrzegliśmy, jak sir Henryk odwrócił się,
stanął, z przera\eniem wzniósł ręce w górę i wpatrywał się w straszliwe widmo, które go ścigało.
Wycie rannego psa rozproszyło wszystkie nasze obawy. Jeśli mo\na go było zranić, był z tego
świata, a skoro raniliśmy go, mogliśmy go tak\e zabić.
Nigdy w \yciu nie widziałem człowieka biegnącego takim szalonym pędem, jak biegł Holmes tej
nocy. Mam, jak to ju\ zaznaczyłem, opinię świetnego biegaczu, ale prześcignął mnie tak łatwo,
jak ja prześcignąłem małego Lestrada. Biegnąc, słyszeliśmy krzyki sir Henryka i głuche
warczenie psa. Nadbiegłem w chwili, gdy potwór skoczył na swą ofiarę, powalił ją na ziemią i
ju\ miał chwycić za gardło, gdy Holmes wpakował bestii w bok pięć kul z rewolweru.
Z ostatnim śmiertelnym skowytem, wyszczerzając kły, jakby chwytał coś w powietrzu, pies
stanął na dwóch łapach, runął na wznak, kilka razy drgnął konwulsyjnie i przewrócił się na bok.
Dr\ąc pochyliłem się nad nim, przyło\yłem rewolwer do potwornego łba i  ju\ nie strzeliłem.
Olbrzymi pies nie \ył.
Sir Henryk le\ał zemdlony tam, gdzie upadł. Rozerwaliśmy mu kołnierzyk i Holmes odetchnął
głęboko, gdy się przekonał. \e nie jest ranny i \e ratunek przyszedł w porę. Powieki naszego
przyjaciela zaczęły drgać  usiłował je otworzyć. Lestrade wlał mu kilka kropel koniaku przez
zaciśnięte zęby i niebawem spoglądały na nas wystraszone oczy baroneta.
 Wielki Bo\e!  szepnął.  Co to było? Co to było, na miłość Boską?
 Cokolwiek to było, ju\ nie istnieje  odparł Holmes.  Raz na zawsze zabiliśmy widmo,
prześladujące ród Baskervillów.
Le\ące przed nami zwierzę, przera\ało rozmiarami i siłą. Był to mieszaniec ogara i brytana,
smukły, dziki, wielki, jak młoda lwica. Nawet teraz, gdy był martwy z olbrzymiego pyska unosił
się błękitnawy płomyk, a ogniste pierścienie jaśniały dokoła małych, głęboko osadzonych,
okrutnych ślepiów. Przesunąłem dłonią po gorejącym pysku, gdy ją podniosłem, moje palce
zaświeciły w ciemności.
 Fosfor  powiedziałem.
 I jak sprytnie spreparowany  dodał Holmes, oglądając nie\ywe zwierzę.  Nie wydaje
\adnego zapachu, który mógłby stępić węch zwierzęcia. Sir Henryku, bardzo zawiniliśmy,
nara\ając pana na taki strach, i najmocniej przepraszamy. Byłem przygotowany zobaczyć psa. ale
nie podobnego potwora.
A ponadto mgła nie pozwoliła nam przyjąć go jak zamierzaliśmy.
 Ocaliliście mi \ycie.
 Naraziwszy je najpierw na niebezpieczeństwo. Czy mo\e pan utrzymać się na nogach? Ma
pan tyle siły?
 Dajcie mi jeszcze trochę koniaku, a będę gotów do wszystkiego. Tak! A teraz pomó\cie mi się
podnieść. Co chcecie teraz zrobić?
 Zostawić pana tutaj. Miał pan ju\ dzisiaj dosyć przygód. Niech pan tu chwilę poczeka, a
potem jeden z nas wróci z panem do zamku.
Sir Henryk usiłował stanąć. Chwiał się jeszcze na nogach i był bardzo blady. Usiadł na skale, do [ Pobierz całość w formacie PDF ]